No więc co ja tu robię? – o książce „Pusty las” Moniki Sznajderman

Kiedy kilka lat temu podczas spotkania z Moniką Sznajderman i Andrzejem Stasiukiem na temat Wydawnictwa Czarne, które odbywało się w przestrzeni Europejskiego Centrum Solidarności w Gdańsku podeszłam do Pani Moniki po autograf z książką pod tytułem „Błazen” byłam jedyną tak rozentuzjazmowaną jej pisarstwem osobą. Od tamtego czasu wyczekuję każdej kolejnej książki autorki. I o ile „Fałszerze pieprzu” była dla mnie książką na wskroś osobistą, to wątek społeczny, który poruszała sprawił, że nie do końca spełniły się moje oczekiwania. Poza „Fałszerzami pieprzu” były także książki pod redakcją Moniki Sznajderman, ale dopiero „Pusty las”, choć tak różny od „Błazna” przywrócił tamte emocje.

Najnowsza książka Moniki Sznajderman choć wydaje się zbudowana ze wspomnień jest opowieścią o budowaniu teraźniejszości. Przeszłość zamknięta w opowieściach jest w tym przypadku fundamentem, dosłownie i w przenośni, bo tworzą ją pozostałości domów dawnych mieszkańców Beskidu Niskiego dziś zarastające wysoką trawą i drzewami, wszystkie historie rodzinne sąsiadów Pani Moniki – tych, którzy umarli i tych, którzy wyjechali oraz drogi, których ślad jest już ledwie widoczny. Fundamentem jest też opowieść o powstawaniu Wydawnictwa Czarne, od której autorka niejako rozpoczyna książkę: „W Czarnem, w tej chałupie bez prądu i kontaktu ze światem (…) powstało nasze wydawnictwo. To tam przy maszynie do pisania i naftowej lampie zrodził się pomysł i pierwsza książka.”

Pisze, że kiedy prowadzi czytelnika drogami Beskidu Niskiego ma poczucie, że chodzi po naznaczonej ziemi: „Gdy idę wzdłuż potoku, brodząc w liściach, przeskakując nad wykrotami i potykając się o kamienie, gdy wydeptuję dawno nieużywane ścieżynki i ścieżki, zostawiam na nich kawałek siebie i w zamian zabieram kawałek ich.” Tym odczuciem będzie karmić czytelnika do końca historii, którą opowiada w „Pustym lesie”. Ma się wrażenie, że ziemia, na którą Monika Sznajderman dotarła, którą oswoiła wchodzi w jej krwiobieg, co potwierdzają słowa autorki: „przylepiona do podeszwy moich butów grudka wilgotnej ziemi miesza się z krwią niczym tlen i wędruje krwiobiegiem w górę”.

Ale przeszłość to nie tylko omszałe mury i zarośnięte ścieżki. Przeszłość to też, a może przede wszystkim, księgi, w których datując urodzenia i zgony pisze się historię miejsca. Jak ta rodzin Smerekaniczów, Barnów i Hutyriaków czy Sydoriaków, którzy swoje dzieci na zmianę do chrztu trzymali, a do których niegdyś należała wieś. Jest też w tych, jakby szeptem wypowiadanych historiach jakieś szczególne uwielbienie dla pejzażu. Każda chałupa, zamieszkana czy nie, ma w opowieści Moniki Sznajderman swoją historię, kolor ścian i dachu. Ta soczystość barw, która w Beskidzie nie zważa na palące słońce zdaje się niemal falować i kipieć niczym gejzery farb w kolorach natury kładące się na podobraziu życia. Sznajderman pisząc w książce, iż „to, co ludzkie karmi teraz przyrodę”. W zmienności otaczającego świata widzi jakąś więź powrotów pór roku, z tymi, których zabrała ziemia.

A nie jest to łatwa ziemia i nie tylko tęsknota budzi się we wspomnieniach. Galicja to też trudy wojny, wygnań i braku porozumienia. Przelana krew i ropa. Wspomnienie kiwonów na niedalekim horyzoncie, jakby wyrysowane na tkance pamięci autorki uświadamia, jak żywe było niegdyś to miejsce. Po tamtych czasach pozostała nazwa przepływającej przez Gorlice rzeki. I całkiem świeże w pamięci wyprawy po naftę do Glimaru.

