Odwiedź nas w:

Berlinie | Białymstoku | Bielsku-BiałejBrukseli | BydgoszczyChojnicachGliwicach | Grudziądzu | Kędzierzynie-KoźluKoszalinieKrakowie | Lipsku | Londonie | LublinieŁodzi | Olsztynie | OsloParyżu | Poznaniu | Rzeszowie | SłupskuSzczecinie | TarnowieTrójmieście | Warszawie | Wrocławiu | ZamościuZielonej Górze

ZOSTAŃ KLUBOWICZEM | ZAŁÓŻ KLUB | WESPRZYJ NAS!

comments

Nadchodzące wydarzenia:

  • 22 listopada 2019 08:00Oszajca i Jankowski w Kędzierzynie-Koźlu
  • 22 listopada 2019 16:30Kawiarenka Klubu "TP" w Krakowie
  • 22 listopada 2019 17:00Dyskusja o filmie „Boże ciało” Jana Komasy
  • 22 listopada 2019 18:00Dysputa "Co z tym Lutrem?"
  • 22 listopada 2019 18:00Buddyzm a chrześcijaństwo
  • 23 listopada 2019 11:00Gliwice: spotkanie z o. Oszajcą i D. Jankowskim
  • 23 listopada 2019 16:30Bielsko-Biała: spotkanie z o. Oszajcą i D. Jankowskim
  • 26 listopada 2019 17:00Problem samodzielności światopoglądowej
  • 27 listopada 2019 18:00Spotkanie formacyjne
  • 28 listopada 2019 19:00Jakobsweg – impresje z drogi szlakiem św. Jakuba w Hiszpanii
AEC v1.0.4

Sprawdź pełną listę wydarzeń.

Historia, gawęda i nauka. Wokół autobiografii Normana Daviesa

Nigdy nie kojarzyłem Normana Davies’a z piękną sztuką gawędy, jego książki: „Boże Igrzysko”, „Europa”, „Wyspy”, „Powstanie 44” i wiele innych, były pisane językiem komunikatywnym i zajmującym, czytało się je łatwo, choć przecież stanowiły dzieło zawodowego historyka i zachowywały rygory syntezy naukowej. Teraz jednak, zaskakująco, objawia nam się Davies jako znakomity gawędziarz, obdarzony rzadką umiejętnością snucia opowieści, okraszonej dygresjami i anegdotami, osobistej, ale również uniwersalnej.

Wydawnictwo „Znak” opublikowało właśnie autobiografię autora „Europy”: „Sam o sobie”, piękny przykład gawędy łączącej wielkie doświadczenie i wiedzę z zaskakująco wierną pamięcią o czasach i ludziach. To zapis wielogodzinnych rozmów przeprowadzonych przez redaktorów „Znaku”, Joannę Gromek–Illg i Macieja Gablankowskiego, zachowujący wszelkie zalety słowa mówionego, tak jakbyśmy usiedli z autorem przy wspólnym stole, z butelką jego ulubionego Châteauneuf du pape i słuchali opowieści z lat minionych.

Ze wspomnieniami bywa różnie. Może być i tak, że niektórym (nomina sunt odiosa) zdaje się, iż warto zapoznać cały świat ze swoja biografią. Niestety obfitość doświadczeń, spotkań, wrażeń i rozmów nie zawsze przekłada się na umiejętność snucia opowieści, która zaangażuje słuchacza – czytelnika. Ileż znajdziemy na półkach zakurzonych tomów zawierających nużącą wyliczankę, gdzie autor był, kto go zaprosił, co wygłosił, kto go chwalił, kto mu szkodził, co zjadł i wypił, co zwiedził i jak to go fetowano. Nuda i snobizm podszyte narcyzmem. Cóż, nie wystarczy znać siedem języków, trzeba jeszcze mieć coś w nich do powiedzenia.

Przyznam się, że przystępowałem do lektury „Sam o sobie” z pewnymi obawami, autor zasłużony, ale czy biografia naukowca skoncentrowanego na pisaniu wielusetstronicowych dzieł jest materiałem na ciekawą autobiografię? O czym będzie pisał? O miesiącach spędzonych w archiwach i bibliotekach, na seminariach i konferencjach? Znam to na co dzień i do głowy by mi nie przyszło aby uczynić z tej życiowej prozy materiał dla wspomnień i to na siedmiuset stronach. Jednak już lektura pierwszych kilkudziesięciu stron najnowszej książki Daviesa uwolniła mnie od wątpliwości. Autor potrafi tworzyć wielkie historyczne syntezy, umiejętnie inkrustowane anegdotami, celnymi charakterystykami postaci i typowo brytyjskim humorem, ale umie również opowiadać, ciekawie i wiarygodnie, o swojej biografii, o rodzicach, krewnych, przyjaciołach i współpracownikach, bez których nie byłby w stanie napisać swych książek.

