Posted on: 3 października 2017 Posted by: Paweł Stachowiak Comments: 1

Głupie pytanie, powie ten, który sądzi, iż modlitwa jest dla Boga. Ona jest dla nas, zwraca nas ku Niemu, ale również ku bliźnim, nigdy nie powinna budzić lęku, ani kultywować jakiejkolwiek niechęci, chyba że do zła i jego ojca. Jest taka mało znana humoreska Marka Twaina: „List z rachuby niebios”, którą powinien przeczytać każdy kto sądzi, że tam, w górze, siedzi jakiś niebieski buchalter, rozliczający ludzkie modlitwy i proporcjonalnie do ich wartości rozdzielający „potrzebne łaski”.

Pytanie, jakiej modlitwy potrzebujemy, przyszło mi do głowy gdy dowiedziałem się o wspieranej przez Episkopat Polski akcji „różaniec do granic”, podczas której rzesze Polaków mają odmawiać modlitwę różańcową wzdłuż granic naszego kraju aby, jak deklarują organizatorzy, „błagać przez wstawiennictwo Matki Bożej o ratunek dla Polski i świata”. Jednocześnie piszą na swojej stronie internetowej, iż modlitwa ta jest organizowana w rocznicę bitwy pod Lepanto, „gdzie flota chrześcijańska pokonała wielokrotnie większą flotę muzułmańską ratując tym samym Europę przed islamizacją”. Nie mam zamiaru powtarzać, nieco insynuacyjnych, opinii niektórych mediów, że w całej akcji idzie o wykorzystanie i podtrzymanie polskich lęków przed obcymi, patronat biskupów z całą pewnością wyeliminował (choć jak widać nie całkiem) zamiary uczynienia z tego przedsięwzięcia nowej akcji kopania „okopów świętej Trójcy”. Mam jednak pewne wątpliwości.

Symbolika modlitwy na granicach, pomimo starań biskupów aby nadać jej niekonfrontacyjną formułę, budzi odruchowo jedno skojarzenie. Stajemy na warownych murach naszego grodu aby uchronić to co wewnątrz nich, czyste i nieskażone, przed hordami nadciągającymi z zewnątrz. Proszę wybaczyć publicystyczną przesadę, ale sądzę iż teologiczne wygibasy, mające na celu stępienie antyislamskiej i antyuchodźczej wymowy tego pomysłu, nie będą czytelne dla jego uczestników. Czy takiej modlitwy potrzebujemy? Cóż, niektórzy pewnie sądzą, że tak. Żyją bowiem w stanie, podsycanego przez niektóre media, permanentnego lęku przed nadejściem owych hord, które „zgwałcą nasze żony i córki”, zastąpią półksiężycem krzyże na naszych świątyniach i zaczną piec barany na chodnikach naszych ulic. Ten lęk, póki co całkowicie wirtualny, jest niezwykle silny. Badania opinii publicznej dowiodły, że Polacy bardziej boją się uchodźców niż utraty pracy i ciężkiej choroby. Przyczynek do psychopatologii społecznej, niestety realny. Jest to także ogromne wyzwanie dla Kościoła, bowiem gdy zadano pytanie „czy jesteś za przyjmowaniem uchodźców z krajów objętych konfliktami wojennymi”, a zatem absolutnie nie emigrantów zarobkowych, okazało się, że odsetek niechętnych świadczeniu takiej pomocy jest wprost proporcjonalny do częstotliwości uczestnictwa w praktykach religijnych, dochodzi do niemal 80%! Dziwny paradoks, wielu biskupów nawołuje do rozwijania „kultury przyjęcia”, episkopat walczy o korytarze humanitarne a ci najwierniejsi z wiernych jakby kompletnie tego nie dostrzegali. W kwestii uchodźczej najważniejszym polskim hierarchom bliżej do Partii Razem aniżeli do własnych wiernych. Myślę, że zapleczem dla akcji „różaniec do granic” będą w znaczącym odsetku właśnie ci, którzy tak boją się obcych, iż zapominają o postawie miłosiernego Samarytanina. Jaka forma modlitwy jest im potrzebna? Taka, która umocni ich lęki przed złym światem, jeszcze wyżej wzniesie mury obaw i resentymentów? A może warto byłoby nadać jej nową treść, pomodlić się, abyśmy potrafili wznieść się ponad ograniczenia naszego strachu. Może dobrze byłoby do intencji tej modlitwy dorzucić jeszcze jedną: „Panie, pomóż nam otworzyć nasze serca, nasze parafie i wspólnoty na potrzeby bliźnich. Nie dopuść abyśmy wznosili mur na naszych granicach. Niech ta modlitwa będzie dla tych, których wojna i nędza zmusiła do opuszczenia swej ojczyzny gestem solidarności i gościnności.”

comments

1 people reacted on this

Leave a Comment