Opublikowano: 13 lipca 2020 Autor: Andrzej Piechocki Comments: 0
Fot. Andrzej Piechocki

„Moim ideałem jest pobudzanie do myślenia. Ale żeby ktoś pomyślał, to trzeba go zbudzić.” Według mnie, te słowa ks. Józefa Tischnera*) najpełniej obrazują to, czemu poświęcił swoje życie. Na różne sposoby budził ludzi, a jeśli widział taką potrzebę, to i prowokował. Bezkompromisowy, przekorny, nazywający sprawy po imieniu. Całym sobą był dla ludzi. Starał się dawać im nadzieję, inspirował. Wielu z ufnością podążało za nim, ale nie brakowało i takich, zwłaszcza w latach dziewięćdziesiątych, którzy nie życzyli mu najlepiej. 

Książka  liczy prawie 700 stron. Jej autor, Wojciech Bonowicz, pisze o niej: „To biografia tak obiektywna, jak to tylko możliwe. Ale będzie to też próba zatrzymania i utrwalenia pewnej aury, która go otaczała. Było i jest na świecie wiele wybitnych intelektualistek i intelektualistów, ludzi, którzy myślą przenikliwie, znakomicie analizują i wyciągają inspirujące wnioski. Niektóre i niektórzy z nich potrafią tym, co mówią i piszą, porwać tłumy, a ich książki – tak jak jego – rozchodzą się w wysokich nakładach. Jednak Tischner, mając te umiejętności, był jeszcze życiem – co znaczy po prostu, że przy nim miało się ochotę żyć i obdarzać życiem innych. Że miało się poczucie sensu i sensownym chciało się czynić świat wokół siebie.”

Parafrazując pewne przywołane w tej książce zdanie, autor zapewnia, że „choć z Tischnerem wcale nie idzie się przez życie łatwiej – wymagania są większe niż w przypadku innych autorytetów – to na pewno idzie się przyjemniej.” Bo, jak ktoś kiedyś powiedział, gdy Tischner wchodził do pokoju, to jakby drzwi otwierały się w człowieku. I żyć się chciało. Kiedyś powiedział do młodzieży na rekolekcjach, że „problem grzechu na świecie został jakby rozwiązany.  Że wiadomo, co robić, gdy człowiek zgrzeszy. Natomiast nie wiadomo, co robić, gdy człowiek zgłupieje. Bo ani to grzech, ani nie-grzech. I to jest, że tak powiem, moje pole krytyki.” („Tygodnik Powszechny” nr 5/2016, niepublikowany wcześniej wywiad Joanny Wozińskiej z 1996 roku.)

„Tischner. Biografia” (Wydawnictwo „Znak” 2020) z wielką starannością, rzetelnością, także drobiazgowością ukazuje czytelnikowi życie i kształtowanie się wybitnego filozofa, sławnego księdza. Autor rozpisał to na 47 rozdziałów, rozpoczynając od „Józiu, ty masz być Heglem”, kończąc na „Kiedy pójdę na sąd boski”. Znajdziemy w nich i nieznane do tej pory fakty, wydarzenia, także anegdoty. Od wydania książki „Tischner”, również autorstwa W. Bonowicza,  minęło 19 lat. W tym czasie wykonał żmudną, iście benedyktyńską, pracę. Dotarł do wielu nowych źródeł, dokumentów, rozmówców. Ukazało się ponad 20 książek o osobie, myśli i działalności J. Tischnera, powstało kilka filmów dokumentalnych. Bibliografia zawarta jest na dziewięciu stronach, a liczba przypisów wynosi 861. Tekst ilustruje 48 fotografii.

Można zatem powiedzieć, że „Tischner. Biografia” jest tak nową, jak i poszerzoną wersją książki z 2001 roku. Jej filarami są wątki dotyczące szczególnej aury, jaką ksiądz profesor wokół siebie roztaczał, wcześniejsze lata jego życia, najważniejsze obszary, na których był aktywny i najważniejsze sprawy, o które się upominał i o które toczył spory. Sam o sobie w książce „Między Panem a Plebanem” powiedział: „Do pewnego stopnia żartowałem z siebie, mówiąc, że na pierwszym miejscu jestem filozofem, potem człowiekiem, potem długo nic i na końcu księdzem. Ale próba wolności odwróciła tę hierarchię. Zacząłem się głębiej interesować teologią, mistyką. Wcześniej uważałem, że niemożliwa jest teologia bez filozofii. Widząc, co się dzieje w moim domu, odkryłem, że niemożliwa jest również filozofia bez teologii.”

