Wojciech Bonowicz – publicysta, dziennikarz, poeta. Jego tekst analizowali uczniowie podczas zeszłorocznej obowiązkowej matury. Rozmawiamy o tym, jak nasz świat możemy uczynić chociaż odrobinę lepszym.

Justyna Nowicka: Napisał Pan „Dziennik końca świata”, czyli co? Idzie koniec świata?

Wojciech Bonowicz: Koniec świata idzie nieustannie, jeśli ktoś ma inne nadzieje, to muszę go wyprowadzić z błędu. Ale oczywiście mnie interesuje ten koniec świata, który my sobie sami szykujemy. Na to, co wynika z praw fizyki, mamy ograniczony wpływ. Natomiast jest wiele rzeczy, na które wpływ mamy i którymi nie chcemy się zająć. A może nawet pogłębiamy pewne procesy. Mnie interesuje ten „koniec świata”, który dzieje się między ludźmi.

Już po II wojnie światowej mówiono, że „Innego końca świata nie będzie”, między innymi mówiła tak Barbara Skarga w wywiadzie-rzece. Czy to ten sam koniec świata? Czy może już inne jego oblicze?

Wydawało się, że po dwóch wojnach światowych powinniśmy zmądrzeć. Dojrzeć do tego, żeby cenić życie bezpieczne, ale bezpieczne dlatego, że oparte na współpracy i solidarności. A tymczasem okazało się, że powracają demony z tamtego czasu.

Po II wojnie światowej pojawiły się silne tendencje, przynajmniej w zachodniej części Europy, by naszą cywilizację budować na wartościach takich jak porozumienie, dialog, uznanie dla różnorodności i to różnorodności pod każdym względem. Na przykład nie zawsze się pamięta, że pierwszymi ofiarami nazizmu były osoby niepełnosprawne. Jean Vanier kiedyś powiedział: nauczymy się budować społeczeństwo, które będzie oparte nie na strachu, lecz na powitaniu. Bardzo mi się podoba idea takiego społeczeństwa, które będzie w stanie przyjąć każdego, kto się w nim urodzi, bez względu na takie czy inne jego ograniczenia. Nawet jeśli miałoby to społeczeństwo wiele kosztować, to ono będzie skłonne ponieść ten koszt, bo uznaje bezwzględną wartość każdej osoby. Okazało się jednak, że świat bardzo szybko przestawił się na inne tory: zaczął się pościg za dobrobytem, za rozwojem gospodarczym – w czym nie ma nic złego, ale zabrakło tego humanistycznego dopełnienia.

Chciałbym żebyśmy stworzyli wspólnotę, która nie będzie siebie wzajemnie straszyć ani nie będzie cementowana strachem przed czymś, co zagraża jej z zewnątrz.

Wspomina Pan w książce, że cechą naszych czasów jest nietrwałość. Stanisław Barańczak pisał w swoim wierszu:

Jeżeli porcelana to wyłącznie taka
Której nie żal pod butem tragarza lub gąsienicą czołgu,
Jeżeli fotel, to niezbyt wygodny, tak aby
Nie było przykro podnieść się i odejść (…)

A czy może być tak, że my cały czas nie poradziliśmy sobie z tym, że jesteśmy nietrwali? Może próbujemy przegonić ta naszą nietrwałość?

Pogodzenie się z tym, że wiele rzeczy, które stworzymy, przepadnie, to zawsze duże wyzwanie, zarówno w perspektywie indywidualnej, jak i zbiorowej. Ale trzeba sobie szczerze powiedzieć: takie pogodzenie się jest warunkiem dojrzałości. Ktoś, kto tego nie zrobi, będzie stale miotany niepokojami. Przede wszystkim tym największym niepokojem, że po jego życie nie pozostanie żaden ślad. Dlatego tworzymy sobie rozmaite iluzje trwałości. Przykładem jest choćby nasza pomnikomania. Z jednej strony w pomnikach wyraża się nasz szacunek dla zmarłych. Z drugiej – gdzieś w tle jest lęk, że my sami przepadniemy w niepamięci, że trzeba jakoś zaznaczyć swoją obecność na tej ziemi.

Musimy sobie powiedzieć wprost: świat nie jest w stanie o wszystkich pamiętać. I nie będzie pamiętał. Chociaż dzisiaj i tak jest lepiej niż kiedyś, bo każdy z nas łatwo może jakieś ślady po sobie zostawić, choćby w Internecie.

