Opublikowano: 11 sierpnia 2020 Autor: Paweł Stachowiak Comments: 1

Dotąd chyba raz tylko widziałem taki film: „Wielka Cisza” Philipa Gröninga. Niezwykły dokument, ukazujący życie mnichów z opactwa kartuzów Grand Chartreuse. Medytacja ciszy, codziennych rytuałów modlitwy i pracy, powolnego rytmu poranków i wieczorów, dni i nocy. Ten film nie ma aspiracji edukacyjnych, brak w nim komentarza, żaden wszechwiedzący narrator nie opisuje nam szczegółów historii zakonu, nie tłumaczy treści reguły, nie docieka, nie zadaje pytań. Nie otrzymujemy „solidnej dawki wiedzy”, jak zwykli pisać internetowi recenzenci. Film pozwala tylko podążać za życiem mnicha, dotknąć jego doświadczenia, usłyszeć towarzyszące mu dźwięki, dostrzec półcienie, w których tonie klasztor.

„X.ABo” Aleksandry Potoczek ukazuje rzeczywistość z pozoru kompletnie inną, zaskakująco „światową”: dworce i galerie handlowe, tłumy na spotkaniach, ciągłe rozmowy, korowód twarzy, słów i emocji. Gdzie tu medytacja? Tak, widzimy co prawda ks. Adama wchodzącego do pustelni kamedulskiej na krakowskich Bielanach, jesteśmy z nim podczas samotnej modlitwy w kaplicy warszawskiego Dobrego Miejsca, ale to są tylko przerywniki w karuzeli codziennej aktywności. Czy homo viator może być nauczycielem kontemplacji, czy życie czynne, nie stroniące od zgiełku, daje szanse zachowania duchowej harmonii? Dwa obrazy stają mi przed oczami. Pierwszy, to Jan Paweł II w wawelskiej katedrze, gdy pośród coraz bardziej nerwowych kościelnych dostojników, telewizyjnych lamp, zaskoczonych komentatorów nie umiejących zapełnić nagłej ciszy, modli się , zamknięty w kontemplacji słowa Bożego, oderwany od szumu, który go otacza. Drugi obraz, to kanadyjski pianista Glenn Gould, muzyczny geniusz, niezwykle oryginalny i kontrowersyjny interpretator Bacha, człowiek, dla którego muzyka nie była zawodem, ale życiem, który był zaprzeczeniem koncertowego gwiazdora polującego na uznanie krytyków i publiczności. Jego fascynujący, analityczny umysł, pozwalający nam sięgnąć w rejony niedostępne dla konwencjonalnych wykonawców bachowskich arcydzieł „Kunst der Fuge”, „Das wohltemperierte Klavier” i „Wariacji Goldbergowskich”, najlepiej funkcjonował w zgiełku. Gould analizował muzykę, najpełniej ją interpretował, gdy towarzyszył mu hałas. Nie lubił sterylnej ciszy, koncentrował się w kontemplacji dzieła muzycznego wśród chaosu dźwięków ulicy. Po obejrzeniu filmu, ale również po wielu własnych osobistych doświadczeniach, myślę, że ks. Adam jest kimś podobnym do Goulda. Nie cisza klasztoru, ale dźwięki ulicy, sklepu, pociągu, są jego naturalnym środowiskiem, tam się skupia, rozmawia, reaguje, pomaga.

Dlatego „X.ABo” jest filmem medytacyjnym, jego powolny, refleksyjny rytm, pozwala nam wczuć się w istotę tego, co ks. Adam chce nam przekazać. Długie ujęcia, muzyka, wszystko, jest kontrapunktem dla drugiego planu, dworców, galerii i miejsc publicznych. On w nich jest, uczestniczy, reaguje, komentuje i radzi, ale przecież zawsze jakby obok, jakaś część jego obecności zawsze zdaje się pozostawać nie do końca dla nas dostępna. Świat jest środowiskiem jego działania, ale przecież nie tylko w nim żyje, źródłem jego mądrości pozostaje sfera niedostępna dla innych: modlitwa, kontemplacja, duchowe życie chrześcijanina i kapłana. To jest wielka zasługa Aleksandry Potoczek, która zrobiła film podążający za charyzmatem rozmowy ks. Adama, darem rady, wrażliwości, otwartości i tolerancji, że nie chciała dać „solidnej dawki wiedzy”, ale solidną dawkę wrażliwości i duchowości. Tak sobie myślałem podczas wczorajszego seansu (wiem, że późno obejrzałem film, ale jakoś wolałem uczynić to w sali kinowej), że byłoby dobrze, gdyby katecheci zabrali młodzież na ten film. Cóż, większość z nich woli, aby ich uczniowie oglądali dewocyjno – nacjonalistyczne produkcje o. Rydzyka. Ks. Adam objawia piękne, prawdziwie ewangeliczne oblicze Kościoła, cóż jeśli ci, którzy kreują Jego dzisiejszy obraz wolą karmić młodych płytką i pseudo patriotyczną papką.

