Posted on: 11 lutego 2020 Posted by: Barbara Niedźwiedzka Comments: 0

W styczniu 2020 r. w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu odbyło się sympozjum „Oblicza ekologii”. Interesuję się tą problematyką, a więc nie mogłam nie zajrzeć na stronę sympozjum. Dla zainteresowanych – nagrania wystąpień są dostępne TUTAJ.

Mówiono o osiągnięciach leśników, rolników, o tym, że Polska jest wśród liderów produkcji rolnej (M. Wroński). Były dwa głosy mówiące o tym, co potrzeba zrobić, aby polskie rolnictwo było bardziej ekologiczne i o innowacjach na tym polu  (R. Telus, T. Nowakowski). I wydawałoby się, że wyłaniający się pozytywny obraz sytuacji powinien napawać optymizmem, a jednak po wysłuchaniu wszystkich wystąpień ogarnęło mnie przygnębienie.

Miało kilka powodów. Pierwszy to ogólne wrażenie, że Sympozjum było nie tyle poświęcone dyskusji i szukaniu rozwiązań będących odpowiedzią na dzisiejsze środowiskowe, klimatyczne zagrożenia, ile konsolidacją środowiska wokół pamięci zmarłego nie tak dawno Ministra Jana Szyszko – twórcy słynnego lex Szyszko i przyczynie zainteresowania się fachowców z całego świata i instytucji Europejskich zagrożeniami dla naszej przyrody. Było też Sympozjum jednym wielkim paszkwilem na ekologów nazwanych przez prawie wszystkich prelegentów – ekoterrorystami.

Oprócz przygnębienia mogę mówić jeszcze o zdziwieniu. Pojawiło się już przy pierwszym wystąpieniu – Ministra Michała Wosia.

W sytuacji zatrważającego, już zbierającego ogromne żniwo, światowego kryzysu klimatycznego Minister Środowiska proponuje, aby zamiast równać do ekologicznych celów krajów zachodnich w odchodzeniu od paliw kopalnych, postawić na rozwój technologii umożliwiających uprawę roślin znoszących wyższe temperatury. Sens jego wystąpienia, pełnego półprawd i straszenia był taki: nieważna solidarna konsolidacja światowych wysiłków na rzecz powstrzymywania zmian klimatu, i tak nasz udział w tej całej destrukcji jest minimalny, więc niech kryzysem przejmują się Stany Zjednoczone, Chińczycy. My postawmy na ciepłolubne rośliny.

Myślę, że nie tylko ja nie chciałam wierzyć w to co słyszę. Pojawił się zresztą później w dyskusji, jedyny bodaj w czasie trwania sympozjum, nieśmiały głos polemiczny. Był to głos młodej dziewczyny, która zapytała co z ludźmi, ze zwierzętami? Pan Minister najwyraźniej przypomniał sobie wtedy młodzieżowe strajki klimatyczne, słupki poparcia, zobaczył w jednym błysku to, co zrobią media z jego wypowiedzią i usiłowała złagodzić wrażenie, jakie wywarła jego wypowiedź. Może przypomniał sobie też obrazy z krajów, gdzie bywał z pomocą humanitarną?

Gdy mówiono o zniszczeniu przez ekoterrorystów Puszczy Białowieskiej (która przecież jak twierdzono nie jest żadnym szczególnym przyrodniczo lasem), o zniszczeniu przez nich Rospudy; o tym, że głównym celem pozarządowych organizacji ekologicznych jest robienie na swojej działalności wielkich pieniędzy, już nie było głosów polemicznych. Ani słowa o analizach naukowców, o protestach autorytetów przyrodniczych, o sprzeciwie całej Europy i jej instytucji wobec wycinania i ingerowania w ostatnie przyczółki względnie niezepsutej cywilizacją natury.

Ekoterroryści, dowiedziałam się od o. Dyrektora, taki mają sposób zarabiania – przywiązują się do starych drzew, i tak się utrzymują. Inne kraje rozwiązują problem protestów ekologów jednym policyjnym: pak, pak, pak, i już. A u nas?!