Mówi się, że w Internecie zostaniemy na zawsze.

Tak. Ale tak naprawdę takie „zawsze” nie ma żadnego znaczenia. To nie powinno nas interesować. Można nawet powiedzieć, że człowiekowi wierzącemu takie „utrwalanie” wręcz nie przystoi, bo przecież nasza ojczyzna jest w niebie. Nie potrzebujemy tutaj wiele zostawiać, może nawet lepiej by było, gdybyśmy nic nie zostawili, poza dobrymi wspomnieniami i pewnym światem wartości, którym staraliśmy się być wierni.

Na pierwszym miejscu postawiłbym wartość solidarności i wzajemności. Bez tego ludzkość nie mogłaby się rozwinąć i bez tego zginie. A problem polega na tym, że często chcemy utrwalać to, co wcale nie jest pierwszorzędną wartością. Poświęcamy na przykład mnóstwo czasu na zorganizowanie wspaniałych wakacji gdzieś w egzotycznym kraju, a potem brakuje nam już sił i cierpliwości na to, co najważniejsze – spotkania z drugim człowiekiem, z rodziną.

Mówił pan w jednym z wywiadów, że nie potrafimy się już porozumieć miedzy sobą. A może my po prostu już tego nie chcemy? Może po prostu jest tak nam wygodniej, a my lubimy przecież, żeby nam było wygodnie.

Spotkanie wymaga cierpliwości. A cierpliwość jest czymś szalenie trudnym. Żyjemy w trybie bardzo przyspieszonym, każdy dzień pełen jest zadań do wykonania. I kiedy przydarzy nam się prawdziwe spotkanie, to wydaje się nam, że nie mamy na nie czasu, że ono czemuś przeszkodzi, czegoś nas pozbawi. Ale najpiękniejsze chwile życia to te, kiedy cały świat zostaje zawieszony, a my możemy z kimś po prostu być. Takie jest moje doświadczenie.

Wyjeżdżam, powiedzmy, na duży festiwal. Jest tam kilkanaście tysięcy osób, ale ja spotykam jedną, która jakoś mnie pociąga, intryguje, czuję, że warto spędzić z nią więcej czasu. A potem okazuje się, że i ja jestem dla niej intrygujący. I to jest tak naprawdę właściwe przeżycie wspólnoty. Wspólnota nie polega na tym, że będę miał ze wszystkimi mnóstwo serdecznych, ale powierzchownych kontaktów, tylko na tym, że będą takie głębokie spotkania, które tak naprawdę ją scementują.

Często zwracamy uwagę na płaszczyznę publiczną, na to, co się dzieje w polityce czy na ulicach, i to budzi nasz niepokój albo nasz entuzjazm. Ale bardzo rzadko przenosimy pytania, które tam zostały wyrażone, do naszego życia. Można gonić za rozmaitymi hasłami i ideami, a równocześnie zgubić to, co jest blisko. Czasami mówi się, że w naszej polskiej religijności właśnie tak jest: że ona bardziej kieruje się na hasła, na działania masowe, a mniej zajmuje się tym światem mikro, tym, co dotyczy najbliższych. Wydaje mi się, że gdybyśmy się do tego przyłożyli, to te szersze problemy też przeżywalibyśmy zupełnie inaczej.

No tak, ostatnio nam nie brakuje różnego rodzaju starć.

Trzeba powiedzieć, że te starcia zawsze będą. Przez świat zawsze przebiegały konflikty ideowe. Problem w tym, jaki te starcia mają charakter. Czy na przykład mają charakter wzajemnie wykluczający – zmierzają do tego, że my sobie niejako odmawiamy prawa do istnienia? Kiedy jedynym „rozwiązaniem” konfliktu jest pragnienie, żeby ten drugi zniknął, taki konflikt nigdy nie będzie miał pozytywnego zakończenia. To pragnienie może się wyrażać rozmaicie – czasem wprost, a czasem w postaci napiętnowania. Ale jeśli pragnę, żeby ten drugi zniknął, to znaczy, że nie chcę żadnego porozumienia czy kompromisu. To tak jakby powiedzieć drugiemu: możesz istnieć, ale tak żebym tego nie widział. I w taką stronę zmierza to obecnie w Polsce. Tyle że takie wspólnoty się nie ostoją.

