Posted on: 17 kwietnia 2014 Posted by: ks. Bartek Rajewski Comments: 0

Rajewski Bartosz - Portret

Wielki Czwartek

„Za młodych lat, w czterech kapłanów wędrowaliśmy po Francji. Byliśmy m.in. w katolickiej Bretanii. Wczesnym rankiem usłyszałem sygnaturkę. Nie wiedziałem czy jest w tej miejscowości kościół, gdzie jest, czy jest katolicki. Poszedłem za głosem sygnaturki i odnalazłem mały wiejski kościółek. Zastałem tam starszego kapłana zupełnie samego, który klęczał przed ołtarzem i się modlił. Podszedłem do niego i zapytałem: «Proszę księdza, to ksiądz tak całe życie sam zupełnie się modli?». Odpowiedział: «Nie, w niedzielę mam paru wiernych, ale co dzień to się modlę sam. To ty jesteś księdzem i tego nie rozumiesz, że naszym powołaniem jest modlitwa? Moi ludzie pracują, oni nie mają czasu na modlitwę. Kto się ma za nich modlić? To jest nasze powołanie!». To wydarzenie zapadło mi głęboko w pamięć”.

O tym autentycznym wydarzeniu mówił niemal przed trzema laty na kazaniu, w czasie pierwszej sprawowanej przeze mnie Eucharystii, ks. abp Henryk Muszyński, prymas Polski senior. To wydarzenie, zaczerpnięte z jego własnego kapłańskiego życia, zapadło mu głęboko w pamięć. Również na mnie wywarło wyjątkowe wrażenie i dzisiaj, w tym szczególnym dniu, kiedy wspominamy ustanowienie sakramentów Eucharystii i kapłaństwa, zapragnąłem się nim z wami podzielić.

Eucharystia i kapłaństwo. Dwa sakramenty nierozerwalnie ze sobą powiązane, tak, że jeden nie może istnieć bez drugiego. Fundamentem i treścią obu tych sakramentów jest miłość.

Nie można być księdzem, jeśli się nie potrafi kochać. Miłość to największa chrześcijańska prawda. Stanowi ona najpotężniejszą siłę we wszechświecie. Eucharystia zaś to najlepsza szkoła miłości, która uczy, że kochać, to oddawać swoje życie, rezygnować z siebie, umierać, aby inni mogli żyć.

Przeczytałem ostatnio książkę, która wywarła na mnie duże wrażenie. „Lewa ręka Boga” Williama Barretta to opowieść o perypetiach młodego amerykańskiego lotnika z eskadry utrzymującej loty nad Himalajami, który po wielu rozmaitych doświadczeniach, przebrany za księdza, trafia do jednej z misji katolickich w Himalajach. Podejmuje tam posługę kapłańską, pomimo że kapłanem nie jest. Zmaga się z wyrzutami sumienia oraz wieloma rozterkami natury duchowej i psychologicznej. Nie znajduje jednak wyjścia z tej trudnej sytuacji. Nie może przyznać się wobec tych wszystkich ludzi, którzy uważają go za księdza, których rozgrzeszał, dla których sprawował Eucharystię, którym chrzcił dzieci, że księdzem nie jest. To mogłoby zniszczyć ich wiarę. Tym, co pomaga mu uporać się z dręczącymi go wyrzutami i rozterkami jest miłość. Na nowo odkrywa w swoim życiu Boga, zaczyna się modlić. Zaczyna kochać tych ludzi, służyć im całym sobą i postępować tak, jak postępowałby prawdziwy ksiądz.

Miłość jest kluczem. Kapłan powinien być człowiekiem miłości, której uczy się i którą czerpie z Eucharystii, na kolanach. To żadna zawiła filozofia. To najprostsza prawda, o której tak często jednak zapominamy. Nigdy nie pokocha się ludzi, jeżeli się od ludzi bierze, jeżeli się ludzi wykorzystuje i używa do swoich własnych celów. Gdy się jednak ludziom służy, gdy się ludziom ofiarowuje samego siebie, wtedy kocha się ich na pewno. I nie ma w tym nic zawiłego, żadnej filozofii. Dzisiejszy niezwykle symboliczny gest obmycia nóg ma nam tę prawdę dobitnie przypomnieć.

Jedyną odpowiedzią na miłość Jezusa Chrystusa w życiu każdego kapłana, jest miłość pasterska. Cała posługa kapłańska sprowadza się do tego, by kochać tych, do których jest się posłanym, najbardziej tych, którzy tej miłości szczególnie potrzebują, tych którzy się najbardziej zagubili, tych którzy są najbardziej nieszczęśliwi, tych którzy są najbiedniejsi, tych którym się wydaje, że nie ma dla nich miejsca w życiu, tych którzy zostali odepchnięci.

Zwykły człowiek, który dwa tysiące lat temu chodziłby po drogach Galilei, z pewnością nie mógłby znaleźć wiele do kochania w prostych sklepikarzach, przekupniach z targowiska, zwykłych żołnierzach, pasterzach owiec czy wcale niewybitnych rybakach. Jednak Jezus Chrystus kochał ich, jak kocha nas – zwykłych ludzi. Udowodnił tę miłość swoją śmiercią.

Jezus z Nazaretu był człowiekiem na klęczkach, a Poncjusz Piłat, ów chełpliwy, wspaniały rzymski dowódca, był człowiekiem stojącym. Wiele od tamtych czasów się nie zmieniło. Również i dzisiaj, jako kapłani niejednokrotnie głośno oddajemy cześć Jezusowi, a w sercach składamy hołd Piłatowi i wszystkim jemu podobnym. Po to, aby być lepszym kapłanem dla Ludu Bożego, ksiądz musi najpierw być człowiekiem Bożym, który nie oddaje hołdu możnym tego świata, współczesnym Piłatom, ale klęcząc wpatruje się w Jezusa. Musi być człowiekiem na klęczkach, jak Jezus Chrystus, jak ów francuski kapłan, o którym wspomniałem na początku naszych rozważań. Abyśmy mogli jednak sprostać kapłańskiej misji, która jest darem, ale równocześnie zadaniem, potrzebujemy, abyście wy również na klęczkach wspierali nas swoją modlitwą.

Jezus ustanowił sakramenty Eucharystii i kapłaństwa, aby wciąż mógł być obecny pośród tych, których ukochał aż po śmierć krzyżową. My, kapłani, mamy być świadkami tej ofiarnej miłości, która swój początek i swój szczyt osiąga w Eucharystii – tajemnicy niezwykłej miłości. To świadectwo nie jest łatwe. Polega bowiem na oddawaniu życia, rezygnacji z siebie, codziennego umierania, aby inni mogli żyć. Abyście mogli żyć wy, Kochane Siostry i Drodzy Bracia!

„Żeby nie być tak czcigodną osobą, której podają parasol,

którą do Rzymu wysyłają,

w telewizji jak srebrnym nieboszczykiem kręcą,

wieszają przy gwiazdach filmowych.

Ale być np. takim chlebem, który krają,

żywicą, którą z sosny na kadzidło skrobią,

czymś takim, z czego robią radio, żeby choremu przy termometrze śpiewało,

zegarem, który w samolocie jak obrazek ze świętym Krzysztofem świeci,

żółtym dla dzieci balonem –

a zawsze taką hostią małą,

gorętszą od spojrzenia,

co się zmienia w Ofierze.”

(Ks. Jan Twardowski)

 

 

comments

Leave a Comment