Posted on: 7 września 2014 Posted by: Jolanta Elkan-Wykurz Comments: 0

jola_elkanMt 18, 15-20

Jezus powiedział do swoich uczniów:
«Gdy twój brat zgrzeszy przeciw tobie, idź i upomnij go w cztery oczy. Jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata. Jeśli zaś nie usłucha, weź ze sobą jeszcze jednego albo dwóch, żeby na słowie dwóch albo trzech świadków opierała się cała sprawa. Jeśli i tych nie usłucha, donieś Kościołowi. A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik.
Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co zwiążecie na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążecie na ziemi, będzie rozwiązane w niebie.
Dalej zaprawdę powiadam wam: Jeśli dwaj z was na ziemi zgodnie o coś prosić będą, to wszystkiego użyczy im mój Ojciec, który jest w niebie. Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich».

Upominać można na wiele sposobów. Oto dwa skrajne.

Pierwsi, to upominacze pewni siebie i swojej misji. Na kilometr potrafią wytropić słabości, niedociągnięcia i grzechy braci i sióstr. Działają ostro: głośno i dobitnie mówią prawdę w oczy. Może niekoniecznie w cztery- od razu wolą mieć świadków.  Lubią trąbić na cały głos o cudzych grzechach i przy grzeszniku i poza nim. Czujnie obserwują sąsiadów, ich dzieci, kuzynów, przyjaciół, śledzą każdy szczegół ich osobistego życia. Konsultują z gromadką podobnych im sąsiadów kolejne wykroczenia obserwowanych. Upominają w porę i nie w porę.  Pouczają. Wymagają nawet. Bardzo się dziwią, ze choć pracują z taką gorliwością nad nawróceniem braci, ci, zatwardziali w grzechach, przeważnie  nie słuchają, a po pewnym czasie  mają ich dość. Zaczynają się kłótnie, i upominacz zostaje wyproszony z domu. Ogarnia go rozgoryczenie. Niewdzięcznicy od tej pory są mu jak poganin i celnik. Gardzi nimi. Brzydzi się nimi. Ale pociesza się myślą, że sumienie ma czyste i nie boi się Sądu. Upominał, jak przykazano; spotkały go za to przykrości, jak wszystkich proroków. Jest pewien, że Bóg go doceni .

Drudzy, to delikatne mimozy. Nie wyduszą z siebie za nic upomnienia. Ani w cztery oczy, ani tym bardziej przy świadkach, że o donoszeniu Kościołowi nie wspomnę. Boją się urazić, boją się sprawić przykrość, a nade wszystko boją się, że  przestaną być lubiani. Chętnie spowiadają się z grzechu bliźniego pod osłoną tajemnicy konfesjonału z nadzieją, że ksiądz coś może poradzi… żyją w wiecznym poczuciu winy, że nie dopilnowali, że nie sprowadzili ze złej drogi i że zapłacą za to… ale lęk przed osamotnieniem i potrzeba akceptacji przez wszystkich jest o wiele silniejsza…

Pierwsi to zuchwalcy i tupeciarze bez cienia empatii. Drudzy przeciwnie- wrażliwi i delikatni. A jednak tak rożni, maja cechę wspólną: są skupieni na sobie. Pierwsi szukają swojej chwały i potwierdzenia swojej ważności. Drudzy panicznie boją się utracić sympatię upominanych; Naprawdę ani jedni, ani drudzy nie dbają nie o bliźniego, a o swój komfort psychiczny. I- co tu dużo gadać- każdy z nas (w różnych wariantach i w różnym natężeniu)  ma w sobie nieco z jednego i drugiego.

Jak więc upominać?