Z historii opowiadanych przez autorkę można wywnioskować, że to nie było proste życie, raczej swego rodzaju szkoła życia. Sama Sznajderman napisze tak: „Mówiono, że jeśli ktoś przeżył tu pierwszą zimę – to da sobie radę, może zostanie na zawsze.” Co prawda słowa te odnoszą się do mieszkańców Wołowca, ale tak samo pasują do początków życia Pani Moniki i jej rodziny w Czarnem. Ta opowieść o początkach życia w Czarnem i wydawnictwie, którego nazwa wzięła się od wsi, w której powstało to jedna z niewielu tak osobistych opowieści Moniki Sznajderman. Autorka jest raczej powściągliwa – zarówno jeśli dotyczy to życia osobistego, jak i emocji związanych z opowieściami o życiu w Czarnem i Wołowcu. A z tych drugich złożony jest „Pusty las”. Z tej wspomnianej przeszłości, dalszej niż dwudziestoletnia historia wydawnictwa. Przeszłości, na której budowana jest opowieść każdego dnia.

Cerkiew, kilka domów, a w nich niespełna trzydziestu mieszkańców – to przeszłość, która odzywa się pod nogami i na pożółkłych papierach ksiąg. Uwadze autorki nie umkną nawet drobinki mąki mielonej przez mieszkającego w tym miejscu czterysta lat temu młynarza, napisze o nich: „ja jestem ciekawa, w którym miejscu moje kroki przecinają się z krokami tych, którzy kilkaset lat temu chodzili zmielić zboże na mąkę na chleb”.

Sznajderman, choć zdaje się podziwiać i cieszyć z tych znaków z przeszłości, jednocześnie odczuwa nieustanną przemianę, tworzenie ciągle nowego. Przywołuje na dowód tego słowa Wisławy Szymborskiej „już po ułamku chwili/przestają być te, zaczynają być inne”. I choć wiersz Noblistki dotyczył chmur, u Sznajderman może on odnosić się do wszystkiego – trawy, ścieżki, po której stąpa, roztopionej zaspy śniegu, rzeczki, której wezbrane deszczem wody zmieniają bieg, i uschłego drzewa. Bo „Pusty las” to także opowieść o upływającym czasie, który nie umyka całkowicie, ale pozostaje w śladach – opuszczonych domach, zarośniętych ścieżkach i wpisach w księgach. To ten czas, do którego wspólcześni mieszkańcy Wołowca, przynajmniej niektórzy z nich – zdają się tęsknić.

Podczas wspomnianego na początku tego tekstu spotkania z Panią Moniką Sznajderman odniosłam wrażenie, że jest ona osobą ciepłą, ale nie wylewną, która mówi tylko słowa potrzebne, a te które mogłyby zakłócić dialog odrzuca. Taka jest też książka „Pusty las” to rozmowa o tym, co potrzebne, rozmowa bez emocji, niezależnie złych czy dobrych. Jest po prostu ciepłą opowieścią o miejscu, które się kocha, w które się wrosło.

O swojej książce w rozmowie z Michałem Okońskim powie, że „składa się z pytań bez odpowiedzi” (Na łące pamięci; „Tygodnik Powszechny”, 15/2019). Bo gdzie znaleźć odpowiedź na pytania, które postawiła przeszłość? A następnie doda, że pragnęłaby (egoistycznie) to wszystko, co zastała, z czym się oswoiła zostawić tak, jak jest. Czy jest to możliwe? Pozostałości fundamentów zapadają się, zarastają, przeszłość staje coraz bardziej odległa. Zachwycamy się tym, co było, korzystamy z zasobów przeszłości, ale wydaje się, że jednak nie możemy oczekiwać, że jej ślady będą trwały niezmienne. To refleksja, która rodzi się po lekturze „Pustego lasu”. I jeszcze pytanie bardziej ogólne: w jakim stopniu my mieszkańcy Ziemi możemy mieć wpływ na pamięć o jej historii?

*cytat w tytule oraz pozostałe w tekście pochodzą z książki „Pusty las”, chyba że zaznaczono inaczej.

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.