Posted on: 25 kwietnia 2016 Posted by: Aleksandra Francuz Comments: 0

Senne miasteczko, ulokowane gdzieś na Równinie Węgierskiej, nieważne, gdzie dokładnie, bo sytuacja, która się tu rozgrywa, mogłaby się wydarzyć wszędzie. Tego wrażenia nie przyćmi podany czas – mógłby tak wiele z opowiedzianej historii rozjaśnić, ale za dużo nie odsłania – cóż bowiem po tym szczególe, gdy gmach fabuły piętrzy się, a ten, kto ogląda film, jakkolwiek wspina się piętro po piętrze, czuje, że tkwi w miejscu, nieruchomieje, i jak w starożytnych misteriach bywało, z obserwatora wchodzi w rolę – oklaskującego jarmarczność wystawianą na pokaz albo zgłaszającego sprzeciw wobec tego, co totalne. Czy podejmuje decyzję o tym, w kogo się wcieli? To pytanie w „Harmoniach Werckmeistera” reżyser uwydatni.

Zapadamy się w atmosferę kłębiących się obrazów, nakładanych wizji spirytualistycznych i gąszcz odniesień kulturowych, w których przepływają najważniejsze tematy sztuki, pytania o rolę jednostki w ślepym i bezdusznym mechanizmie historii, o źródła totalitaryzmu, rozciągania się tej siły fatalnej na ludzi, narody – początkowo nieuchwytnej, a z każdą sekwencją potężniejącej. Gromadzący się tłum trwa w oczekiwaniu na zapowiadane od dłuższego czasu atrakcje – i nie chodzi tu bynajmniej o pełen niespodziewanych zbiegów akcji popis akrobatycznych figur, który ma dać objazdowy cyrk. Ten wieczór jest do wielu zmierzchów dawnych bogów tak podobny.
Banalizacja wartości dokonywana przez „fałszywe mamidła”, hipnotyzerów, szarlatanów mas – Béli Tarr dialog z wymową „Melancholii sprzeciwu” László Krasznahorkai. Filmowy przypis do „Mario i czarodzieja” Tomasza Manna.

comments

Leave a Comment