Św. Teresa z Lisieux,  gdy była mistrzynią nowicjatu, i do jej obowiązków należało kształtowanie duchowe młodych nowicjuszek, upominała powierzone jej siostry w cztery oczy, lecz z całą stanowczością. Nie próbowała zjednywać sobie litością tej, która się rozżaliła i poczuła pokrzywdzona.  Wiedziała, że aby upomnienie podziałało, nowicjuszka musi przepracować do końca poczucie krzywdy, gorycz, złość, a nawet wściekłość na swoją mistrzynię  i dopiero wówczas, gdy przezwycięży złe emocje i spojrzy na siebie w prawdzie, może dostrzec, że upomnienie było dla niej dobrem. Takie działanie wiązało się dla Teresy z heroicznym przezwyciężaniem naturalnej delikatności i wrażliwości. I -sama przyznaje- odetchnęła z ulgą, gdy tylko odebrano jej funkcję mistrzyni. Zakonne posłuszeństwo zwalniało ją z trudnego obowiązku. Ale zarówno gdy upominała z racji funkcji, jaki gdy nie upominała, poprzestając na modlitwie za siostry –  działała przynaglana miłością

„Nikomu nie bądźcie nic dłużni poza wzajemną miłością. Kto bowiem miłuje bliźniego, wypełnił Prawo.” -pisze św. Paweł.

Upomnienie braterskie ma być wyrazem miłości. Tylko miłość pozwala upominać. Ani gniew, ani obraza, ani zgorszenie, ani „święte oburzenie”. Miłość  nie cofa się też przed trudem, przykrością, a nawet ryzykiem odrzucenia.  Miłość  wymaga, aby zaryzykować własną wygodę, włożyć czas i wysiłek, wejść w ciężar brata i pomóc go dźwigać.  Obrazem upomnienia doskonałego, pełnego miłości i troski jest Pasterz szukający  zaginionej owcy. Przemierzał niebezpieczne bagna,  pokonywał ostre, skaliste granie, a potem kaleczył sobie ręce wyplątując biedactwo z cierni, a potem niósł poranioną do stada.  Gdy ją odnalazł, ani na nią nie wrzeszczał, rozkazując natychmiast wyjść z kolczastego krzewu, ani z lęku przed zadaniem jej większego bólu, nie zostawił jej w cierniach.

Dopełniają sens upominania, jako troski o bliźniego,  słowa kończące perykopę. „Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich”. Często interpretuje się je, jako wspólną modlitwę, która uobecnia Jezusa, poprzez wezwanie Jego imienia. Ale nie zawsze tak być musi.

Znam pewną, niemłodą już osobę, nazwijmy ją Anną. Niedawno jej równie niemłoda koleżanka z pracy(nikt bliski, żadna przyjaciółka), miała w mieszkaniu pożar. Anna najpierw próbowała zorganizować dla niej  pomoc wśród współpracowników, młodszych, sprawniejszych, z samochodami, ale nikt nie podjął tematu. Tak więc sama, bardzo zmęczona po 10 godzinach wyczerpującej pracy, pojechała miejskim środkiem lokomocji na drugi koniec miasta, sprawdzić w jakim stanie jest poszkodowana koleżanka (telefon milczał). Zastała ją głodną (kuchnia nie działała), siedzącą bezradnie w ocalałym pokoju pośród chaosu przedmiotów i drobiazgów wyniesionych ze spalonej części mieszkania, niezdolną do podjęcia jakiejkolwiek decyzji, jakiegokolwiek działania. Anna najpierw ją pocieszyła jak umiała (pożar nie spowodował wielkich zniszczeń, raczej psychika poszkodowanej była w fatalnym stanie z powodu osamotnienia), a potem zabrała się do wstępnego segregowania odzieży, książek, naczyń, precjozów. Następnie pojechała do swojego domu (godzina jazdy), zrobiła obiad i późnym wieczorem przywiozła go tej nieszczęsnej, by znów wrócić do domu na noc; następnego dnia szła normalnie do pracy. Prawdziwie ewangeliczne działanie, pełnie troski i miłości!

Rzecz w tym, że obie panie są niewierzące. Żadna nie potrafi wzywać Imienia Jezusa, a Annie do głowy by to nie przyszło. Ale jestem głęboko przekonana, że pośród tego nieszczęścia, bałaganu, zmęczenia, wezwany przez miłość i troskę, Jezus z nimi był.

 

 

 

 

comments

Leave a Comment