Kim jest Norman Davies dla nas, nie muszę pisać, order Orła Białego, którym został uhonorowany w 2012 r. należał mu się jak mało komu, dzięki niemu historia Polski i całej Europy środkowo – wschodniej zaczęła funkcjonować jako integralna część dziejów naszego kontynentu. Historyk, który nie pochodzi ze Wschodu, który nie ma szczególnych, sentymentalnych powodów, aby w swej narracji ujmować się za uwzględnieniem losów dalekich peryferii Europy, jest dla nas jak manna z niebios, daje nam możność przebicia się z naszą wizją przeszłości tam, gdzie dotąd nie mieliśmy wstępu. „Europa”, opus magnum Daviesa, otwarła oczy wielu obywatelom Francji, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Włoch na niedostrzegany przez nich wymiar europejskości, który nie ogranicza się do Zachodu, ale „oddycha dwoma płucami”, płucami Wschodu i Zachodu. Integracja, słowo – fetysz, sugerujące, że to co odrębne, specyficzne, integralne, powinno ustąpić rzeczywistości wspólnotowej, wyrównującej i niwelującej lokalne odrębności, nie jest ideałem podzielanym przez Daviesa, specyfiki narodowe i regionalne są dla niego wielką wartością, wszak sam podkreśla swą walijską tożsamość. Ten lokalny imperatyw uczynił z niego piewcę „małych ojczyzn”, dumy z kraju ojczystego, stron rodzinnych, w których ukształtowali się nasi ojcowie i dziadowie.

Autobiografia Daviesa jest w istocie apologią korzeni, z których każdy z nas wyrasta, ale również podkreśleniem wartości tego co swojskie, własne, choć przecież zakorzenione w szerszej wspólnocie, chrześcijańskiej i europejskiej. Podążając za jego wspomnieniami jesteśmy w stanie dostrzec wydarzenia, które niegdyś przeżywaliśmy z przyjaznej, ale zewnętrznej perspektywy, zyskujemy możliwość refleksji nie obciążonej naszymi narodowymi sentymentami i uprzedzeniami. Mam niekiedy wrażenie, iż wielu moich młodszych kolegów, świetnie mówiących po angielsku, bywałych w świecie, zdolnych, ulega swego rodzaju „zaczadzeniu”.

Wszystko co „tam” w Oxfordzie, Cambridge a nawet w daviesowskim Bolton jest wcieleniem ideału, wszystko co „tutaj” skrzeczy. „Ten kraj”, powiadają nie wyposażył mnie w umiejętności i wiedzę potrzebną do konkurowania na brytyjskim, czy amerykańskim rynku, nic mu nie jestem winien, mam tylko jedno życie. Słowem, „ibi patria ubi bene” (tam ojczyzna gdzie dobrze). Problem tylko w tym, że „tam” ich nie potrzebują, a tutaj oni być nie chcą. Popadają w coraz większą frustrację, coraz bardziej obsesyjnie pogrążają się w eskapizmie. Davies i jego książki nie są oczywiście ulubioną lekturą tych moich kolegów, choć być może warto aby do nich zajrzeli.

Otóż Brytyjczyk, ukształtowany przez najlepsze uniwersytety, profesor Oxfordu o międzynarodowej renomie, którego książki ukazują się w najlepszych oficynach, w wielu językach i kształtują wyobraźnię historyczną czytelników w różnych krajach, uznaje za centralny punkt swojej refleksji – historię Polski. Uczy się języka, przyjeżdża, mimo kłód rzucanych pod nogi przez komunistyczne władze, pisze książki wydawane w setkach tysięcy egzemplarzy, czytane nie tylko przez nieliczne, wyselekcjonowane grono specjalistów. Zyskuje uznanie nie swych kolegów po fachu (ci raczej nie mogą mu wybaczyć nakładów i popularności), ale milionów czytelników, wrażliwych i poszukujących. Po co zajmować się Polską, mówią moi koledzy, to nie ma sensu, nikt tego nie sfinansuje. No może jako trybik w machinie międzynarodowych konsorcjów badawczych, gdzie kwestie polskie będą jedynie fragmentem szerszych badań porównawczych. To co polskie, jako takie, samoistne, nie ma przyszłości, nie mieści się w przestrzeni nowoczesnej korporacyjno-konkurencyjnej nauki, poddanej bezwzględnym mechanizmom parametryzacji. Norman Davies do tego świata nie pasuje, zapewne jest anachroniczny, ale przecież pokazuje to, co w nauce, szczególnie w humanistyce, naprawdę piękne i wartościowe. Do czego aspirować? Do bycia wyrobnikiem w przedsiębiorstwach naukowej produkcji, anonimowym wykonawcą w wielkich projektach badawczych?

Przykład autora „Europy” pokazuje nam, że pisanie „dla ludzi”, przydawanie wartości krajom i społecznościom dotąd nieobecnym i zapomnianym w przestrzeni europejskiego mainstreamu, pojmowania nauki nie tylko jako sformalizowanego procesu badawczego poddanego mechanizmom zglajchszaltowanych norm, które za nic mają piękno języka, talent narracyjny, polot i szerokość wizji, też może przynieść sukces. Oczywiście nie w gronie specjalistów „od bitwy pod Grunwaldem po południu”, ale wśród czującej, ciekawej i poszukującej publiczności.

Autobiografia Normana Daviesa, „Walijczyka, Brytyjczyka i Polaka z wyboru”, jak sam powiada, człowieka nauki w najlepszym rozumieniu tego pojęcia, jest lekturą ciekawą i wartościową – dla każdego czytelnika jego książek, ale również dla tych, którzy, zapatrzeni w wyidealizowany obraz Zachodu, odcinają się od korzeni, z których wyrasta ich kultura. Davies mówi im: nie wstydźcie się Polski, macie wielką przeszłość i potencjał wielkiej przyszłości, ważne abyście zaczęli myśleć w kategoriach „tam dobrze gdzie ojczyzna”, nie odwrotnie.  

Noman Davies, Sam o sobie

Znak 2019

 

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.