Posted on: 23 kwietnia 2020 Posted by: Paweł Stachowiak Comments: 0

Trudno nie zgodzić się z Adamem Michnikiem, który dorobek Jacka Woźniakowskiego nazwał: „jedną z najciekawszych odpowiedzi udzielonych w Polsce na pytanie – jak być intelektualistą w świecie polityki totalitarnej?”. Nikt, interesujący się polską kulturą, sztuką, wiarą i polityką (w takiej zapewne kolejności) oraz wzajemnymi przenikaniami się tych sfer, nie może zlekceważyć tego, co podczas swego długiego życia napisał Jacek Woźniakowski.

Czy jednak ta twórczość nie ma przypadkiem wymiaru jedynie historycznego, czy nie zachowuje wartości tylko dla badaczy przeszłości? Nawet po niezbyt sumiennej lekturze „Dzieł…”, wiem, że nie! Kilka rzeczy mnie uderzyło podczas czytania. Najpierw język i struktura tekstów, są klarowne, rzekłbym łacińskie, zrozumiałe i szlachetnie proste. Autor nie gubi się w dygresjach, nie czaruje barokowym stylem, język jest dla niego instrumentem przekazu myśli, im skuteczniejszym tym lepszym. Lubi enumeratywne wyliczanie zasad, przyczyn, konsekwencji, wniosków. Nie pozostawia czytelnika z wątpliwościami, typu „cóż autor chciał naprawdę powiedzieć?”

Później przychodzi wrażenie aktualności wielu myśli. Woźniakowski pisze w określonym kontekście historycznym – czasów PRL, ale jakże wiele jego refleksji brzmi tak, jakby dotyczyły naszych dzisiejszych doświadczeń. Pełna interpretacja tekstów, dokonana w tej perspektywie, wymagałaby badań i napisania długiej analizy. Nie sposób tego zrobić w tym miejscu i czasie. Można jedynie na kilku przykładach, pokazać tę niezwykłą cechę pisarstwa Jacka Woźniakowskiego.

Jednym z najważniejszych jego tekstów jest, pochodząca z 1962 r., polemika z Adamem Schaffem, filozofem i socjologiem uważanym za oficjalnego ideologa PZPR. „Trzy warunki wolności”, tak brzmi jej tytuł. Przeczytajmy kilka kluczowych myśli: „Nie istnieje wolność bez prawa, to wiemy wszyscy. Może jednak nie dosyć zastanawiamy się nad waga tego truizmu. Człowiek, którego wolność zostaje ograniczona, musi mieć poczucie, że dzieje się tak – w sensie ogólnym – zgodnie z jego przekonaniami, że dzieje się tak zasadnie i jawnie; że jeśli ogranicza się wolność, to dla dobra wolności (podobnie jak czerwone światła zatrzymują samochód, aby ruch krążył gładziej). […] Szczególny nacisk położyć należy na zasadność i jawność prawa.

Człowiek powinien czuć i wiedzieć, że nikt się do jego sumienia, do uczuć i myśli nie wtrąca i swobody dyskusji z góry nie krępuje. […] trzeba ufać, że szuka z dobrą wolą i wedle najlepszych swych możliwości. Zresztą tak czy inaczej musi się dopuszczać zło mniejsze, aby nie stało się zło większe: lepiej żebyśmy łamali nogi, niżby ze strachu przed złamaniem w ogóle przestali chodzić.” Te słowa napisał Woźniakowski w konkretnej rzeczywistości gomułkowskiej Polski, tej „dyktatury ciemniaków”, jak ją nazwał Kisiel, ale czyż nie odnajdziemy w nich jakiejś prawdy o naszych czasach, nawet tych, których doświadczamy dziś w dobie zarazy?

Polacy w dobie komunistycznej dyktatury mieli inne problemy niż stan środowiska naturalnego, ani władza, ani opozycja nie traktowały tej kwestii jako szczególnie istotnej. Obecnie ekologia staje się priorytetem, jak niegdyś lękaliśmy się katastrofy atomowej, tak dziś przeraża nas efekt cieplarniany. W latach 60-ych i 70-ych teksty, również te drukowane na łamach „Tygodnika Powszechnego” i „Znaku”, były pełne obaw przed wyścigiem zbrojeń i rozwojem technologii militarnych. Jeden autor wyłamywał się nieco z tego stereotypu – Jacek Woźniakowski, który jako pierwszy zaczął interesować się problemami środowiska naturalnego. Może wynikało to z jego tatrzańskich fascynacji, może z wrażliwości na to co regionalne, bliskie, swoje; spotkamy wszelako w jego artykułach wiele zaskakująco nowocześnie brzmiących myśli. W 1966 r. pisząc o planowaniu przestrzennym, kwestia krajobrazu była dla niego zawsze bardzo istotna, apelował: „Konieczne jest rozszerzenie badan bioklimatycznych i opracowanie właściwych sposobów ochrony środowiska przyrodniczego”.

