Paweł Stachowiak, Katarzyna Surmiak-Domańska i Mikołaj Jazdon podczas debaty „(Non)konformizm i Kieślowski / Fot. Ewa Konarzewska-Michalak – Uniwersyteckie.pl

Obchody 10. rocznicy powstania poznańskiego Klubu „TP” zakończyły się rozmową o twórczości Krzysztofa Kieślowskiego i pokazem jego filmu „Przypadek”. Sala poznańskiego kina Pałacowego wypełniła się szczelnie. Kieślowski wciąż, prawie ćwierć wieku po śmierci, ma swoje miejsce w świadomości polskiego widza. Obecna była Katarzyna Surmiak-Domańska, autorka biografii reżysera, znawca jego twórczości, filmoznawca, prof. Mikołaj Jazdon, autor wielu poświęconych mu publikacji oraz niżej podpisany. Dr Jakub Jakubowski, który był spiritus movens tego spotkania uznał, że analizując „Przypadek” warto byłoby porozmawiać o problemie konformizmu i nonkonformizmu, zarówno w tamtej epoce gdy Kieślowski realizował swoje dzieło, ale również dziś, we współczesnych uwarunkowaniach.

Zapewne nie będę obiektywny, byłem przecież uczestnikiem tej dyskusji, wydaje mi się jednak, że udało nam się osadzić twórczość Kieślowskiego we współczesnym kontekście, pokazać, że jej odbiór nie jest związany z konkretną epoką, ale może stanowić wyzwanie dla dylematów trapiących dzisiejsze pokolenie młodych ludzi. Kieślowski pokazuje rzeczywistość końca lat 70-tych, jakże inną niż dzisiejsza. Rzeczywistość prostszą, jednowymiarową, łatwiejszą do moralnej kwalifikacji. Wystarczyło posłuchać i zaśpiewać jeden z songów Kaczmarskiego, poczuć emocjonalną wspólnotę, dreszcz emocjonalnego wzmożenia. Wszyscy z tamtego pokolenia, ludzi dorastających w początkach lat 80-tych, czują tę nostalgię za dniami, gdy wszystko wydawało się jasne i czyste.

Kieślowski, odbierany dziś, uświadamia nam, że byliśmy wówczas naiwni, odbieraliśmy rzeczywistość bezrefleksyjnie w sposób czarno biały. Cóż, wtedy nie potrafiliśmy inaczej, postrzegaliśmy otaczającą nas rzeczywistość w prostej perspektywie: zło systemu versus dobro kontestacji. Twórca „Przypadku”, dojrzalszy i patrzący głębiej, potrafił interpretować tamte realia mniej jednoznacznie. Postać głównego bohatera „Przypadku” – Witka Długosza, granego przez młodego Bogusława Lindę, jest tego przykładem. Każdy wariant jego biografii: aktywista komunistycznej młodzieżówki, działacz opozycji demokratycznej, lekarz stroniący od politycznych zaangażowań, pokazuje młodego, uczciwego, człowieka, który niezależnie od okoliczności potrafi zachować przyzwoitość, uchronić się od konformizmu.

Filmy Kieślowskiego: „Przypadek”, „Bez Końca”, „Amator” znakomicie oddają specyficzne napięcie schyłku lat 70-tych, czasów bankrutującego gierkowskiego dobrobytu i nadciągającej wielkiej zmiany. Coś, czego wielu wówczas nie dostrzegało. Stefan Kisielewski „Kisiel” jeżdżąc rowerem po ówczesnej Warszawie, spacerując po jej ulicach, patrząc w oczy młodego pokolenia, nie widział nadziei na przyszłość. Umiejętność poruszania się w późnogierkowskiej rzeczywistości, wykorzystanie ideologicznych zaklęć i partyjnego zaangażowania dla osobistej kariery zdawały się sugerować mu zwycięstwo bezideowego konformizmu. Przełom roku 1980 był zaskakujący, nieoczekiwany, burzył konformistyczną rzeczywistość wcześniejszej epoki. Jednak Kieślowski zdawał się nie wierzyć w możliwość realnych zmian, odstręczał go rosnący radykalizm, bał się rozlewu krwi. Rozumiał dylematy ówczesnej opozycji: czego się domagać, jak daleko pójść, dążyć do realnej władzy, czy się od tego powstrzymać? Kreował w swych filmach postaci i sytuacje niejednoznaczne, nigdy całkowicie nie potępiał, widział człowieka, nie dokonywał kategorycznych ocen, uświadamiał rolę przypadku w ludzkim życiu.

„Przypadek” Kieślowskiego i jego późniejsze dzieła pokazują rzeczywistość tamtej epoki na równi z analizami historyków. Pozwalają nam wniknąć w motywacje ludzi, współtworzących ówczesne wydarzenia, zrozumieć ich emocje, motywacje, ograniczenia. Kieślowski mówi jednak także do nas, dziś, tu i teraz, ćwierć wieku po swej śmierci, mówi że determinizm losu jest ograniczony przez sumienie jednostki, jej poczucie dobra i zła. Żaden wybór życiowej drogi nie zwalnia nas z obowiązku kierowania się uczciwością i przyzwoitością. Władysław Bartoszewski mawiał: „jeśli nie wiesz jak się zachować, zachowaj się przyzwoicie”.

Gdy rozmawialiśmy o bohaterze „Przypadku” spoglądającego na nas czystym, nieco naiwnym spojrzeniem młodego Bogusława Lindy, stawaliśmy wobec dylematu oceny postaw ludzkich w epoce komunistycznej dominacji. Jakże łatwo stwierdzić, że pozostawaliśmy po 1945 r. pod sowiecką okupacją i oskarżyć wszystkich, którzy próbowali utrzymać modus vivendi z ówczesną władzą, o zdradę, kolaborację, dążenie do zgniłego kompromisu. A przecież można postrzegać postawę bohatera „Przypadku” inaczej, jako próbę zachowania przyzwoitości bez politycznego samookreślenia. Kieślowski ostrożny, niechętny, chłodny, wobec wszelkich masowych form kontestacji, takich jak „Solidarność” lat 1980-81, pragnął nie tyle budować legendę masowego ruchu solidarnego społeczeństwa, ale dać nam uniwersalną przypowieść o zawodności ludzkich sądów i o błędach polityczno-moralnego absolutyzmu. Dlatego „Przypadek” nie pasował do społecznej euforii „karnawału Solidarności”. Andrzej Wajda znacznie celniej trafił w oczekiwania ówczesnej widowni, realizując w tym samym czasie „Człowieka z marmuru”. Po latach dzieło Wajdy jest jednak raczej dokumentem minionej epoki, film Kieślowskiego mówi o nas – współczesnych.

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.