Posted on: 7 marca 2011 Posted by: Redakcja Comments: 0

Przeczytanie, zaledwie pięć lat po śmierci, osobistych zapisków kogoś, kogo znało się przez pół wieku, jest przeżyciem, które trudno z czymkolwiek porównać. Ale w wypadku „Dzienników” Kisiela przeżycie to okazuje się dla mnie przede wszystkim zaskoczeniem. Tytuł, który nadaję zdaniom, w pełni oddaje to, co powtarzałam sobie po wiele razy nad grubym, bo prawie tysiącstronicowym tomem w trakcie lektury.

Stefan Kisielewski to był dla mnie – od początku prawie do końca – „Tygodnik Powszechny”. W początkach powojennych studiów na UJ zobaczyłam i usłyszałam go na wieczorze autorskim dla studentów, obok Andrzejewskiego, Zawieyskiego, Malewskiej. Ale już wtedy lekturę „Tygodnika” zaczynałam od jego felietonów.

Kiedy wiosną 48 roku weszłam do redakcji, między gwiazdy pierwszej wielkości, takie jak Jasienica, Gołubiew, Starowieyska-Morstinowa, o Jerzym Turowiczu i ks. Piwowarczyku już nie wspominając, człowiekiem, który mnie w redakcji najbardziej peszył i fascynował równocześnie, był właśnie Kisiel – wtedy mieszkający w Krakowie w Domu Literatów i codziennie obecny na Wiślnej. Naiwna studentka na odległość podziwiałam jego pióro i bałam się jego ostrej jak brzytwa inteligencji.

I tak właściwie zostało – nigdy nie zaprzyjaźniliśmy się bliżej, nigdy nie spoufaliłam się z nim, nie brałam też udziału, w późniejszych latach, w owych poufnych naradach, sporach i przetargach, tak obfitych, odkąd po wznowieniu w 1956 r. pisma częścią rzeczywistości naszego środowiska stała się warszawska arena polityczna. O „Tygodniku” radziło się w zespole, a tam różnice zdań, normalne i częste, nie dzieliły ludzi. Kisiel to była dla mnie po prostu cząstka redakcji. Wszystko, co się z nim działo, przeżywaliśmy jak los kogoś najbliższego. Więc i urodziny drugiego syna – Jerzyka – i karne zwolnienie go z pracy w krakowskim konserwatorium, i jego przeniesienie się do Warszawy, i posłowanie po 1956 roku, i – wiele lat później – napad na niego i pobicie, i ów parę lat trwający totalny zapis cenzury na jego osobę, i potem, po grudniu 70 roku, powrót jego felietonów na nasze łamy.
Nieprawdę napisali wydawcy na skrzydełku „Dzienników”: Kisiel nie „współpracował z >>Tygodnikiem Powszechnym<

Teraz, po lekturze „Dzienników”, muszę sobie powiedzieć, że jeżeli ten z „Dzienników” jest prawdziwszy niż ten, który w redakcji siedział i do każdego numeru przez dziesiątki lat dawał felieton, to nie znałam Kisiela.

To pewnie szczyt naiwności, ale tak to właśnie chcę wyrazić: nigdy przez te wszystkie lata nie zdałam sobie sprawy, że Kisiel może aż tak nas nie lubić i taką mieć do nas – już nie wiem: odrazę czy przynajmniej totalne lekceważenie. Nic innego przecie nie wyziera z dziesiątek i dziesiątek zapisków, jakie przez dwanaście lat „Dziennika” poświęcił czy to redakcji w całości, czy pismu, czy niektórym ludziom z „Tygodnika”. Roje inwektyw, jakimi opatruje te wzmianki, zadziwiają, żenują wręcz. Aż wreszcie chciałoby się zapytać: dlaczego w takim razie, jeżeli naprawdę czuł to, co zapisuje, wytrzymywał z nami dziesiątki lat?

Aleksander Hall w swojej pełnej nabożeństwa recenzji („Gazeta Wyborcza” z 4-5 stycznia br.) powiada, iż nie przypuszczał, że konflikt Kisiela z redakcją był tak wczesny i tak głęboki. Piękna to uwaga, ale pod warunkiem, że przyjmuje się każde słowo „Dzienników” jak dokument. Czy Hallowi w czasie lektury nie przyszło nigdy na myśl, że może jednak i zarzuty Kisiela, i jego inwektywy, i przede wszystkim wybrzydzania, których najwięcej, bywają zwyczajnie subiektywne, a czasem nawet deformują rzeczywistość ówczesną?

