Ty jesteś błogosławiony!

EWANGELIARZ NIEDZIELNY, 17 lutego 2019

VI NIEDZIELA ZWYKŁA

Łk 6, 17. 20-26

Jezus zszedł z Dwunastoma na dół i zatrzymał się na równinie; był tam liczny tłum Jego uczniów i wielkie mnóstwo ludu z całej Judei i z Jeruzalem oraz z nadmorskich okolic Tyru i Sydonu. On podniósł oczy na swoich uczniów i mówił: „Błogosławieni jesteście, ubodzy, albowiem do was należy królestwo Boże. Błogosławieni, którzy teraz głodujecie, albowiem będziecie nasyceni. Błogosławieni, którzy teraz płaczecie, albowiem śmiać się będziecie. Błogosławieni jesteście, gdy ludzie was znienawidzą i gdy was wyłączą spośród siebie, gdy zelżą was i z powodu Syna Człowieczego odrzucą z pogardą wasze imię jako niecne: cieszcie się i radujcie w owym dniu, bo wielka jest wasza nagroda w niebie. Tak samo bowiem przodkowie ich czynili prorokom. Natomiast biada wam, bogaczom, bo odebraliście już pociechę waszą. Biada wam, którzy teraz jesteście syci, albowiem głód cierpieć będziecie. Biada wam, którzy się teraz śmiejecie, albowiem smucić się i płakać będziecie. Biada wam, gdy wszyscy ludzie chwalić was będą. Tak samo bowiem przodkowie ich czynili fałszywym prorokom”.

Im częściej medytuję „Ewangelię Błogosławieństw”, tym bardziej uświadamiam sobie, że chyba zbyt łatwo słowo „błogosławieństwo” zastąpiliśmy terminem „szczęście”. W wyniku takiej zamiany słów, niesłusznie Jezusowe błogosławieństwa wydają się określać stan ducha człowieka, który wypełnienie swoich życiowych aspiracji, planów i nadziei wiąże z bliżej nieokreśloną przyszłością. Kiedyś będę szczęśliwy, ale teraz muszę być ubogi, głodny, zapłakany, znienawidzony… Czy rzeczywiście na tym polega chrześcijaństwo?

W dzisiejszej Ewangelii moją uwagę zwraca pewien szczegół. Mimo, że wokół Jezusa zgromadził się tłum ludzi (Ewangelista Łukasz zanotuje: „wielkie mnóstwo ludu”), to jednak On jakby nie zauważa tego tłumu, a jedynie „podnosi oczy na swoich uczniów i mówi: „Błogosławieni jesteście, ubodzy, głodni…”. Nie kieruje swojej nauki do wszystkich, lecz jedynie do wybranych – do swoich uczniów.

Ta sytuacja po raz kolejny uświadamia mi, że nie wszyscy mogą zrozumieć i przyjąć Ewangelię, a tym bardziej jej serce – „konstytucję Królestwa Bożego”, jak nieraz nazywa się Jezusowe błogosławieństwa. Niezależnie, czy było ich osiem, czy cztery – stawiają na głowie ludzką logikę i zmuszają do myślenia o naszym losie w inny sposób. Nie każdy może tę logikę przyjąć i nie każdy może ją zaakceptować. By tak się stało, potrzebna jest wiara i zaufanie Bogu.

Co jednak, gdy słuchając dzisiejszej Ewangelii uświadamiam sobie, że nie mam w sobie takiej wiary i takiej siły, by żyć według logiki błogosławieństw? Czy skazany jestem na nieszczęście, albo nawet wieczną jego odmianę – potępienie? Skądże! Właśnie dzisiejsza Ewangelia uświadamia nam, że pierwszymi obywatelami Królestwa Bożego są ubodzy Bogiem, Jego głodni i zasmuceni niemożnością realizacji swojego pragnienia. Także pragnienia życia według błogosławieństw.

