Posted on: 7 marca 2011 Posted by: Redakcja Comments: 0

Motto:
„Przemówił dziad do obraza,
A obraz doń ani słowa –
Taka była ich rozmowa!”

Nie pojechałem na Zjazd Literatów do Szczecina, choć – z pewnym bólem – wybrano mnie jako delegata Krakowa. Nie pojechałem – bo nie lubię gadać do lampy (lampa jest w tym wypadku użyta jako przykład niewrażliwości na słowa, nie zaś jako symbol rozsiewania światła). Ciekawa rzecz, że literaci, publicyści, krytycy zupełnie nie wierzą dzisiaj w słowo, dyskusję, w wyjaśnienie czy wymianę poglądów. W każdym razie wobec niżej podpisanego stosuje się zasadę „ty mów, a ja zdrów” lub „mów do mnie jeszcze, ludzie nas nie słyszą”. Na głowie na czubku łysiny możesz się postawić próbując zagaić jakąś dyskusję, zrewidować jakieś modne słowo („realizm”), wyjaśnić jakiś slogan („upowszechnienie”) – nic z tego – nie uronią ani słówka. Ostatnio napisałem w „Ruchu Muzycznym” (nr 22, 1948) kobylasty artykuł pt. „Czy w muzyce istnieje formalizm?” Wydawało mi się, że jasno i obiektywnie postawiłem tam pewne zagadnienia i sformułowałem zapytania, że niesposób będzie dalej mówić o realizmie i formalizmie w muzyce, nie udzieliwszy przedtem odpowiedzi na te pytania, że dorzuciłem do dyskusji ogniwo, którego pominąć bez szkody dla sprawy się nie da. I co myślicie?! Polemizowano ze mną, ale… w Związku Radzieckim. W kilku pismach sowieckich omawiano i atakowano różne moje tezy, czasem ostro, ale zawsze rzeczowo i poważnie. Ci ludzie przynajmniej biorą na serio słowo pisane i wyciągają zeń konsekwencje. A u nas? Dyskusja toczy się dalej, lecz z matematycznie ścisłym pominięciem mojego artykułu, terminów „realizm” i formalizm” w muzyce używa się dalej nie uważając za stosowne i konieczne wyjaśnić i rozstrzygnąć przedtem wszystkie nasuwające się a przeze mnie zebrane wątpliwości. Zaś kolega ph w „Kuźnicy”, któremu posłałem wspomniany numer „Ruchu Muzycznego” prosząc o streszczenie moich tez i zapytań w przeglądzie prasy tego pisma (jako że w „Kuźnicy ukazał się o tych samych sprawach traktujący artykuł min. Wł. Sokorskiego) – streścił, a jakże wszystko, co na łamach „Ruchu” w tej materii napisano, głębokim milczeniem pominął jedynie… mój artykuł. Powiecie może, że nie biorą mnie poważnie, traktują jak wesołka, błazna, pijaczynę czy sowizdrzała. Zgoda, możliwe – dam więc inny przykład „lampowatości” naszych gryzipiórów. „Nowiny Literackie” przestały wychodzić. Jakie były, takie były, ale zawsze miały swój odrębny styl, ukazało się w nich sporo dobrych, a nawet cennych artykułów najwybitniejszych polskich pisarzy. I cóż powiecie?! Publiczność zauważyła, że pismo przestało wychodzić, natomiast nie zauważył tego nikt z… literatów. Nikt przynajmniej nie uznał za stosowne wspomnieć o tym, podsumować bilans działalności pisma, podać jego charakterystykę, informacyjny nekrolog choćby. Śpią dalej – dziwię się szczerze – aż mi się gęba rodziawia. Nie warto gadać do lamy… literackiej.

Kisiel.

TP 7/1949

Zobacz także:
Witaj smutku – o Kisielu z Krzysztofem Kozłowskim rozmawia Anna Mateja

Kisiel, którego nie znałam

Inne felietony i teksty Kisiela:

Orgia pytań

Historia tubki z klejem

Moje typy

O Gombrowiczu żałosnym i Hannie Malewskiej w Londynie

comments

Leave a Comment