Dowiedzieliśmy się też wszyscy z wykładu ks. prof. Tadeusza Guza (KUL), co to jest EKOLOGIZM. Ksiądz profesor z wyjątkową słodyczą w głosie mówił, streszczam w wielkim skrócie, że ekologizm to jest: przede wszystkim totalny ateizm, a poza tym: wrogość względem człowieka, jako osoby, tegoż człowieka degradacja, zaprzeczenie ducha, totalna erotyzacja, i… przejaw bytu antychrysta. Zdaniem księdza profesora: celem neomarksistowskich ekologistów jest otworzyć przyrodzie oczy, za cenę unicestwienia człowieka.

I znowu zdumienie i strach. Jestem działaczką ekologiczną, ale nie jestem ateistką, więc supozycja, że wstąpił we mnie antychryst zaniepokoiła mnie bardzo. Wydawało mi się, że wierzę w słowa Ewangelii i w objawione nam w Piśmie św. polecenie Boga, abyśmy troszczyli się o stworzoną przez Niego Ziemię, o nawet najdalszych bliźnich, nawet wrogów, o wszystko, co na niej żyje, a co wspólnie z człowiekiem czeka w utęsknieniu zbawienia.  Insynuowanie mi, i znanym mi ekologom, jakiegoś szczególnego rozerotyzowania wydało mi się przesadą. Z materializmem nie mam nic wspólnego, z komunizmem – podobnie.  A tu okazało się, że jestem opętana przez diabła, wydałam wojnę Panu Bogu i przynależę, wraz z wszystkimi ekologistami, do najciemniejszych mocy. Posłuchajcie Państwo sami. To jest mocne. TUTAJ.

Nie wiem, jak to, co mówił Ksiądz Guz komentować. Czy komentować? Ogarnia mnie jakaś bezradność. Zastanawiam się, czy Ksiądz Profesor staje w opozycji do współczesnego (głoszonego od czasów Pawła VI) magisterium Kościoła? Myślę też, że zamiast rozkoszować się lekturą lewackich filozofów, może lepiej byłoby szerzej otworzyć oczy na świat? Prawdziwy. I mniej martwić się o to, jaki ekologista ma światopogląd i w jakim stopniu jest rozerotyzowany, a raczej pojechać na Filipiny, Madagaskar, do Pakistanu, do zdewastowanej Amazonii, pobyć tam z naszymi zrozpaczonymi zdegradowanymi bliźnimi. Może jakieś wczasy „all inclusive” w obozie dla uchodźców? A może kilka dni w poleconej przez ekoterrorystów przemysłowej hodowli świń lub lisów?

821 milionów osób na Ziemi cierpi głód (FAO 2018). Ta liczba stale rośnie. 150 milionów dzieci jest opóźnionych w rozwoju z powodu niedożywienia. Głoduje Afryka, część Azji, część Ameryki Łacińskiej. Zmiany klimatyczne powodują gwałtowne zjawiska: susze, powodzie, huragany. Ludzie tracą swoje naturalne miejsca życia i pracy. Zanieczyszczenie ziemi, wody, powietrza powoduje choroby i przedwczesne śmierci.

Naukowcy alarmują: giną całe ekosystemy, wymierają gatunki zwierząt i roślin, które ewoluowały przez miliony lat! Ok. 50 proc. gatunków zwierząt, które dzieliły z nami Ziemię już zniknęło. Naturalne środowiska innych kurczą się zastraszająco. Oczywiście nie u nas. U nas wszystkie nasze gatunki mają się, według prelegentów z Torunia, świetnie. Nie ma więc sobie czym zawracać głowy. U nas.

Naukowcy, ekolodzy, rozmaitej maści aktywiści: ateiści, agnostycy, neomarksiści i chrześcijanie, protestują. Leży im na sercu dewastacja przyrody wszędzie a zwłaszcza degradacja środowiska tam, gdzie żyją najbiedniejsi, najbardziej bezradni ludzie.  Według tych z nich, którzy wierzą w Boga, chrześcijańska chata w tym wszystkim z pewnością nie powinna być z kraja. Ma być, zgodnie z Ewangelią, w samym środku ludzkiej biedy.