To właśnie jest dobra nowina! Jeśli jesteś głodny Boga, głodny Jego miłości, spragniony Jego bliskości, już jesteś obywatelem Królestwa Bożego. Jesteś głodny, to znaczy świadomy, że nie masz szczególnych powodów szczycenia się głęboką wiarą i relacją z Bogiem. Czyż takim głodnym i ubogim nie był celnik modlący się w kącie świątyni? Czy taką ubogą, głodną i zapłakaną nie była cudzołożnica lejąca łzy na stopy Jezusa? Czy nie był głodnym i ubogim syn marnotrawny i wielu, wielu innych?

To naprawdę dla nas dobra nowina, że możemy być błogosławieni także wtedy, gdy w naszym życiu Ewangelią i w budowaniu przyjaźni z Bogiem wciąż jeszcze jesteśmy słabi, niedoskonali, nienasyceni, grzeszni. Jeden z największych paradoksów chrześcijaństwa polega na nasyceniu właśnie tych ostatnich stojących w kolejce do Boga, jeśli nie przestają oni poszukiwać, nasłuchiwać, pragnąć. To właśnie ich Jezus nazywa błogosławionymi. Niełatwo się na to zgodzić. Błogosławiony nie jest tylko ten, kto osiągnął moralną doskonałość, dostąpił daru języków, „spoczął w Duchu”, czy zaliczył osiem kursów nowej ewangelizacji. Błogosławiony jest ten, kto mimo swojej słabości – jak czytamy w pierwszym czytaniu – „pokłada ufność w Panu, i Pan jest jego nadzieją. Jest on podobny do drzewa zasadzonego nad wodą, co swe korzenie puszcza ku strumieniowi; nie obawia się, gdy nadejdzie upał, bo zachowa zielone liście; także w roku posuchy nie doznaje niepokoju i nie przestaje wydawać owoców” (Jr 17, 6-8). Ty jesteś błogosławiony!

Ziemia pełna chwały

EWANGELIARZ NIEDZIELNY, 10 lutego 2019

V NIEDZIELA ZWYKŁA

Łk 5, 1-11

Pewnego razu – gdy tłum cisnął się do Jezusa, aby słuchać słowa Bożego, a On stał nad jeziorem Genezaret – zobaczył dwie łodzie stojące przy brzegu; rybacy zaś wyszli z nich i płukali sieci. Wszedłszy do jednej łodzi, która należała do Szymona, poprosił go, żeby nieco odbił od brzegu. Potem usiadł i z łodzi nauczał tłumy.

Gdy przestał mówić, rzekł do Szymona: «Wypłyń na głębię i zarzućcie sieci na połów!» A Szymon odpowiedział: «Mistrzu, całą noc pracowaliśmy i nic nie ułowiliśmy. Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci». Skoro to uczynili, zagarnęli tak wielkie mnóstwo ryb, że sieci ich zaczynały się rwać. Skinęli więc na współtowarzyszy w drugiej łodzi, żeby im przyszli z pomocą. Ci podpłynęli; i napełnili obie łodzie, tak że się prawie zanurzały.

Widząc to, Szymon Piotr przypadł Jezusowi do kolan i rzekł: «Wyjdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiekiem grzesznym». I jego bowiem, i wszystkich jego towarzyszy w zdumienie wprawił połów ryb, jakiego dokonali; jak również Jakuba i Jana, synów Zebedeusza, którzy byli wspólnikami Szymona.

A Jezus rzekł do Szymona: «Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił». I wciągnąwszy łodzie na ląd, zostawili wszystko i poszli za Nim.

 

W księdze Proroka Izajasza (6, 1-3) zapisany jest przekaz jak w roku, w którym umarł król Ozjasz miał Prorok widzenie Boga w Jego majestacie. „Powyżej Niego stały serafiny, a każdy miał sześć skrzydeł: dwoma zasłaniał swoją twarz, dwoma nogi i na dwóch latał. Wołał jeden do drugiego:

Święty, Święty, Święty,

PAN Zastępów,

cała ziemia jest pełna Jego chwały” (przekład ekumeniczny).