Tak się też dzieje, kiedy któraś ze stron konfliktu przestaje mieć dla mnie „twarz”, kiedy nie jestem w konflikcie konkretnym człowiekiem, kiedy nie ma między nami spotkania. On już dla mnie nie istnieje jako osoba, ale jako rzecz, która stała się dla mnie niewygodna i chcę ją porzucić.

To było jedno z pytań, które dręczyły księdza Józefa Tischnera: jak to możliwe, że stając naprzeciwko drugiego człowieka, mogę wzruszyć ramionami, odrzucić go, nawet zabić? Jak to możliwe, że nie rozpoznaję w nim kogoś sobie bliskiego? A dalej: co takiego się stało, że w czasie wojny całym wielkim grupom ludzkim odebrano tożsamość, prawo do istnienia?

Filozofowie dialogu – a u nas właśnie ksiądz Tischner – próbowali wrócić do takich najbardziej pierwotnych doświadczeń spotkania, w których rozstrzyga się, jaki będzie nasz stosunek do człowieka i do świata. Czy na przykład będzie on urazowy, niechętny, czy jednak będzie otwarty. Czy będę tylko od świata żądał i będę chciał, żeby świat, a więc i drugi człowiek, dostosował się do moich pragnień? Czy wręcz przeciwnie – będę chciał spotkać się z drugim i próbował go zrozumieć w tym miejscu, w którym on jest, a dopiero potem zaproszę go do mojego świata, żeby mu pokazać, jaką ja mam dla niego propozycję.

Wielu ludziom może się to wydawać nieefektywne. Nikt nie walczy, nie widać zmiany szybko.

Mam takie doświadczenie z ostatnich dni. Poznałem rodzinę z dwójką dzieci. Mają dwie dziewczynki. Widać, że między dziećmi i rodzicami istnieje niesamowicie silna więź, w której jest wiele ciepła i akceptacji. Czuć, że jest tam wszystko, co potrzebne, żeby człowiek był szczęśliwy. W rozmowie okazało się, że starsza z córek jest adoptowana. Pierwsze trzy lata życia spędziła w bardzo przemocowej rodzinie, doznała naprawdę wielorakich rodzajów przemocy. I takie cierpiące, straumatyzowane dziecko znalazło nowy dom. Teraz ma młodszą siostrę – i ta siostra jest dla niej całym światem, a ona stała się całym światem dla młodszej siostry. Na takich przykładach widać siłę miłości, która działa – która po prostu zmienia świat. Bez żadnego gadania o wartościach, bez żadnych demonstracji. Człowiek widzi takie rzeczy z bliska i wtedy wie, czym miłość jest i czym może być…

Właśnie o tym pisze Pan w książce, kiedy mówi Pan, że każdy człowiek jest w stanie zmienić świat?

Każdy. My sobie nie zdajemy sobie sprawy, jaka w nas tkwi potęga. Jeśli człowiek pozwoli działać temu, co w nim dobre, efekty mogą być naprawdę niesamowite. I wtedy, moim zdaniem, będzie mu nawet obojętne, co inni z tym zrobią, czy odrzucą go, czy nie. Często jest w nas niewiara, że ofiarowując siebie, dostaniemy jakąś część siebie z powrotem. A na ogół okazuje się, że suma „wytworzonego” dobra przeważa nad tym, co nie były dobre.

Maria Janion napisała kiedyś taką piękną książkę „Żyjąc, tracimy życie”. Mówiąc w skrócie: jest to opowieść o tym, że w życiu cały czas coś tracimy – energię, przyjaciół, bliskich. Że trzeba pogodzić się z tym, iż życie to proces nieustannego gubienia tego czy owego. Kiedy przeczytałem tę książkę, pomyślałem, że ksiądz Tischner mógłby napisać jej drugą części, której tytuł mógłby brzmieć: „Żyjąc, dajemy życie”. Bo tak rzeczywiście jest: obumierając, równocześnie przekazujemy życie i – jeśli mamy dość szczęścia – możemy patrzeć, jak ono rozkwita. I nie chodzi tylko o to, że mamy dzieci. Tego doświadcza muzyk, który staje na scenie, malarz, który wiesza obraz w galerii, budowlaniec, który wybuduje osiedle, na którym ludzie dobrze się czują. Bardzo wielu ludzi daje w ten sposób życie innym ludziom.