W trakcie całego sympozjum nierówna walka ekologów i aktywistów z wielkimi pieniędzmi, lobbystami i władzą była wyśmiewana i potępiana na rozmaite sposoby. Zaocznie. Nie zostali zaproszeni, aby przedstawić swoje racje, dowody naukowe, dowody z niezliczonych interwencji. Nazywano ich dyletantami, fanatykami, niszczycielami polskiego rolnictwa i środowiska, insynuowano podejrzane interesy. Dowiedzieliśmy się też, jeszcze raz, gdzie jest miejsce takich dziewczynek jak Greta Thunberg. Oklaski!!  Jaka jest rola tej dzielnej dziewczyny w budzeniu ludzkich sumień nikt nie zauważył.

Najłatwiej było wyśmiać obrońców zwierząt. Sam gospodarz spotkania raczył kpić m.in. z krańcowej eksploatacji krów. Tak, wszystko można strywializować, przedstawić, jako idiotyzm. Zmanipulować fakty i ich sens. Ktoś mówił o fantastycznych przeżyciach na polowaniach na dzikie gęsi w towarzystwie Ministra Szyszko, i w ogóle o radościach myślistwa. Przypomniało mi się strzelanie do bażantów wypuszczanych z klatek.

Symbol ludzkiej próżności – futro z norek – zupełnie nie przeszkadzał, katolickiemu duchownemu w wyśmiewaniu, dla poklasku siedzących na sali hodowców, rozpaczliwych działań przeciwników dręczenia tych zwierząt. Katechizm Kościoła Katolickiego mówi, że „Sprzeczne z godnością ludzką jest niepotrzebne zadawanie cierpień zwierzętom lub ich zabijanie”. Futra z norek czy lisów nie są człowiekowi potrzebne.

Był na sympozjum wykład o tym jak ekolodzy manipulują opinią społeczną. Ten wykład i towarzyszący mu pokaz były tej manipulacji kwintesencją. Pan Marek Miśko pokazał dwa filmiki. Jeden przedstawiał szczęśliwe, zadbane krowy w hodowli, leżące na świeżej słomie, na świeżym powietrzu, z widokiem na trawnik, jak z reklamy Milki, drugi – śliczną puchatą norkę, siedzącą na półeczce z prętów, podczas gdy w tym czasie, zadowoleni, bo mający pracę, ludzie produkują druciane klatki. Manipulacja ekoterrorystów społeczeństwem miała polegać na ponurym komentarzu, którym ekolodzy opatrują takie miłe dla oczu obrazy.

Ciekawiłoby mnie, czy Pan Prelegent widział kiedyś wielką przemysłową hodowlę mlecznych krów, lisów czy norek. Czy pobył w nich dłużej? Czy widział takie fermy, których właściciele tną koszty ile się da, aby jak najwięcej zarobić? Czy np. wie, że w hodowlach norek w ciemnych pawilonach ciągną się tysiącami metrów klatki, każda o powierzchni 0.18 m2 (dla porównania na zachodzie taka klatka ma mieć od 3 do 15 m2 dla jednego zwierzęcia). Czy rozumie terminy „dobrostan zwierzęcia”, „naturalne potrzeby zwierzęcia”? Czy wie np., że żyjące dziko norki (te hodowlane są udomowione niedawno, ok. 80 lat temu) muszą mieć dostęp do wody. Aby do niej dotrzeć są w stanie wykonać ogromną pracę, że nurkują na głębokość do 6 m, że samice norek poruszają się w naturze na powierzchni o wielkości 8 – 20 ha., a samce – 800 ha, że mieszkają w dziuplach drzewnych lub w norach wykopanych w ziemi na głębokość trzech metrów. To tak tylko dla przykładu.

Nie będę już komentować filmu o szczęśliwych krowach, ani przybliżać realiów przemysłowych hodowli mlecznych krów, brojlerów, kur niosek, tuczników. Kto chce może sprawdzić, są oficjalne raporty, doniesienia do prokuratury, zdjęcia, filmy z hodowli, z targów zwierząt, filmy kręcone w czasie transportu, w rzeźniach. Nie jest to przyjemne. Mało kto chce o tych sprawach słyszeć, oglądać.

Siedzący na sali hodowcy zwierząt prawdopodobnie pomyśleli o Panu Misko – naiwny pożyteczny amator. Ale inni, kto wie, może mu uwierzyli?