 

Tadeusz Żychiewicz, tygodnikowy mistrz biblijnych komentarzy, tak pisze o tej scenie: „Pamiętam, że kiedy byłem nie bardzo dorośnięty, cytaty takie budziły we mnie uczucie głębokiego zniechęcenia. Można było przyjąć na słowo przekaz o wielkim majestacie Boga, jednakże zdawało mi się, że trudno o rzecz nudniejszą, niż ustawiczne powtarzanie (może i przez wieczność!) tego właśnie jednego stwierdzenia: Święty, święty, święty (…), pełna jest ziemia chwały Twojej” … Tak, to było bardzo zniechęcające dla szesnastolatka.

Mam słabość do tego szczeniaka jestem do niego bardzo przywiązany i ostatecznie do dziś dnia wiele mnie z nim łączy; nie chciałbym więc źle o nim mówić, ale co prawda, to prawda: głupi to on jednak był.

Potem zrozumiałem: wszystkie ptasie koncerty i wszystkie wielkie tajemnice materii, ludzka mądrość i dobroć, wszystkie kolory roku, ziemi i nieba, i jeszcze puchaty śnieg, w którym każda gwiazdka zawsze jest inna, chociaż liczba ich jest nieprzeliczona, wszystkie biologiczne cudeńka i cała oszalała rozrzutność życia na równi z tajniami ludzkiej świadomości – przecież w końcu to nic innego, jak rozszczepione w tęczę pryzmatu światło Izajaszowego widzenia: „Święty, święty, święty, PAN Zastępów”.

I cokolwiek na kalekiej ziemi może być rozpoznane jako chwała Pana, jest równocześnie także olśnieniem i wciąż inną obłędną radością ludzi: ostatnią rzeczą, która mogłaby znudzić”.

Scena powołania Izajasza na proroka jest niezwykle sugestywna. Jest to majestatyczna teofania. Prorok jako człowiek świecki, nie kapłan, miał tę wizję zapewne na tle zasłony oddzielającej Miejsce Święte, a widział raczej tylko tren szaty Pana wypełniający całą Świątynię. Przymiotnik Święty odnosi się zasadniczo tylko do Boga, a oznacza Jego niewyobrażalną odległość od wszystkiego, co stworzone. Jest On zarazem Bogiem dalekim i Bogiem bliskim. Przerażenie Proroka, tłumaczy się tym, że Hebrajczyk stale lękał się bezpośredniego zetknięcia z Bogiem jako zapowiedzi bliskiej śmierci. Potęgowała je u Proroka świadomość, że ma nieczyste wargi. Wówczas bowiem Lud Boży ulegał synkretyzmowi religijnemu, czcił „cudzych bogów”, a przez to kalał usta ich imionami. Bóg cudownie usprawnia Izajasza do swojej misji.

Najgrubszy Anioł Stróż

EWANGELIARZ NIEDZIELNY, 3 lutego 2019

IV NIEDZIELA ZWYKŁA

Łk 4, 21-30

Kiedy Jezus przyszedł do Nazaretu, przemówił do ludu w synagodze: „Dziś spełniły się te słowa Pisma, które słyszeliście”. A wszyscy przyświadczali Mu i dziwili się pełnym łaski słowom, które płynęły z ust Jego. I mówili: „Czy nie jest to syn Józefa?” Wtedy rzekł do nich: „Z pewnością powiecie Mi to przysłowie: Lekarzu, ulecz samego siebie; dokonajże i tu, w swojej ojczyźnie, tego, co wydarzyło się, jak słyszeliśmy, w Kafarnaum”. I dodał: „Zaprawdę, powiadam wam: Żaden prorok nie jest mile widziany w swojej ojczyźnie. Naprawdę, mówię wam: Wiele wdów było w Izraelu za czasów Eliasza, kiedy niebo pozostawało zamknięte przez trzy lata i sześć miesięcy, tak że wielki głód panował w całym kraju; a Eliasz do żadnej z nich nie został posłany, tylko do owej wdowy w Sarepcie Sydońskiej. I wielu trędowatych było w Izraelu za proroka Elizeusza, a żaden z nich nie został oczyszczony, tylko Syryjczyk Naaman”. Na te słowa wszyscy w synagodze unieśli się gniewem. Porwawszy się z miejsc, wyrzucili Go z miasta i wyprowadzili aż na urwisko góry, na której zbudowane było ich miasto, aby Go strącić. On jednak, przeszedłszy pośród nich, oddalił się.