Redaktor senior TP nie jest przy tym żadną ikoną wewnątrzkościelnej kontestacji. Czuje się cząstką Kościoła, chce nią być, mimo, że instytucje kościelne bywają źródłem jego cierpień. „Biorę to w nawias”, powiada. Nie wszyscy to akceptują. Jedna z recenzentek filmu komentuje: „To powiedział ksiądz Boniecki zapytany o trudne kwestie związane z kościołem, w tym też z pedofilią. Oczywiście prezentuje niezgodę i mówi, że najważniejsze są ofiary, ale jakby nie patrzeć to w dalszym ciągu wierny syn tej instytucji. Jestem oburzona jego odpowiedzią kobiecie na pytanie co z tą pedofilią w kościele? Pierwsze słowa, jakie padają z ust Bonieckiego, to stwierdzenie, że najczęściej pedofilia zdarza się w rodzinach. To jest niemalże taki sam argument, jakiego używają inni hierarchowie kościelni. Jest w nim gotowość na usprawiedliwianie, właśnie „wzięcie w nawias” tego zjawiska i jeszcze paru innych chorób kościoła”. „To w dalszym ciągu wierny syn tej instytucji”, te słowa są sednem niezrozumienia słów i gestów ks. Adama. Tak jakby niektórzy mieli mu za złe, że kocha Kościół, że jest On dla niego artykułem wiary w to, że „bramy piekielne Go nie przemogą”. To różnica perspektyw, ziemskiej i nadprzyrodzonej. W tej drugiej wszelkie niegodziwości, które trzeba piętnować, nie naruszają istoty tożsamości Kościoła, są raczej ranami, które zadają Mu niegodne dzieci. Niektórzy, nawet w środowisku bliskim Tygodnikowi, powiadają, że to dawna eklezjologia, z której ks. Adam się nie wyzwolił. Może, nie jestem teologiem, nie umiem tego ocenić. Może to nie wyrozumowana eklezjologia, a prosta miłość?

Skądinąd mam wrażenie, że niektórzy widzą ks. Bonieckiego bardziej w świetle własnych wyobrażeń i oczekiwań, aniżeli tego kim naprawdę jest. On ma inny styl, inaczej formułuje myśli, korzysta z całego doświadczenia i formacji, których większości polskich księży brakuje, czaruje subtelną ironią, erudycją, nie ma w nim tępoty, prostactwa, braku empatii, z którymi tak często spotykamy się w naszych świątyniach. Wielu z nas chciałoby go zatem wynieść na sztandary buntu i protestu przeciw dzisiejszym patologiom Kościoła, sądzą, że jest kimś na kształt Husa, Wiklefa, czy Lutra, że on zawiesi nowe 95 tez na odrzwiach krakowskiej katedry. Mylą się! Biorą swoje oczekiwania za rzeczywistość. Ks. Boniecki jest co prawda twarzą „Kościoła otwartego”, ale nie kontestuje Jego nadprzyrodzonego wymiaru. On jest w Kościele i z Kościołem, pozostaje Jego wiernym i lojalnym synem, rozróżnia to co nadprzyrodzone i to co ziemskie, dlatego „bierze w nawias”. Wiele osób, zgorszonych i rozczarowanych obliczem jakie prezentuje dzisiejszy Kościół hierarchiczny, odchodzi od niego, wierzymy powiadają, chcemy żyć orędziem Ewangelii, ale nie możemy dłużej być w strukturze tak skompromitowanej. Trudno tej postawy nie zrozumieć, wydaje się moralnie słuszna, bezkompromisowa i daleka od konformizmu. Tymczasem ks. Adam „to w dalszym ciągu wierny syn tej instytucji”. Nie rozumie, nie wie, a może reprezentuje „dawną eklezjologię”, nie potrafi przekroczyć rubikonu? To jest niewygodne dla wielu radykałów wewnątrzkościelnej kontestacji, którzy to co doczesne mylą z tym co trwałe i ponadczasowe. Jest jakąś ich konfuzją, że jest Boniecki „w dalszym ciągu wiernym synem tej instytucji”, nie rozumieją tego, więc to wypierają, uznają za niebyłe.

Film Aleksandry Potoczek i zapisane w nim sceny, choćby arcyważna rozmowa z Jackiem Ślusarczykiem wydawcą „Tygodnika Powszechnego” i prezesem zarządu spółki „Tygodnik Powszechny, ukazują obraz człowieka „świętego Kościoła grzesznych ludzi”, który „bierze w nawias” to co doczesne i wtórne. Obyśmy nie tworzyli kapliczki Bonieckiego, zamieszkanej przez świątka, którego sami wyrzeźbiliśmy. „x.ABo” ma potencjał aby nam pokazać kim naprawdę jest ks. Adam, obyśmy potrafili to dostrzec i zrozumieć.

comments

1 people reacted on this

Leave a Comment