Kontrole dobrostanu zwierząt na fermach prowadzone przez niezależne organizacje, przeważnie przy użyciu ukrytych kamer, pokazują jak lekceważone bywają przez hodowców nawet te bardzo zminimalizowane standardy. Zwierzęta w warunkach absolutnie niezgodnych z ich potrzebami, żyją w stanie stałego stresu, okaleczają się, popadają w apatię, „wariują”. Fermy dają hodowcom rocznie od 400 do 600 mln euro – pieniądze okupione nikomu tak naprawdę niepotrzebnym cierpieniem.

Na szczęście, dzięki fanatycznym, napełnionych antychrystem, niemarksistowskim ekoterrorystom, którzy zakradają się czasem do tych miejsc, wiemy dużo o pazerności i bezduszności ludzi. Żeby była jasność nie twierdzę, że każdy hodowca ma zamiast serca konto bankowe. Ale są tacy. Przemysłowe hodowle zwierząt to okrutny biznes, a niektóre z nich, te patologiczne, to miejsca prawdziwej kaźni. Widzą je tylko oczy „ekologistów”. Ciekawe jak długo?

Ktoś z uczestników podniósł postulat zmian Ustawy o ochronie zwierząt, aby odebrać możliwość kontroli i odbierania krzywdzonych zwierząt organizacjom pozarządowych. Kiedy piszę ten tekst, ta inicjatywa posła J. Sachajko upadła, dzięki ogromnemu sprzeciwowi społeczeństwa. Za chwilę lobby hodowców prawdopodobnie znów podejmie próbę zapewnienia sobie nieprzenikalnej zasłony, za którą niejeden hodowca będzie dowolnie „czynił sobie ziemie poddaną”, chyba rzadko znając kontekst i znaczenie tych słów.

Dowiedziałam się też o ogromnych niebezpieczeństwach wynikających z humanizacji zwierząt. Piotr Kłosiński (Prezes Polskiego Porozumienia Kynologicznego) zamiast, co wydawałoby się przydatne, mówić na przykład o sposobach przeciwdziałania bezdomności, czy poprawy życia wiejskich psów, zwrócił szczególną uwagę na to, że porównywanie zwierząt do ludzi nam zagraża. Nie do końca pojęłam, może chodzi o to, że empatia w stosunku do zwierząt pomaga wstąpić antychrystowi w człowieka? Trzeba by zapytać Księdza Profesora.

Na szczęście my Polacy dzielnie bronimy się przed tym niebezpieczeństwem. Wystarczy przejść się przez dowolną tradycyjną, katolicką wieś i policzyć psy na krótkich łańcuchach, przy dziurawych budach, które jak zdechną z głodu, pragnienia, zimna, to uwiąże się inne. Wystarczy obejrzeć filmy z interwencji w hodowlach, w pseudo hodowlach, obrazy z polowań. W czasie sympozjum mówiono jednak tylko o miłości  hodowców i myśliwych do zwierząt. Taki obiektywizm, taka jedyna prawda.

Pan Prezes wydawał się też nie rozumieć, czemu służą manifestacyjne, często specjalnie wyjaskrawiane, dowartościowywania zwierząt, wydobywanie ich ze stereotypu, z etycznego niebytu. Wyjaśniam: tego typu działania mają na celu zwrócenie uwagi na to, że zwierzęta, także zwierzęta hodowlane, to czujące istoty, mające swoje naturalne potrzeby. Wydaje się, że po chrześcijańsku byłoby mieć większy szacunek dla Bożego stworzenia, więcej przyłożyć starań, żeby nie krzywdzić. Ale o tym, co należałoby w tej sprawie zrobić dyskusji nie było.

Na sympozjum o. Dyrektora nie było też choćby jednego apelu o umiarkowanie, ustępowanie z wysokości dochodów na rzecz poprawy jakości produkowanej żywności czy dobrostanu hodowanych zwierząt. Nie mówiono o tym, w jaki sposób rewitalizować tradycyjne gospodarstwa rolne. Oprócz pojawienia się hasła, nie dowiedzieliśmy się, co w praktyce ma oznaczać dbanie o bioróżnorodność. Nie było żadnych inspiracji do zmian, choćby poprzez pokazanie wzorów. Pojawił się za to wniosek, aby ograniczyć produkcję ekologicznego mleka tylko do tych, już istniejących, niewielkich gospodarstw, których i tak nie stać ani na wzrost, ani na niezbędną chemię (Jarosław Malczewski).