Paweł Domagała jest bez wątpienia jednym z najbardziej lubianych artystów w Polsce. Chociaż jego hitem numer jeden jest utwór „Weź nie pytaj”, w repertuarze Domagały znaleźć można wiele innych, godnych uwagi piosenek, w tym mało znaną, noszącą tytuł „Najgrubszy Anioł Stróż”. Opowiada ona o zmarłym przyjacielu autora, ale może stać się również piękną modlitwą. Ta piosenka, do której odwoływałem się już trzy tygodnie temu, przypomina mi także o bliskości Boga, który zawsze mi towarzyszy: „Wszystkie potwory ze wszystkich szaf świata; Wszystkie upiory z moich snów; Wszystkie demony, co wciąż chcecie wracać; Wszystkie złe zmory, które karzecie się bać; Wy nie macie szans najmniejszych, bo przy mnie ciągle jest najgrubszy anioł stróż, największy anioł stróż, wciąż jest, obok mnie, ciągle obok”. Tego Anioła w momencie naszego chrztu postawił przy nas sam Bóg – mówiłem w Niedzielę Chrztu Pańskiego.

Słowa tej jednej z ulubionych moich piosenek wracają do mnie, gdy słyszę dzisiejsze pierwsze czytanie, a w nim zapewnienie, jakie Bóg kieruje do Proroka Jeremiasza: „Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię (…). Będą walczyć przeciw tobie, ale nie zdołają cię zwyciężyć, gdyż Ja jestem z tobą – mówi Pan – by cię ochraniać”. To Boże zapewnienie odnosi się nie tylko do Jeremiasza, ale również do każdej i każdego z nas. Stanowi gwarancję bliskości i pełnej życzliwości ze strony Boga. Więcej nawet – zapewnia nas, że nasze życie jest wpisane w Boży plan, który nie jest grą przypadku, ale przede wszystkim grą miłości i o miłość. Bóg pragnie być obecny w naszym życiu, byśmy mogli w tej grze o miłość zwyciężać.

Patrząc jednak na nasze życie i patrząc na mieszkańców Nazaretu z dzisiejszej Ewangelii, nie sposób uciec od pytania: skąd się w nas bierze to rozdwojenie, to bolesne rozdarcie? Z jednej strony pragniemy przecież bliskości Boga, a z drugiej chcielibyśmy trzymać Go jak najdalej od nas. W tym odsuwaniu Boga najbardziej pomocny jest taki typ pobożności, który zamyka nas we własnym świecie, czyni nieczułymi na otaczającą nas rzeczywistość i zamyka na drugiego człowieka. Ta „pobożność” tak bardzo potrafi oślepić człowieka, że daje poczucie bezpieczeństwa, a co za tym idzie, poczucie wyższości, doskonałości, pewności siebie. „Dojrzewając” w takiej „pobożności” możemy godzinami klęczeć na modlitwie, ale zaraz potem ranić i niszczyć drugiego człowieka. Tak oddaleni od Boga, stajemy się zaprzeczeniem tej miłości, o której św. Paweł mówi w dzisiejszym drugim czytaniu, że jest cierpliwa, łaskawa, nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą…

Warto o tym pamiętać, że nie mamy prawa do dysponowania Bogiem i arbitralnego decydowania o tym gdzie jest Jego więcej, a gdzie mniej. Warto o tym pamiętać, gdy modlimy się o jedność chrześcijan. Warto o tym pamiętać, gdy spotykamy się z naszymi Starszymi Braćmi w Wierze – Żydami. Warto o tym pamiętać, gdy spotykamy się w wyznawcami islamu. Żywy Bóg jest zawsze i wszędzie. Jest dla każdego cały, a nie tylko trochę. I chce, żeby każdy człowiek na tej ziemi żyjący usłyszał Jego głos: „Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię (…). Będą walczyć przeciw tobie, ale nie zdołają cię zwyciężyć, gdyż Ja jestem z tobą – mówi Pan – by cię ochraniać”.

