Posted on: 6 grudnia 2014 Posted by: Agnieszka Nowak Comments: 0

II Niedziela Adwentu rok B

Mk 1,1-8

Początek Ewangelii o Jezusie Chrystusie, Synu Bożym. Jak jest napisane u proroka Izajasza: „Oto Ja posyłam wysłańca mego przed Tobą; on przygotuje drogę Twoją. Głos wołającego na pustyni:
Przygotujcie drogę Panu, prostujcie ścieżki dla Niego”.

Wystąpił Jan Chrzciciel na pustyni i głosił chrzest nawrócenia na odpuszczenie grzechów. Ciągnęła do niego cała judzka kraina oraz wszyscy mieszkańcy Jerozolimy i przyjmowali od niego chrzest w rzece Jordan, wyznając przy tym swe grzechy.

Jan nosił odzienie z sierści wielbłądziej i pas skórzany około bioder, a żywił się szarańczą i miodem leśnym. I tak głosił: „Idzie za mną mocniejszy ode mnie, a ja nie jestem godzien, aby się schylić i rozwiązać rzemyk u Jego sandałów. Ja chrzciłem was wodą, On zaś chrzcić was będzie Duchem Świętym”.

Jan Chrzciciel, ostatni prorok, jedyny syn Elżbiety i Zachariasza, posłaniec,  wybrany od początku, by dać świadectwo i odejść. Był upragnionym i długo oczekiwanym dzieckiem, zapewne bardzo kochanym, otaczanym czułością i ciepłem. Nie wiemy kiedy odszedł z domu, by przygotować się do spełnienia swej roli, o której wiedział, że jest dla niego darem. Nie wiemy  jak bardzo ofiara młodego Jana dotknęła cierpieniem rodziców.  A przecież cierpienia tego doświadczyli. Zachariasz był kapłanem,  wiedział jaki los czeka proroka. Zdawał sobie sprawę, że Boże wybranie to w oczach ludzkich klęska, której nie sposób zapobiec. Elżbieta, jak każda matka, pragnęła szczęścia dla swego dziecka. Wolno sądzić, że zgoda jaką wyrazili, pozwalając odejść Janowi na pustynię okupiona była cierpieniem i łzami. Na pewno nie rozumieli wszystkiego, zadawali sobie i Bogu pytania, jakie zazwyczaj zadają rodzice, gdy dziecko wybiera drogę nie do końca pasującą do ich marzeń. A jednak pomimo bólu i łez, wiedzieli, że tej drogi odmówić nie sposób. Nikt inny bowiem nie został powołany, by przygotować drogę Mesjaszowi.

Świadectwo Jana przekracza po wielokroć ludzkie wyobrażenia. Zgodził się pozostać jedynie drogą, zrezygnował ze wszystkiego, co mogło do niego należeć, nawet z  wygodnej odzieży i pożywienia do jakiego przywykł w domu. Być tylko posłańcem, nigdy nie było łatwo, być posłańcem Stwórcy,  znaczy do dziś mieć życie trudne, pełne wyrzeczeń, po ludzku przegrać na całej linii. A jednak w słowach świadczących o wybraństwie   Oto Ja posyłam wysłańca mego przed Tobą; on przygotuje drogę Twoją ukryta  zastałą niezachwiana nadzieja, że ofiara ma sens.

Św. Marek podaje, że nad Jordan ciągnęły tłumy. Ludzie przybywali ze wszystkich krańców Judei, co wiązało się z dużym wysiłkiem. Przed przyjęciem chrztu z rąk Jana wyznawali swe grzechy. Izrael nie znał spowiedzi indywidualnej. Nie było zwyczaju wyznawania  słabości kapłanom, a jednak ludzie grzechy swe wypowiadali. Istnieje w każdym  z nas potrzeba nazwania tego, co skrywa w swym sercu i myślach. Jesteśmy ludźmi słowa, wypowiadając siebie, spoglądamy na swe uczynki z perspektywy, jaką mają nasi bliźni, nie zawsze imponującej. Ludźmi żyjącymi w czasach Jana Chrzciciela i Jezusa kierowała potrzeba ujrzenia w prawdzie samych siebie, dlatego wyznają swoje słabości. Nie łudźmy się, że byli lepsi do nas, że mniej grzeszyli. Mieli tylko inne możliwości popełniania tych samych niegodziwości.  Podobnie jak dziś, zdarzało się wiarołomstwo i kradzieże, fałszywe świadectwa i oszczerstwa, nawet morderstwa. I w tamtych czasach spierano się o spadek i dzielono majątek, nie mając  do tego prawa. Katalog ludzkich słabości niewiele się zmienił.

Wydaje się jednak, że ważniejsze od słabości  jest pragnienie stania się godnym, by powitać Mesjasza. Ludzie bowiem wyznawali  swe grzechy dlatego, że słyszeli zapowiedź przyjścia Zbawcy. Nie robili tego, by wypełnić przykazania kościelne, by zadowolić Jana, ale właśnie dlatego, by okazać się    godnym  ujrzenia Pana.  Pragnąć stania się godnym łaski, to więcej niż chcieć porzucić grzech. W pragnieniu tym  bowiem ukryta jest tęsknota za pełnią życia, za tym, czego nie może odebrać człowiekowi czas.

Z pewnością wielu doświadczyło lęku, niejednemu głos się załamał, ale chęć spotkania łaski, jaką Bóg ofiarował człowiekowi w swoim Synu gasiło wszelkie obawy. Nie wiemy jak czuli się opuszczając koryto rzeki, nie wiemy, jak dalej żyli. Możemy  jednak być pewni, że otrzymali dar poznania prawdy o swojej tęsknocie za Bogiem. W istocie bowiem, wszystkie ludzkie tęsknoty i oczekiwania są pragnieniem przebywania w bliskości Stwórcy.

I jeszcze słowo o Janie. Żadna z postaci Nowego Testamentu nie odpowiada tak dokładnie symbolice drogi. Pozostał  nią do końca, aż do dnia ścięcia.  Był tylko drogą, po której deptały tysiące ludzi i sługą, któremu nakazano odejść, gdy skończył swe posługiwanie .  W naszych czasach, kiedy brak sukcesu staje się niemal natychmiast klęską warto o tej postaci pamiętać. Otoczony tłumem wielokrotnie powtarzał, że Mesjasz dopiero nadejdzie. Okoliczności sprzyjały, w jednej chwili mógł zawładnąć zgromadzoną rzeszą. Tego jednak nie zrobił. Był człowiekiem prawdy. To bardzo trudne, zarazem mało obiecujące. Wiemy jak skończył.

Stać się drogą, pozostać sługą nie jest mile widziane. Trwać w cieniu kogoś drugiego wydaje się poniżające. A jednak gdyby nie było sług, nie było ludzi, będących jak droga, któż z nas mógłby doświadczyć łaski? Iluż zdołałoby poradzić sobie samemu ze sobą?  W istocie rzeczy, każdy jest dla drugiego drogą, i  dobrze, jeśli po trosze umie być sługą.  Zdaje się, że tak właśnie być powinno, by w ludzkim sercu mogła obudzić się nadzieja, zagościć wiara i pozostać miłość.

 

comments

Leave a Comment