Bylejakość współczesnej polszczyzny – Ireneusz Kania o języku w sferze publicznej

W krakowskim Klubie „Tygodnika Powszechnego” spotkaliśmy się ostatnio z Ireneuszem Kanią – filologiem, tłumaczem i eseistą, poliglotą, specjalistą w dziedzinie buddyzmu i kabały, uniwersyteckim wykładowcą sztuki przekładu.

Sam przełożył ponad sto książek z blisko 20 języków, m.in.: Emila Ciorana, Mircei Eliadego, Umberto Eco, Waltera Benjamina, Konstandinosa Kawafisa, Flawiusza Filostratosa, pisma buddyjskie, hebrajskie, tłumaczył i prozę i poezję i święte księgi.

Pytany o biegłość we władaniu obcymi językami mówi, że swobodnie posługuje się dziesięcioma, natomiast czyta w dwudziestu dwóch, trzech językach. Jak twierdzi, został tłumaczem z pobudek osobistych. Uczył się języków po to, aby w księgach innych narodów, kultur, religii, szukać dla siebie mądrości i wglądu w inne światy duchowe. W którymś z wywiadów mówił: „…czułem, a potem mi się ta intuicja potwierdziła wiele razy, że świetne nawet przekłady, a tych jest oczywiście niewiele, są tylko słabym, bladym odbiciem walorów i ładunku poznawczego, które daje obcowanie z tekstem oryginalnym. Dlatego uczyłem się języków”.

Nauka ta wcale nie przychodziła mu łatwo, gdyż, jak twierdzi, nie ma ku temu ani szczególnych zdolności ani pamięci do nowych słów w oderwaniu od kontekstu. Podzielił się z nami swoją techniką uczenia się obcego języka, która polega na poznaniu najpierw jego logicznej i gramatycznej struktury, a następnie na mozolnym czytaniu interesujących go tekstów. W miarę lektury stopniowo poznaje słownictwo, zastosowania słów i ich gramatyczne relacje.  A, że w języku zjawiska mają, według Ireneusza Kani, charakter organiczny i wszystko jest ze sobą powiązane, dlatego uważa, że najlepiej uczyć się języka w kontekście konkretnej literackiej wypowiedzi.

Metoda wydaje się żmudna, ale skoro takie świetne daje rezultaty, z pewnością godna jest wypróbowania, zwłaszcza przez tych, którzy także nie cieszą się wyjątkową pamięcią. A to, co przyda się tu z pewnością, to talent, do którego Ireneusz Kania przyznał się otwarcie – wielka pracowitość. Myślę, że w jego przypadku możemy postawić znak równości między talentem do „bycia pracowitym” i pasją. A więc ostatecznie to pasja. Pasja + dużo sportu dla podtrzymania fizycznej kondycji. To recepta Ireneusza Kani na stanie się wybitnym poliglotą i tłumaczem.

A dzięki jego pasji poznawania obcych kultur i światów duchowych, i dzięki „ubocznym skutkom” tej pasji w postaci świetnych przekładów, także my możemy poznać dzieła napisane, m.in. w sanskrycie, języku tybetańskim czy języku pali. To tyle o naszym Gościu.

Spotkanie w Klubie poświęcone było jednak nie językom obcym i tłumaczeniom, ale naszemu ojczystemu językowi i temu, jak dobrze używamy go w sferze publicznych wypowiedzi. Jak posługują się rodzimym językiem politycy, przedstawiciele inteligencji, hierarchii kościelnej, naukowcy?

Ireneusz Kania podawał liczne przykłady błędnej polszczyzny, z telewizji, radia, tygodników, gazet. Większość tych cytatów, to nie były wypowiedzi spontaniczne, kiedy to, w ferworze dyskusji lub publicznego wystąpienia, błędy mogą zdarzyć się każdemu. Nie, to były cytaty z tekstów, które widzieć musiało przed ich opublikowaniem nieraz i kilka osób. Skoro mimo to nie zostały wychwycone i poprawione, to znaczy, że nieznajomość gramatyki i niechlujstwo językowe są zjawiskami dość powszechnymi, także wśród dziennikarzy, redaktorów.

To kilka, z dziesiątków przytoczonych, przykładów: …żeby Unia mogła skutecznie funkcjonować musi zabezpieczyć sobie bezpieczeństwo energetyczne… ; szala się przelała… ; … to jest najbardziej optymalną formą profilaktyki… ; …blokowanie postępu leży w kwestii operatora… ; …musimy tak działać, żeby to porozumienie nie zakwestionował Trybunał Konstytucyjny… ; …sprawa bardziej poważniejsza… ; …skutkiem terapii wegetorskiej może być znalezienie pionów wertykalnych owej chmurki w zenicie… ; … Usterka zaistniała na pana linii abonenckiej została przekazana bezpośrednio do działu technicznego, gdzie zgłoszeniem się zajęli dedykowani specjaliści… ; …to niczemu nie kolidowało…; …mamy ekstremalne lotniska… ; …Burgos cieszy się złym klimatem… ; …w TV będą recytowane sutry Koranu… ; …zawsze nie sondaże decydują tylko o głosowaniu… ; …będziemy to w dalszym ciągu kontynuować… ; …to bezczelność najwyższych lotów…, itd., itp.  Nie jest dobrze!