Wypatrując autorytetu

EWANGELIARZ NIEDZIELNY, 27 stycznia 2019

III NIEDZIELA ZWYKŁA

27 stycznia 2019 roku

Łk 1, 1-4; 4, 14-21

Wielu już starało się ułożyć opowiadanie o zdarzeniach, które się dokonały pośród nas, tak jak nam je przekazali ci, którzy od początku byli naocznymi świadkami i sługami słowa. Postanowiłem więc i ja zbadać dokładnie wszystko od pierwszych chwil i opisać ci po kolei, dostojny Teofilu, abyś się mógł przekonać o całkowitej pewności nauk, których ci udzielono.

Czytaj więcej »

Cuda ludzkie i cuda Boże

EWANGELIARZ NIEDZIELNY, 20 stycznia 2019

II NIEDZIELA ZWYKŁA

J 2, 1-11

W Kanie Galilejskiej odbywało się wesele i była tam Matka Jezusa. Zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów. A kiedy zabrakło wina, Matka Jezusa rzekła do Niego: «Nie mają wina». Jezus Jej odpowiedział: «Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czy jeszcze nie nadeszła godzina moja?» Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: «Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie».

Stało zaś tam sześć stągwi kamiennych przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń, z których każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary. Jezus rzekł do sług: «Napełnijcie stągwie wodą». I napełnili je aż po brzegi. Potem powiedział do nich: «Zaczerpnijcie teraz i zanieście staroście weselnemu». Ci więc zanieśli.

Gdy zaś starosta weselny skosztował wody, która stała się winem – a nie wiedział, skąd ono pochodzi, ale słudzy, którzy czerpali wodę, wiedzieli – przywołał pana młodego i powiedział do niego: «Każdy człowiek stawia najpierw dobre wino, a gdy się napiją, wówczas gorsze. Ty zachowałeś dobre wino aż do tej pory».

Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie.

Do Kany, gdzie Go zaproszono na wesele wraz z pierwszymi uczniami, trafił Jezus trzeciego dnia po chrzcie w Jordanie. Jego Matka przybyła tam wcześniej.

Wesele było już rozkręcone na całego (trwało zazwyczaj siedem dni, prawdopodobnie był to schyłek weselnego tygodnia), gdy wydarzyła się przykra niespodzianka. Miriam (być  może pomagająca w kuchni) zobaczyła pustą spiżarnię. Ani jednego dzbana. Weselnicy wysuszyli wszystko do ostatniej kropelki, w czym niemały był udział krzepkich rybaków z Betsaidy i ich kolegów.

Właściwie nie Ona była za to odpowiedzialna, ale miała współczujące serce. Co za wstyd dla Pana Młodego, wobec zgromadzonych gości! Czego, jak czego, ale wina – napoju życia i radości, tak cenionego przez żydowską społeczność, niemal świętego – nie mogło na weselu zabraknąć.

Co robić? Do kogo się zwrócić po pomoc? Starosta dba o organizację i czuwa nad wszystkim, ale nie do niego należy przygotowanie odpowiedniej ilości trunku. Pan Młody? Przecież to jego Święto, zapatrzony w młodą żonę nie może być obarczony tym obowiązkiem. Więc kto? Skąd przyszło jej do głowy, że Syn może coś poradzić? Nie miał pieniędzy, nie mógł dokupić wina. Jednak wbrew rozsądkowi zgłosiła się do Niego. O nic nie prosiła. Zawiadomiła krótko o nieprzyjemnej sytuacji. Wiedziała, że taka informacja skierowana imiennie-obliguje.

Odpowiedź usłyszała szorstką i nieuprzejmą. „Kobieto nie nasza sprawa! Jeszcze nie czas!”

A jednak to Jej inicjatywa sprowokowała cud. Ona widziała brak. Ona powiedziała synowi. A odpowiedź zrozumiała po swojemu: „Nie nasza sprawa? No to już jest nasza! Nie nadeszła godzina? No to właśnie nadeszła”

Nie wdając się w dalsze przekonywania i argumenty spokojnie podpowiedziała sługom, żeby robili, co każe. Była pewna, że Syn do nich podejdzie? Może oni podeszli do Niego? Ona w każdym razie zrobiła, co do niej należało. I być może bardzo spokojnie, z wielką ufnością, znów poszła do kuchni, dajmy na to, pozmywać naczynia.