Podam parę tylko przykładów, z których jeden jest szczególnie drastyczny. Kisiel zapisuje, jak to w roku 72 „Tygodnik” zamieścił relację Borysa Polewoja o rozminowaniu Jasnej Góry przez żołnierzy radzieckich, która to relacja wywołała ostry protest prymasa Wyszyńskiego. Sam też daje wyraz oburzeniu, żeśmy się tak naiwnie nabrali na bajeczki podsunięte nam przez tłumacza tekstu. Ale potem, zapisawszy swoje ataki na redakcję, Kisiel ani myśli poświęcić jej więcej uwagi. Tymczasem cała historia z Jasną Górą okazała się w pełni udokumentowana, potwierdzona publikacjami kościelnymi, a prymas w rok potem udzielił satysfakcji ks. Bardeckiemu, którego wcześniej tak gwałtownie zaatakował. Dokładnie przedstawia to jeden z rozdziałów autobiograficznej książki ks. Bardeckiego „Zawsze jest inaczej”. Dodam, że rzetelny wydawca „Dzienników” byłby umieścił przypis przedstawiający całość wydarzenia – niestety, o rzetelności wydawcy w ogóle mówić trudno, wszak wyszły one nawet bez indeksu nazwisk!

Inny przykład: Kisiel latami ma pretensje do „Tygodnika”, że słaby i jałowy. I to w tym samym czasie, gdy jemu pisać w ogóle nie wolno, co o władzy cenzury świadczy chyba już dostatecznie. Rzecz i w tym jednak, że Kisiela po prostu nie interesuje bardzo wiele tematów, które wtedy właśnie dla czytelników mają ogromne znaczenie (jest to czas publicystyki religijnej takich autorów, jak ks. Boniecki, ks. Maliński i Tadeusz Żychiewicz w osobie Ojca Malachiasza; jest to także czas społecznych ankiet Spodka przynoszących ogromny materiał, wręcz dokumentujący polską rzeczywistość z samego dołu). Cóż, wolno było Kisielowi nie interesować się pracą redaktorów, nie mających ani głowy, ani chęci do nieustannych plotek politycznych, od których kipi Warszawa i które w „Dziennikach” (zwłaszcza w pierwszej ich połowie) zajmują niesłychanie dużo miejsca.

Gorzej, gdy te wszystkie jego wybrzydzenia urastają dziś do rangi oskarżeń obiektywnych. Jeszcze bardziej niesprawiedliwe staje się to, gdy mowa o tematyce eklezjalnej. Kościół Powszechny to dla Kisiela żaden temat – dlatego nie może znieść, gdy w „Tygodniku” ukazują się np. wywiady, a to z Ojcami Soboru, a to z biskupami z Trzeciego Świata – na przykład z Helderem Camarą… Nawet podróże kolegów go drażnią – są albo nie takie, jak trzeba, albo bezużyteczne – a przecież sam tak bardzo i tak nieustannie marzy o paszporcie, jest to wręcz leitmotiv całych dziesiątków stron, wtedy kiedy czeka na próżno, kiedy przychodzą kolejne odmowy, a on składa odwołania; kiedy zaś wreszcie wyjeżdża – bo ostatnie lata zapisków to już czas bardziej liberalny – okazuje się, że można i trzeba siedzieć za granicą tygodniami i miesiącami. Dlaczego więc, Stefanie, inną miałeś miarę dla redakcyjnych kolegów niż dla siebie?

Kisiel, którego nie znałam, to zresztą wcale nie tylko Kisiel, o którym dowiedziałam się, że oto chyba nie był nam przyjacielem. To także zastanawiający człowiek pełen niekonsekwencji. Może to normalne, ale nieco sprzeczne z pomnikowością budowaną mu przez lata, a teraz utrwalaną choćby w recenzjach takich jak Halla. Jedna z jego niekonsekwencji to właśnie niepohamowana spontaniczność inwektyw zapisywanych doraźnie, ale przecież nigdy potem nie skorygowanych. Stąd dziś każdy czytelnik może znaleźć odpowiednio dyskwalifikujące epitety na dowód, jak przenikliwie oceniał ludzi Kisiel – tymczasem wystarczy czasem przerzucić się w inną część „Dzienników”, by o tych samych znajomych znaleźć nagle słowa najwyższej aprobaty (przykładem Michnik i inni KOR-owcy). Ale i odwrotnie: Kisiel, nieustannie mający za złe „Tygodnikowi”, że nie jest proprymasowski, sam potrafi w tych zapiskach skrytykować kard. Wyszyńskiego czy papieża w sposób wręcz nieopanowany.