Moje życie od wielu lat jest związane z osobami z niepełnosprawnością intelektualną. Mam przyjaciół z zespołem Downa, z porażeniem mózgowym. Od 30 lat jesteśmy we wspólnocie, która próbuje się wspierać, spotykać, spędza razem wakacje. Wiele moich przemyśleń bierze się właśnie stamtąd. Taka wspólnota bardzo dobrze weryfikuje, co jest ważne, a co nie. Najważniejsze jest to, żebyśmy się spotkali – upiekli kiełbaskę przy ognisku albo po prostu ze sobą posiedzieli. O naszej wspólnocie nie można powiedzieć nawet, że „działa”, bo nie działanie jest jej celem. Najważniejsza jest obecność, I to jest dla mnie ważne doświadczenie. Doświadczenie, którego wielu ludzi nie chce mieć.

Jest taka piękna scena w filmie Rainman. Bohaterem tego filmu jest zarozumiały dupek – no tak to trzeba powiedzieć – który odkrywa, że ma niepełnosprawnego brata. Dowiaduje się o jego istnieniu w momencie, kiedy umiera ojciec i kiedy po otwarciu testamentu okazuje się, że cały majątek przypadł właśnie temu bratu. Główny bohater uprowadza swojego brata z zakładu opieki i spędza z nim siedem dni. I po tych siedmiu dniach ma miejsce następująca scena: bracia przez moment są sami w biurze, w którym ma zapaść decyzja o ich przyszłości. Jest to scena przepiękna, w której niewiele się dzieje, ale widać jak na dłoni, że przez te siedem dni ten, który był zarozumiałym dupkiem, stal się kimś zupełnie innym. Odkrył piękno swojego brata i pokochał go. Spotkanie z osobą zranioną, wykluczoną jest dla każdego z nas wielką szansą. Ale ludzie w to nie wierzą. Ludzie wiedzą, że to jest dobre, mają taką intuicję – ale niewielu stać na to, żeby we własnym życiu coś w tym, kierunku zrobić.

Gdybyśmy sobie to przyswoili, to potem z wieloma rzeczami byłoby nam łatwiej. Bo nie spieralibyśmy się – często publicznie – o drugorzędne sprawy. Wiedzielibyśmy, co jest w centrum.

Może czasami boimy się tego, co może się w nas zmienić.

Na swoim przykładzie mogę powiedzieć, że moje życie zmieniło się tylko na lepsze. Na wielu rzeczach przestało mi zależeć. Nie znaczy to, że jestem mniej ambitny. Nadal chcę być twórczy i chcę ludziom coś dać. Ale nie chcę być twórczy za wszelką cenę. Na pewno chciałbym być bardziej twórczy także w przyjaźni, w miłości, nie tylko na papierze.

W Krakowie mieliśmy Brata Alberta. Kogoś, komu talent malarski mógł zapewnić miejsce wśród wielkich tego świata, a kto nagle z powodów religijnych zdecydował się poświęcić życie ubogim. Jego życiem stała się bliskość z ludźmi odrzuconymi, z ludźmi z dołu społecznego. To się dobrze ogląda na scenie, kiedy na przykład wystawiają sztukę Karola Wojtyły „Brat naszego Boga”. Ale wprowadzenie tego w życie było i jest o wiele trudniejsze.

Społeczeństwo polskie jest bardzo ofiarne, jest wielu szaleńców Bożych, zarówno wśród wierzących, jak i niewierzących. Nie każdy z nas jest w stanie pójść tak na całość, jak poszedł Brat Albert. Ale każdy z nas jest w stanie mieć w sobie taki rodzaj empatii, choćby w stosunku do swoich najbliższych – rodziców, dzieci, sąsiadów. Gdybyśmy od tego zaczęli, to już byłoby bardzo dużo.

„Dziennik końca świata” – kiedy rozmawiamy myślę o tym, że ten tytuł można odczytać też w sposób optymistyczny. A mianowicie, że jest szansa, że skończy się czas patrzenia na siebie nawzajem wilkiem, a rozpocznie się coś co będzie nowym początkiem, świata otwartego na drugiego człowieka. Świata, w którym drugą osobę chce się powitać, a nie przepędzać. Rozpocznie się już tu i teraz, we mnie.

Bardzo dobrze to pani odczytuje, jeszcze nikt na to nie wpadł. Ja liczę na to, że ten świat, który nie potrafi ze sobą rozmawiać, skończy się, że górę weźmie otwartość, solidarność, pragnienie bliskości. Ciągle mam nadzieję, że zwycięży w nas to, co piękniejsze.

Tekst pierwotnie ukazał się na portalu misyjne.pl

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.