Słudzy jej posłuchali. Wbrew rozsądkowi nalali do pustych stągwi (one też już były opróżnione?) wody po brzegi. Woda w stągwiach być powinna, więc to jeszcze nic takiego. Jednak potem posłuchali Jego rozkazu, żeby tę wodę w dzbanach zanieść na stół. Nie mieli żadnej pewności, co się potem stanie, ale zaufali i przynieśli. No i – zbaranieli. Bo tylko oni wiedzieli, jak było naprawdę.

Sama zamiana wody w wino jest znakiem wielkim, bogatym w znaczenia, odwołującym się do symboliki Starego Testamentu, tradycji i obyczaju. Można o tym przeczytać w rożnych opracowaniach. Skupmy się tutaj na ludziach, dzięki którym mogła się ona  dokonać.

Bo to, że Miriam podeszła z informacją właśnie do Syna- to był cud. Musiało w Niej zapalić się światełko i Ktoś pokierował Jej krokami. To, że wbrew rozsądkowi słowa Syna wytłumaczyła sobie akurat odwrotnie, nie zważając na ich szorstkość – to też cud. Robiła dokładnie coś przeciwnego, niż powiedział, pewna, że właśnie to właściwe działanie. Słudzy posłuchali kobiety, która nie była gospodynią tego wesela – to też cud. Natrudzili się, nosząc do stągwi około 700 litrów wody (to musiało potrwać) i nie zachwiali się w tym, nie napełnili na przykład tylko jednej stągwi, na próbę, ciekawi, co się dalej stanie, ale karnie nanosili wody do sześciu – cud. Potem wbrew rozsądkowi zanieśli w dzbanach wodę na stół, wiedząc, jakie nieprzyjemne dla nich mogą być konsekwencje takiego niewczesnego żartu – też cud. I dopiero te wszystkie poszczególne małe cuda, które dokonały się w sercach zwykłych ludzi i dzięki ich wysiłkowi zamieniły się w czyn – umożliwiły dokonanie przez Jezusa Wielkiego Cudu.

Bóg posługuje się nami, by z naszych małych kroczków stworzyć rzeczy wielkie. Potrzebuje naszych decyzji, naszych czynów i naszej ufności i odwagi, żeby sprawić cud. Dopuszcza nas na różne sposoby do współpracy z Sobą, nawet, gdy dla Niego nie jest to konieczne. Przecież wiedział, że nie ma wina – ale zaangażował Matkę, aby Mu to powiedziała. Mógł Jej delikatnie wyjaśnić, co ma powiedzieć służbie, ale wystawił Ją na próbę i nie ułatwił zadania. Mógł jednym swoim słowem wypełnić stągwie wodą, albo od razu winem – a jednak zaangażował ręce i grzbiety sług, a dopiero, gdy się namęczyli zamienił ich wysiłek w słodycz.

A po fakcie każdy mógł powiedzieć, albo przynajmniej sobie pomyśleć: „Ach, ten Rabbi to cudotwórca, ale beze mnie nic by nie zrobił.”

 

Jak słodko jest współpracować z Panem w cudzie! Niestety, często nie odpowiadamy na  zaproszenie, szczególnie, gdy jest ono nieoczywiste, gdy zostawia przestrzeń na naszą wolę i decyzję. Wahamy się, boimy, niepokoimy, nie mamy pewności.

Panie! Zapraszając nas do Swego działania, daj nam siłę, odwagę, ufność, abyśmy bez wahania spełniali, co nam powiesz.  Poszerzaj i rozpalaj nasze serca do Twoich zadań!

Miriam, pomóż! Naucz, jak bez zbytniego wielosłowia wchodzić w Boże zaproszenie! Jak angażować się w Jego cud!  Amen.

 

 

Węzeł Chrztu

EWANGELIARZ NIEDZIELNY, 13 stycznia 2019

NIEDZIELA CHRZTU PAŃSKIEGO

Łk 3, 15-16. 21-22

Gdy lud oczekiwał z napięciem i wszyscy snuli domysły w swych sercach co do Jana, czy nie jest Mesjaszem, on tak przemówił do wszystkich: «Ja was chrzczę wodą; lecz idzie mocniejszy ode mnie, któremu nie jestem godzien rozwiązać rzemyka u sandałów. On będzie was chrzcił Duchem Świętym i ogniem».

