Posted on: 25 stycznia 2018 Posted by: Michał Jóźwiak Comments: 0

Ile jest Kościoła w Kościele? Czy nam, katolikom, na pewno zależy, żeby nadążać za papieżem Franciszkiem? A może wolimy wierzyć „po swojemu”?

Jestem wielkim zwolennikiem i orędownikiem krytycznego myślenia. Nie lubię w ciemno przyjmować czyjegoś punktu widzenia tylko dlatego, że jest dla mnie autorytetem. Skrajność polegająca na tym, że wierzę ślepo osobie, którą upatrzyłem sobie jako eksperta w danej dziedzinie nie może zwalniać  mnie z samodzielnego myślenia. To niebezpieczne. Coraz częściej pojawia się jednak problem drugiej skrajności – ignorujemy autorytety i opieramy się wyłącznie na swoich przekonaniach. Dotyczy to nawet tak wyjątkowej sfery, jaką jest wiara. Zbyt rzadko pamiętamy chyba, że mamy choćby w osobie papieża Franciszka przewodnika w naszym przeżywaniu religijności. Skoro został wybrany przez kolegium kardynalskie to ufam, że jego odczytywanie Ewangelii i znaków czasu jest słuszne i potrzebne Kościołowi. Tymczasem w Polsce (choć oczywiście nie tylko) można zaobserwować bunt przeciwko sposobowi myślenia i postępowaniu Ojca Świętego.

Wczytujmy się w nauczanie Kościoła i słuchajmy papieża. Inaczej możemy zejść na manowce.

Pokora – zapomniana cnota katolika

Smuci mnie kiedy słyszę, że jeden czy drugi katolik mówi, że papież „wygaduje bzdury” na ten czy inny temat, kardynał Nycz jest „proislamskim agitatorem”, a abp Grzegorz Ryś „lewakiem”. Jasne, nie we wszystkim musimy się zgadzać, możemy odmiennie odczytywać pewne fragmenty Ewangelii. Różne interpretacje i punkty widzenia ubogacają dyskusję i są cenne, nie można ich lekceważyć. Trzeba mieć jednak zaufanie do Głowy Kościoła, że prowadzi nas we właściwym kierunku. I nie oszukujmy się. Chodzi także o pokorę. Możemy mieć w głowie różne pomysły na odczytywanie Ewangelii, ale pokora wymaga od nas uznania, że najbliżej właściwej interpretacji w bardzo konkretnym kontekście, jakim są nasze czasy, jest właśnie Ojciec Święty. Za papieżem powinni podążać biskupi i księża. Dlatego napominanie hierarchów w kwestii odczytywania nakazów Ewangelii budzi co najmniej mój niesmak. Samo nie stosowanie się do nauczania Kościoła jest kwestią wyboru, ale stawianie siebie w roli autorytetu, który bardziej chroni Kościół niż jego pasterze jest dla mnie niezrozumiałe.

Dobre chęci nie wystarczą

Z tym większym żalem przeczytałem ostatni list otwarty do kard. Kazimierza Nycza jednej z posłanek Prawa i Sprawiedliwości. – Proszę nie stosować wobec Polaków uporczywej moralnej przemocy przy użyciu takiej interpretacji zasad naszej wiary, byśmy wbrew jasnemu nakazowi obrony Krzyża, wbrew naszej instynktownej niezgodzie i uzasadnionemu strachowi o nasze życie i bezpieczeństwo – sprowadzali do chrześcijańskiego kraju broniącego się właśnie przed lewacką agresją kulturową – migrantów i uchodźców z Afryki, Azji i Bliskiego Wschodu i „integrowali się” z nimi, skoro pierwszym religijnym celem tych „gości” jest nawracanie innowierców na islam, często przez zastraszanie i terror – napisała Krystyna Pawłowicz zwracając się do metropolity warszawskiego.

Wierzę oczywiście w dobre intencje pani poseł, ale nie rozumiem jej postępowania. Czy naprawdę doszliśmy już do momentu, w którym część katolików (bo przecież prof. Pawłowicz nie jest osamotniona w swoim apelu) buntują się przeciw swojemu Kościołowi, bo jest im niewygodny? To wszakże nie tylko sprzeciw wobec hierarchów, ale także wobec konkretnych wartości. – Zrównanie Chrystusa z obecnym uchodźcą islamskim, migrantem jest nadużyciem wobec naszej wiary i wobec nas. Proszę nas, Księże Kardynale, proislamsko nie agitować i nie zawstydzać „nieprzyjmowaniem uchodźców”, czytaj: Chrystusa – dodała posłanka Pawłowicz. Nie jestem pewien czy parlamentarzystka pamięta, że w jej, naszym Kościele już od kilkunastu lat obchodzimy w styczniu Dzień Islamu.

Odszczepieńcy Kościoła

Trudno się później dziwić, że polskich katolików postrzega się czasem jako osoby, które mają niewiele wspólnego z prawdziwym chrześcijaństwem. Zarzuca nam się obłudę, fałszywą pokorę i pobożność tylko na pokaz, która rozsypuje się na drobne kawałki w zderzeniu z codziennością. Wobec wielu wierzących to oczywiście krzywdzący i nieprawdziwy obraz. Coś jednak jest na rzeczy. W ostatnim numerze tygodnika „Wprost” prof. Magdalena Środa w felietonie „Ostatni chrześcijanie” napisała ironicznie, że „polski Kościół ma swoich odszczepieńców. Zwą się chrześcijanie. Jest ich zaledwie kilku (może więcej, ale się ukrywają), ich głos na tle polskiego katolicyzmu brzmi dziwnie i nieznajomo. Wierzą w Boga, który przyszedł na świat szerzyć miłość, a nie nienawiść, wierzą, że religia jest uniwersalna, a nie partyjna czy narodowa”.

Chrześcijanin musi być odważny

W tej ironii jest niepokojąco dużo prawdy. Odchodzimy od Ewangelii. Widać to nie tylko w statystykach (wg ISKK zaledwie 17% katolików przyjmuje Komunię św.) czy badaniach opinii publicznej, które pokazują, że bycie katolikiem wcale nie oznacza stosowania się do nauczania Kościoła. Widać to także wśród tych, którzy są „najgorliwszymi członkami Kościoła”, a paradoksalnie „wykorzeniają chrześcijaństwo” jak to określił niedawno na łamach „Tygodnika Powszechnego” o. Ludwik Wiśniewski OP. A wszystko przez wrogość, która niebezpiecznie często staje się częścią naszej religijności. Widać to na przykładzie podejścia do „obcych”. Jeszcze dziesięć lat temu 70% Polaków opowiadało się za przyjmowaniem uchodźców. Dzisiaj aż 63% z nas się temu sprzeciwia. Ponad wszystko cenimy bezpieczeństwo, choć Kościół ustami choćby abp. Stanisława Gądeckiego krytykuje taki sposób myślenia.

Nie chodzi o to, żeby komukolwiek coś wytykać, ale warto ciągle zadawać sobie pytanie: jakie jest położenie nasze i naszego Kościoła względem Ewangelii? Punktami odniesienia w poszukiwaniu odpowiedzi na to pytanie nie mogą być tylko nasze osobiste przemyślenia czy odczucia. Wczytujmy się w nauczanie Kościoła i słuchajmy papieża. Inaczej możemy zejść na manowce.

comments

Leave a Comment