Bunt przeciw cenzurze w najszerszym tego słowa znaczeniu, to znaczy nie tylko przeciw cięciom, ale i manipulacji informacją oraz wyradzaniu jej w planową propagandę, zajmuje w „Dziennikach” miejsce naczelne. Kisiel żyje tym buntem. Odcięty w latach 1968-70 od działalności zarówno politycznej, jak i publicystycznej, potrzebnej mu jak powietrze, pochłania masami wszystkie polskie tytuły prasowe, gdzie wszak niczego poza propagandą spodziewać się nie mógł, i z zapałem wybrzydza się w „Dziennikach” na kolejne artykuły albo nawet z nimi obszernie polemizuje. Przez dziesiątki lat i setki stron! Ale czasem nie tylko zapomina, że inni też cenzurze poddani byli nieubłaganie (stąd jego okrzyki w rodzaju: „a o Katyniu to nie raczył wspomnieć!” – tak jakby ktokolwiek wtedy mógł…), ale kiedy podejmuje próby powrotu do pisania, nagle bez oporów (nie wspomina w każdym razie o nich) próbuje stworzyć artykuł „obrotowy” i nasłuchuje potem, jakie były jego losy w Biurze Politycznym… Już nie wspominając o uldze, z jaką przyjmuje zdjęcie zapisu i wznowienie pisania felietonów…

Jest też jedna jeszcze sprawa, która zastanawia szczególnie: bunt Kisiela nie obejmuje sprawy paszportów. Kisiel jakby nie dostrzegał niczego upokarzającego w tym, że paszporty władza „daje” – co najwyżej denerwuje go i złości każdy następny fakt odmowy „dania”. Owszem, Kisiel nawiązuje na ten temat rozmowy, a to z jakimś wiceministrem, a to z jakimś majorem… Dzwoni, do niego dzwonią… Aż następuje ta rozmowa, zapisana pewnie wiernie, która jak nic innego maluje całą złożoność człowieka i tym bardziej każe sprzeciwić się prawu Kisiela do moralnej dezaprobaty wciąż wyrażanej tylu bliźnim: „W rezultacie powiedział mi – pisze Kisiel pod datą 29 stycznia 1977 o swoim urzędowym rozmówcy – że gdybym przyrzekł nie uprawiać podczas pobytu za granicą polityki, dałby mi chyba paszport. Powiedziałem, że mógłbym mu to obiecać, bo w Danii politykować nie chcę, i w zasadzie paszport mi przyrzekł”.

Tak to jest zapisane, Stefanie. Ja się nie gorszę, nikt się nie gorszy. Tak było, tak bywało z dziesiątkami tysięcy ludzi. Twoja odwaga i niezależność doszły do głosu tysiące razy i tylko to się liczy. Ale gdybym mogła, to zapytałabym Cię teraz, dlaczego równocześnie byłeś tak ostatecznym a nieustannym sędzią dla wszystkich naokoło. Wiedząc – bo wszak i o tym piszesz – że „Dzienniki” kiedyś zapewne będą publikowane, w każdym razie życząc sobie tego…
A może – i tak też czasem myślę – „Dzienniki” nie są spowiedzią, tylko jeszcze jedną kreacją literacką? Po tym wszystkim, co napisałam, wolę dziś myśleć o Kisielu jako o fascynującym, choć niepojętym dla mnie człowieku, który tak serdecznie kochał własne dzieci, muzykę i świat (ile razy opisuje miejscowość, gdzie przebywa, widać to z pierwszego już zdania) i tak przejmująco bał się starości, nieustannie wyglądanej, śledzonej, obserwowanej, a o śmierci myślał jako o najważniejszej sprawie ludzkiego losu.

Takie strony też są w „Dziennikach”, jest ich wiele, i dlatego nie żałuję, że je przeczytałam.

Józefa Hennelowa – publicystka, zastępca redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego”; w „Tygodniku” niemal od początku jego istnienia. Posłanka na Sejm w latach 1989-91 (Obywatelski Klub Parlamentarny, potem Unia Demokratyczna) i 1991-93 (UD).

Gazeta Wyborcza nr 9, wydanie z dnia 11/01/1997 GAZETA ŚWIĄTECZNA, str. 16

Zobacz także:
Witaj smutku – o Kisielu z Krzysztofem Kozłowskim rozmawia Anna Mateja

Felietony i teksty Kisiela:
Orgia pytań

Felieton megalomański

Historia tubki z klejem

Moje typy

O Gombrowiczu żałosnym i Hannie Malewskiej w Londynie http://domycoursework.hatenablog.com/

comments

Leave a Comment