I najważniejsze. Nie było na sympozjum nic o tym, jak nasze krajowe i lokalne gospodarowanie wpływa na środowisko w szerszej skali, co możemy zrobić, jak współpracować z innymi krajami, aby powstrzymywać globalne zjawiska, ani słowa o tym, jak lokalne dbanie o środowisko ma się do solidarności z najbardziej pokrzywdzonymi bliźnimi na Ziemi. A to jest współcześnie największy problem. Dominowało przesłanie: Polak, pan na zagrodzie – katolik, czyniący sobie ziemię poddaną, i nikt, a zwłaszcza obcy i lewacy nie będą nam mówili, jak mamy się rządzić, co wycinać, jak hodować. I było dużo oklasków i śmiechu towarzyszącego dowcipom o półgłówkach – ekologach. Odsyłam zwłaszcza do końcowego wystąpienia o. Dyrektora.

To wszystko stało się przyczyną mojego przygnębienia. Nie chcę być identyfikowana z takim podejściem do ekologii i świata.

Na szczęście, katolicka ekologia ma też inną twarz. Nie jest wtedy żadną ideologią. Jest nauką, konkretnymi praktycznymi rozwiązaniami i aktywizmem, który zwraca uwagę na niedobre zjawiska, interweniuje tam, gdzie niewydolne są państwowe służby, gdzie działa bezkarnie jakiś zły i chciwy lub tylko nieświadomy, niewrażliwy człowiek. Ten nurt ekologicznej troski w Kościele mówi o grzechu ekologicznym, a nie przede wszystkim o pieniądzach, biznesie i ekoterrorystach.

Jest papież Franciszek, jego liczne apele i Encyklika Laudato si’, która wzywa do „…uświadomienia sobie konieczności zmiany stylu życia, produkcji i konsumpcji, by powstrzymać globalne ocieplenie albo przynajmniej wyeliminować przyczyny wynikające z działalności człowieka”. Są hierarchowie mojego Kościoła, którzy Gretę Thunberg uznają za świadka zaangażowania na rzecz troski o wspólny dom.

A z ostatnich deklaracji, z którymi się identyfikuję, choćby „List pasterski Episkopatu Polski” z października 2018 r., w którym czytamy, że „Miłość to jedyna droga, dzięki której każde ludzkie serce pozwala nam odczuwać potrzeby i prawa innych, jako własne. Logika miłości chroni nas przed egoistycznym podbojem stworzonego świata i stanowi filar, na którym opiera się trwałość ludzkich relacji oraz harmonia naszego współżycia ze światem stworzonym. I dalej: „Niepohamowane gromadzenie dóbr, wyzysk i niszczenie przyrody, znęcanie się nad zwierzętami, zaśmiecanie lasów, obrzeży dróg, oceanów, powietrza, przestrzeni kosmicznej, nadużywanie wszystkiego tego, co z Bożej ręki otrzymaliśmy – to niepełny katalog grzechów ekologicznych.”

Moje rozumienie chrześcijańskiej integralnej ekologii jest też spójne z ostatnim lutowym wystąpieniem abp. Stanisława Gądeckiego mówiącego, że „W żadnym przypadku Biblia nie daje podstaw do despotycznego antropocentryzmu, który nie interesuje się losem innych stworzeń. Człowiek obdarzony inteligencją musi szanować prawa natury i tę delikatną równowagę, jaka istnieje między bytami tego świata”. Do ekologicznego nawrócenia wzywali wcześniej: Paweł VI, Benedykt XIX, wiele mówił o tym św. Jan Paweł II. Ten ostatni na samym początku swojego pontyfikatu w 1979 roku ustanowił św. Franciszka patronem ekologów.

Myślę, że św. Franciszek wyszedłby szybko z toruńskiego sympozjum. I może pomodliłby się na pobliskim skwerze słowami swojego imiennika – Papieża: „…Boże miłości, ukaż nam nasze miejsce w tym świecie, jako narzędzi Twojej miłości dla wszystkich istot tej ziemi, bo żadna z nich nie jest przez Ciebie zapomniana. Oświeć posiadających władzę i pieniądze, aby nie popadali w grzech obojętności, aby miłowali dobro wspólne, wspierali słabych i opiekowali się światem, w którym żyjemy […]. Pochwalony bądź, Panie!”.

Barbara Niedźwiedzka

comments

Leave a Comment