I liczba błędów i częstość ich występowania bardzo niepokoi i smuci, mówił Ireneusz Kania. Dodatkowo, obecny język Polaków jest coraz mniej zindywidualizowany. Większość posługuje się tymi samymi „modnymi” wyrażeniami, często kalkami z innych języków. Słownictwo jest ubogie, monotonne, niektóre błędy gramatyczne są tak częste, że stają się normą. Błędnie wymawia się obce wyrazy lub mylnie je stosuje. A najgorsze są błędy logiczne, wynikające z intelektualnych niedostatków. A, że nie mówiliśmy o języku ludzi niewykształconych, tylko języku naszych elit, to wnioski nie są optymistyczne.

Znam to zjawisko bardzo dobrze z prac swoich studentów. Nie jeden raz ogarniała mnie rozpacz nad esejem, tak pełnym błędów, i to błędów, których nie dało się poprawić, bo były wynikiem braku jakiejkolwiek dyscypliny myślowej, takiego chaosu w głowie, że nie można było dać wiary nie tylko temu, że autor zdał maturę, ale że ukończył podstawówkę.

Diagnozie, dlaczego tak jest, Ireneusz Kania nie poświęcił w swoim wystąpieniu wiele czasu. Według niego głównym powodem kryzysu języka polskiego jest to, że tak mało się czyta. Uważa, że tylko czytając dobrą literaturę szlifuje się poprawność językową, wzbogaca słownictwo, indywidualizuje własny język. Zgadzam się z nim w stu procentach.

Dodam od siebie, że do złej kondycji codziennej polszczyzny, przyczynia się też niski poziom nauczania języka polskiego w wielu szkołach, to, że uczniowie nie tylko mało czytają, ale i prawie nie piszą tekstów, w których mieliby za zadanie dać wyraz jakiemuś rozumowaniu. W komunikowaniu się między ludźmi już dominują krótkie formy e-maili, SMS-ów, tweet-ów. Nikt już nie pisze listów. Coraz rzadsze są egzaminy pisemne, a na poziomie uniwersyteckim mało kto z kadry akademickiej dba o jakość pisemnych i ustnych wypowiedzi swoich podopiecznych. W świecie tysięcy studentów, testów, zaliczania byle szybciej byle więcej nie ma czasu na dbałość o język, o poprawność, o logikę wypowiedzi. Takie jest moje doświadczenie i uważam, że wszyscy uczący, i na każdym etapie edukacji, ponoszą odpowiedzialność za marną jakość współczesnej codziennej polszczyzny.

Niepoprawność i ubóstwo języka to jedna sprawa. Jest jeszcze jeden problem, mówił nasz Gość, a mianowicie, coraz rzadsza znajomość łaciny, greki, języka hebrajskiego, co prowadzi do zerwania ciągłości kulturowej. To wielka szkoda, i dla humanistyki, i w ogóle dla rozwoju kultury społeczeństwa.

Uczestnicy spotkania dodali do tych myśli uwagi: o niszczącym język dążeniu do upraszczania wypowiedzi, o niedobrych skutkach stosowania komputerowych korektorów tekstów, o fatalnym wpływie korpo języka. Bez odpowiedzi pozostało pytanie, czy kryzys języka w sferze publicznej nie jest tak naprawdę symptomem głębszego kryzysu — kryzysu indywidualizmu. To, myślę, jest dobry temat na osobne spotkanie.

Nasz Gość z dystansem i humorem mówił o marności publicznego języka, wiele przytaczanych przez niego cytatów wywoływało śmiech, ale konstatacje nie były wesołe.

Mnie po spotkaniu z Ireneuszem Kanią pozostanie w pamięci obraz obłożonego słownikami Tłumacza, który spokojnie i uparcie, ignorując pośpiech świata i jego zdobycze technologiczne, zanurza się głęboko w język i w świat obcych kultur… w poszukiwaniu mądrości.

I zostanie jeszcze błyskotka, znalezione w gazetowej mowie przez Pana Kanię słowo – „bulwersja”. Włożę je, ja wielbicielka językowej twórczości, do kuferka, gdzie zbieram wyrażenia niepoprawne a urokliwe, i bywa, że przez swoją świeżość przydatne. Tyle jest teraz tematów, które powodują „bulwersję”. 🙂

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.