Kim był ksiądz profesor J. Tischner? Tym, kim chciał być? Robił to, do czego czuł się  powołany? A może to, czego oczekiwali od niego inni? „Pewne jest, pisze W. Bonowicz, że nie chciał władzy w Kościele. Powtarzał przy różnych okazjach, że jedyna władza, jaka go interesuje, to ta, która płynie z myślenia. Myślenie mówił w jednej z audycji radiowych jest „rodzajem duchowej siły, dzięki której człowiek uwalnia się od złudzeń: złudzenia pozornej wiedzy i fałszywej pewności. Myślenie nie przepowiada przyszłości, nie opowiada o niewidzialnej stronie świata, nie uczy człowieka panować nad żywiołami tej ziemi. Ono oczyszcza śmietnik, jaki codzienność robi nam z głowy.”

Podczas rekolekcji dla inteligencji w Poznaniu (1966 rok) mówi między innymi: „Żaden człowiek  nie jest dla Chrystusa bytem skończonym, gotowym, ani złym, ani dobrym. Człowiek i jego istnienie jest od wewnątrz przeniknięte przez czas, jest nasycone czasem. Czas zabiera, czas przynosi, czas wzbogaca i czas zubaża. (…) Chrześcijaństwo to Chrystus, który wkracza w sam środek rozgrywającej się polemiki miedzy zżyciem a śmiercią, który wkracza na dno naszych dusz, aby tę polemikę rozstrzygnąć na rzecz życia.”  Słyszy, że to, co mówi jest bardzo trudne. Odpowiadał: „Zaręczam wam, że to, o czym mówiłem, to znaczy chrześcijaństwo. Ewangelia jest jeszcze trudniejsza. I naszym wielkim błędem jest przekonanie, że my coś z tego rozumiemy. (…) bo my, moi drodzy, jesteśmy dopiero u progu rozumienia chrześcijaństwa. I mimo tego, a może właśnie dzięki temu, na Tischnera chodziło coraz więcej osób.

Kilka lat później, po powrocie z Zachodu (Austria, Belgia, Francja), nie pisze żadnego artykułu o sytuacji Kościoła w tych krajach. Przywiezione stamtąd notatki, dokumenty i obserwacje wykorzystuje w inny sposób. Uważniej przygląda się polskiemu Kościołowi i polskiej religijności. „W ciągu 1970 roku „Znak” publikuje trzy bardzo ważne jego artykuły – o tematyce z pozoru dość od siebie odległej. Wspólnie wyznaczają one jednak tor myślenia, którym Tischner będzie szedł konsekwentnie do końca życia.”

A jednak – zdaniem krakowskiego filozofa,  Michała Bardela –  jego „wizja chrześcijaństwa wolności i dialogu, chrześcijaństwa, które nie boi się pytań, przegrała w starciu z „chrześcijaństwem zerojedynkowym”, odwracającym się od ludzi będących w pół drogi do Boga, dzielącym świat na „swoich” i wrogów.” I doprawdy aż trudno uwierzyć w to, że u kresu życia, gdy J. Tischner trzy lata zmagał się z nowotworem krtani, gdy tracił siły, głos, możliwości twórcze, gdy cierpiał, niektórzy jego przeciwnicy nie wahali się obwieścić, że to kara boża. Oni widzieli w nim wroga instytucji Kościoła. Nie tylko dlatego, że mówił, iż w chrześcijaństwie ludzi należy prowadzić ku rozumieniu wiary, a nie ku posłuszeństwu zakazom i nakazom.

Andrzej Piechocki

Fot. Andrzej Piechocki

—————————-

*) 17 lutego 1997 ks. Józef Tischner był gościem na spotkaniu z cyklu „Obiady w Głosie Wielkopolskim”. Cytowane słowa pochodzą z zapisu ówczesnej rozmowy, której byłem uczestnikiem, a zatytułowanej „Nie powiedziano mi, że błądzę” („Obiady w Głosie Wielkopolskim. Część IV” pod redakcją Włodzimierza Branieckiego,  Poznań 1998, Barbara Grzegorzewska, Stefan Drajewski)

 

comments

Leave a Comment