Posted on: 10 marca 2020 Posted by: Radosław Ptaszyński Comments: 0

Obawiałem się tego spotkania ze względu na powszechnie znaną erudycję Ludwika, która dzisiaj jest chyba najczęściej wymienianą jego cechą. Telefonicznie umówiliśmy się na Gar de l’Est, w restauracji, którą nazwał „pomarańczową”. Po przybyciu na miejsce okazało się, że niemal każda restauracja w okolicy ma coś pomarańczowego w swoim wystroju. Znaleźć tę właściwą pomogła mi żona Ludwika, Basia. Spotkanie przeciągnęło się właściwie na kilka dni, a w tym czasie odbyliśmy razem m.in. seminarium doktorskie w jednym z mieszkań jego ucznia, Antona, piszącego o historii medycyny, zwiedziliśmy kilka lokali i wreszcie dojechaliśmy do domu Ludwika w Szampanii. W metrze opowiadał mi anegdotę, która także znalazła się w jego książce „Stommowisko” – kiedyś siedząca naprzeciwko niego turystka z Polski, przyglądając mu się bacznie zwróciła się do koleżanki z zadumą – „skąd ja tego chuja znam…”. 

Jego dom w miejscowości La Ferté-sous-Jouarre (Ludwik trochę narzekał, że czasy przyszły takie, że profesora uniwersytetu nie stać na dom w Paryżu) był bardzo przytulny i wypełniony ciepłą atmosferą. Chyba każdy gość mógł się czuć tam zupełnie swobodnie. Piękny widok, bliskość natury i odległość od gwaru dodawały mu uroku. W zasadzie był to typowy dom polskiego inteligenta – z tysiącami książek, licznymi grafikami, zdjęciami. W swoim gabinecie na piętrze miał przypięte do ściany wiele zdjęć ojca, któremu po części zawdzięczał swoją erudycję, bowiem Stanisław spacery z dzieckiem wykorzystywał do szczegółowego odpytywania go z historii. Ideowo to były oczywiście dwa różne światy, ale więź między nimi i wzajemny szacunek były znacznie silniejsze niż światopoglądowe spory.

Zależało mi na tych szczególnych zdjęciach i zapytałem nieskromnie o możliwość ich pożyczenia. Ludwik natychmiast się zgodził, powierzając bezcenne pamiątki po ojcu w ręce młodego, słabo mu znanego naukowca. Z wielką atencją odpiąłem je ze ściany, a potem odesłałem tradycyjną pocztą. Ludwik głęboko zdziwił się, że „tacy ludzie nadal istnieją”. Widocznie spodziewał się, że ta część rodzinnego archiwum (ta, na którą patrzył codziennie), już do niego nie wróci, ale pomoże upamiętnić tatę.

Napisał wiele poczytnych książek, m.in. „Historie przecenione”, „Historie niedocenione”, „Słownik polskich wyzwisk, inwektyw i określeń pejoratywnych”, „Antropologia wojny”, „Polskie złudzenia narodowe”, „Nalewka na piołunie”, „Leszek Miller”. Publikował także w „Kuchni”, „Motomagazynie”, „Elle”, „Hustlerze”, „Cosmopolitan” i „Nie”.  

Nie zawsze pamięta się, że był również jednym z autorów „Tygodnika Powszechnego”. Jak sam wspominał na przełomie lat 60. i 70. minionego wieku, to ks. Adam Boniecki powierzył mu prowadzenie działu recenzji. Pisywał też (pod pseudonimem Troll) felietony sportowe i reportaże. Nie wszedł do zespołu redakcyjnego „Tygodnika” m.in. z powodu, który opisywał tak […] po paru rozmowach (nawet przy wódce) z Markiem Skwarnickim i Tadeuszem Żychiewiczem przede wszystkim zdałem sobie sprawę, że są oni, podobnie jak tata, przesiąknięci tym metafizycznym i głębokim katolicyzmem, od którego ja właśnie odchodziłem. Moje imię przy nich, przy Józefie Hennelowej [jego matce chrzestnej – RP], która była dla mnie i jest uosobieniem tego świata (co nigdy nie zmieni mojego dla niej uczucia), byłoby nieuczciwością i nadużyciem”. (Polityka 2011, nr 47). Wstępował wówczas z krytyką nakazu milczenia nałożonego na ks. Bonieckiego, a kończył felieton tak: „Kościół polski miał zawsze do wyboru – czy pójść śladem księdza Rydzyka i religijności à la Licheń, czy dać szansę myślącym choćby odrobinę inaczej. Nowy przełożony generalny marianów wydał wyrok, od którego nie ma odwołania. Księże Boniecki, cóż za ironia losu, że razem taplać się będziemy w tej samej czarnej smole”.

Był wielbicielem białego wina i papierosów. Jego trzej synowie Stanislas, Roland i Olaf  mieszkają we Francji.

Na wigilię 2019 r. pisał w jednym z ostatnich felietonów:

„Nic mnie nie obchodzą teologiczne zgadywanki: w grocie czy w owczarni.

W dupie mam króla (mędrca) Kacpra z jego sztabkami złota niewiadomego pochodzenia.

W dupie mam Świętego Mikołaja z jego podróbkami klocków Lego i chińskimi gadżetami.

W dupie mam pana premiera z jego normalnością i „dobrą zmianą”.

Niczego od nich wszystkich nie potrzebuję.

Mnie święta nie przerażają. Ja mam moją ukochaną Basię!” („Przegląd”, nr 52, 2019).

Ludwik Stomma przy swoim domu. Autorka zdjęcia: Hanna Burszta (Archiwum prywatne H. i W. Burszta)

 

Radosław Ptaszyński jest profesorem w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Szczecińskiego, biografem Stanisława Stommy.

comments

Leave a Comment