Posted on: 8 grudnia 2017 Posted by: Paweł Stachowiak Comments: 0

Początek grudnia. Wszyscy podniecamy się rekonstrukcją rządu, walką o sądy, plemienną wojną o „rząd dusz”. Nie ma już żadnych spraw, które mogłyby nas połączyć, zjednoczyć w dążeniu do dobra wspólnego. Czy w ogóle jeszcze jest jakieś dobro wspólne? Nie mogę uciec od wspomnienia czasów pozornie odległych, niemal o sto lat.

Koniec roku 1918, dopiero niedawno „Polska wybuchła”, jak mówiło tamto pokolenie. Istnieją już suwerenne władze polskiego państwa, jest Naczelnik Państwa – Józef Piłsudski, jest rząd pod kierownictwem premiera Jędrzeja Moraczewskiego, rodzi się polskie państwo, „cztery pokolenia czekały, piąte się doczekało”. Jednego brak – uznania międzynarodowego. Niewiele znaczy wysiłek Polaków, jeśli mocarstwa, które właśnie zwyciężyły w tytanicznych zmaganiach wojny światowej nie uznają formalnie istnienia polskiego państwa, jeśli nie uzyskamy możliwości wysłania delegacji na rozpoczynającą się konferencję pokojowa w Paryżu. Rzecz jest niełatwa, Piłsudski, który sprawuje władzę w kraju nie ma dobrej prasy na Zachodzie. Współpracował z Niemcami i Austrią, był socjalistą, co wówczas kojarzyło się z chaosem płynącym od strony zrewoltowanej Rosji. Nie ma szans aby jego rządy zostały uznane przez zwycięskie mocarstwa! One uznają zupełnie inne środowiska jako reprezentację narodu polskiego. Komitet Narodowy Polski, założony i kierowany przez Romana Dmowskiego to dla nich przedstawiciel Polski, jej interesów i potrzeb. Nie ma szans na międzynarodowe uznanie polskiej niepodległości bez porozumienia dwu ośrodków: lewicy niepodległościowej Piłsudskiego i prawicy narodowe Dmowskiego.

Niestety, oba obozy, obu przywódców dzieli wszystko. Wizja Polski, jej kształtu i ustroju, pojmowanie polskości, przeszłości, teraźniejszości i przyszłości kraju. Różnią ich pochodzenie, charaktery, mentalność, nawet to, że niegdyś rywalizowali o względy jednej kobiety. Wrogość, na śmierć i życie! Jednak chwila dziejowa jest tak niezwykła, szansa tak jedyna, że skłania ich do chwilowego porozumienia. Piłsudski pisze do Dmowskiego list: „Drogi Panie Romanie […]Opierając się na naszej starej znajomości, mam nadzieję że w tym wypadku i w chwili tak poważnej, co najmniej kilku ludzi – jeśli, niestety, nie cała Polska – potrafi wznieść ponad interesy partii, klik  i grup. Chciałbym bardzo widzieć Pana między tymi ludźmi.” Oferuje mu podjęcie zadania reprezentowania Polski na konferencji pokojowej w Paryżu, sam dokonuje rekonstrukcji rządu czyniąc premierem Ignacego Paderewskiego, bardzo odległego politycznie od wiernych mu środowisk niepodległościowej lewicy. Kompromis, ponad osobistymi animozjami i politycznym i podziałami w chwili gdy interes państwa i dobro wspólne tego wymagały. Dzięki niemu możemy wysłać oficjalna delegację na paryską konferencję, później parafować traktat wersalski, zaistnieć na mapie nowej Europy. Później można było się znowu poróżnić, rzucać inwektywy, odmawiać czci i wiary, wrócić w stare koleiny…

Ten moment, przełomu lat 1918 i 1919 staje mi przed oczami dziś, gdy wszystko zdaje się wskazywać, że jesteśmy dwoma plemionami zamieszkującymi dwie Polski. Żadna sprawa zdaje się nas nie łączyć, żadnej myśli nie podzielamy wszyscy, brak nam poczucia wspólnego dobra, wspólnych autorytetów i bohaterów. W sumie nihil novi , tak było niegdyś i pewnie będzie w przyszłości. Zastanawiam się jednak, choć historyk gdybać nie powinien, czy dziś takie porozumienie byłoby możliwe? Czy jest jakaś sprawa, jakiś interes, które dałyby okazję do, choćby chwilowej, zgody? Czy jest wyobrażalne, że Jarosław Kaczyński pisze do Donalda Tuska: „Drogi Panie Donaldzie…”? A może to naiwność, bo nawet wówczas był to tylko przejaw politycznej gry? Nie wiem, ale naiwnie tęsknię do chwili gdy, choćby na chwilę, potrafimy „wznieść ponad interesy partii, klik  i grup”.

comments

Leave a Comment