Na początku lat 80-tych w jednym ze swych najważniejszych tekstów: „czy kultura jest do zbawienia potrzebna”, zdawał się wręcz antycypować Franciszkową kategorię „grzechu ekologicznego”: „Grzech wobec kultury to łapczywość. Przejawia się ona rozmaicie, np. w eksploatowaniu przyrody do samego dna, niszczeniu jej dlatego, że musimy wszystko naraz spożyć, wszystko od razu skonsumować. Jakież to krótkowzroczne: prowadzi wprost do wyniszczenia zasobów naturalnych”. Zdawać by się mogło, że słowa Woźniakowskiego są przede wszystkim krytyką polityki władz PRL, że mieszczą się w dominującej wówczas narracji opozycyjnej. Jednak nie, Prezes „Znaku” wyłamuje się z tej konwencji, ekologia jest dla niego kwestią nie polityczną, a etyczną. Wie już wtedy to, co my, choć nadal nie wszyscy, zrozumieliśmy dopiero wiele lat później: „Jeśli chrześcijanie, którzy od dwóch tysięcy lat rozpamiętują wielkość dzieła Stworzenia […] nie potrafią ze swojej wiary wyciągać wniosków ekologicznych, to kto jest w stanie wytłumaczyć, jak należy postępować, by wspólnie z natura rosnąć, zamiast ją i siebie wyniszczać. […] Wydaje mi się, że jest to obowiązek chrześcijanina, który stawiałbym na jednym z pierwszych miejsc wobec tego strasznego skalpowania ziemi, jakie obserwujemy na całym globie, a w szczególności u nas”.

Jeszcze raz podkreślam, te słowa zostały napisane 40 lat temu w momencie gdy stan środowiska zdawał się ostatnim z problemów zajmujących głowy Polaków. Stan wojenny, internowania, aresztowania, zbrodnie, brutalnie tłumione strajki i demonstracje, a Woźniakowski o „grzechu ekologicznym”. Wtedy nie do końca rozumieli to nawet jego przyjaciele ze „Znaku” i „Tygodnika”, sądzili, że przesadza. Bolało go to, a przecież to on właściwie widział hierarchię ważności spraw, dziś to wiemy.

Jacek Woźniakowski był zawsze człowiekiem kultury, to ona była dlań pryzmatem, poprzez który obserwował świat. „Tylko tworząc kulturę można ją zachować. W pewnym sensie największym tworem kultury jest człowiek sam”, często odwoływał się do tych słów Jana Pawła II wypowiedzianych w 1983 r. w Gnieźnie. Dlatego bardzo go denerwowało niszczenie kulturowego zasobu polskiego społeczeństwa poprzez komunistyczną cenzurę, ale również w wyniku inwazji tzw. kultury popularnej. Był w tym może nieco staroświecki, ale znów, dostrzegał rzeczy, które ze szczególną intensywnością widzimy tu i teraz. Oburzył go wielce głos „Kisiela”, który w jednym ze swych felietonów napisał: „U nas artyści uważają sztukę za elitarną mękę podczas gdy odbiorcy domagają się sztuki jako masowej rozrywki”. Dziś to brzmi nieco inaczej – lud pragnie disco polo i Zenka Martyniuka, dajmy mu to.

Woźniakowski dostrzega niebezpieczeństwo politycznego wykorzystania popkultury przez władzę, która zyskuje dzięki niej kolejny instrument ogłupiania społeczeństwa. Pisał: „ [Sztuka] jest wieścią o świecie, której nie da się przekazać inaczej, jest uzewnętrznieniem siebie i innych, wyrażeniem jakiegoś stosunku do życia, jego ładu i bezładu, do jego smutków i jego szczęścia. Sztuka rzuca pomost między ludźmi, pozwala im jakieś wartości wspólnie przeżyć albo wyrazić, nie wygestykulować, nie zrealizować w czynie, a właśnie wyrazić, wcielić poprzez organizację dzieła, jego harmonię i dysharmonię, jego rytmy, jego przemilczenia.” Piękna definicja sztuki, czy dziś już nie aktualna? Standardy

Woźniakowskiego skłaniały go ku ocenom pełnym emocji, pokazującym jak ważna była dla niego sztuka, jak nie cierpiał kiczu i bylejakości. Wiele jest tekstów, w których załamuje ręce nad architekturą i wystrojem polskich świątyń. W tym potępieniu obniżania poziomu kultury narodowej najmocniej ujawniał się jego temperament polemiczny: „Nie każda rozrywka, pisał, choćby stanowiła znamię czasu i była niezmiernie popularna, godna jest pochwały. Ulubioną rozrywką Rzymian było przyglądanie się, jak dzikie zwierzęta pożerają chrześcijan. […] Jak stąd widać – sam fakt, że tłumnie żądamy określonej rozrywki nie stanowi jeszcze dla niej legitymacji.”

To tylko garść cytatów i refleksji na nich opartych, jeszcze wiele zaskakująco współcześnie brzmiących wątków spuścizny Jacka Woźniakowskiego należałoby tutaj przedstawić. Umiłowanie lokalności – małej ojczyzny, nowoczesne, choć zakorzenione w tradycji, rozumienie polskości, trzeźwa ocena polskiego katolicyzmu, zaskakująco trafne prognozy dla Polski po 1989 r., naturalna „europejskość”, etc. etc. Jednak i te, wybrane, ukazują nam go, jako kogoś więcej aniżeli tylko, parafrazując Michnika, wzorzec postawy w epoce totalitarnej. Jego myśli pozostają zrozumiałe i inspirujące także dziś. Pytaniem pozostaje tylko, czy to prezes „Znaku” był takim profetą, czy też może współczesna Polska niepokojąco zbliża się do realiów czasów gdy pisał swe teksty? Skądinąd może jedno i drugie jest prawdą.

comments

Leave a Comment