Kiedy cały lud przystępował do chrztu, Jezus także przyjął chrzest. a gdy się modlił, otworzyło się niebo i Duch Święty zstąpił nad Niego, w postaci cielesnej niby gołębica, a z nieba odezwał się głos: «Ty jesteś moim Synem umiłowanym, w Tobie mam upodobanie».

Dzisiaj jest święto Chrztu Pańskiego, które liturgia Kościoła stawia obok pokłonu Mędrców. Obydwie uroczystości nazywa Epifanią, to jest objawieniem się Chrystusa.

Chrystus ukrył swoją godność Syna Bożego, swój majestat pod osłoną człowieczeństwa i niejako wmieszał się bez reszty w ogromną masę ludzką. Wtopił się w nią do tego stopnia, że z biegiem czasu już tylko jedna Matka znała Jego rodowód. Wszyscy inni uważali Go za zwykłego człowieka pośród zwykłych ludzi. Był naprawdę prawdziwym człowiekiem pośród prawdziwych ludzi. Ale równocześnie nie był jednym z wielu. Był kimś, kto nie jest z tego świata, kto przyszedł z góry od Ojca z konkretnym zadaniem i posłannictwem.

Dlatego kiedy przyszła chwila, że to posłannictwo zaczęło się realizować, Ojciec wydobył Go z tej szarej ludzkiej masy, w której był zanurzony tak jak małe ziarenko w ogromnej liczbie synów ludzkich na tym świecie. On jeden, Syn Człowieczy i Syn Boży równocześnie, został wydobyty przez świadectwo słowa i świadectwo znaki; słowa, które usłyszeli wszyscy, którzy stali nad Jordanem, i znaku, który widzieli wszyscy tam obecni.

Zanim się to jednak stanie, Jezus wstępuje w wody Jordanu ze wszystkimi grzesznikami i żąda od Jana chrztu na odpuszczenie grzechów. Na pierwszy rzut oka Jezus – absolutna świętość, znalazł się wtedy nie na swoim miejscu. I ten chrzest na odpuszczenie grzechów wydaje się być tylko spektakularnym jakimś widowiskiem i pustym gestem, i jakimś nieporozumieniem. Ale Jezus nie czyni pustych gestów i to nie jest tylko widowisko. Bóg nie potrzebuje żadnego pustego efektu. To jest prawdziwy chrzest grzeszników. Tyle, że grzechy nie są Jezusowe. To są grzechy braci według ciała, grzechy wszystkich ludzi. Jezus jest tutaj po raz drugi solidarny z każdym człowiekiem. Pierwszy raz był solidarny z człowiekiem wtedy, kiedy się rodził w ciele i wszedł w krąg ludzkiego losu. Mówiono o Nim, że pozostał niewinny i święty pośród winnych i grzeszników. Wziął grzechy sióstr i braci na siebie tak, jak się bierze ciężkie brzemię ludzkie.

My znamy to zjawisko z codziennego doświadczenia, że można być niewinnym wewnątrz i można mieć wszystkie warunki do radości i pokoju, a naraz ktoś narzuci z zewnątrz takie brzemię, że człowiek się zachwieje, że się pochyli do ziemi i zdaje mu się, że się pod tym brzemieniem załamie, że ten ciężar go zmiażdży. I tak jest w tej chwili chrztu, jakby Jezus powiedział swoim siostrom i braciom: Oddajcie to brzemię, brzemię waszych win i waszych grzechów, bo wy sobie z tym brzemieniem nie poradzicie. Nie potraficie go przezwyciężyć! Nie potraficie się z niego uwolnić własnymi siłami i po to Mnie posłał Ojciec, ażebym to ja uczynił za was, jako jedne z was. I ja to czynie w waszym imieniu.

I dlatego chrzest Jezusa w Jordanie jest prawdziwym chrztem za prawdziwe ludzkie grzechy, nie Jezusowe, tylko nasze. I w tym sensie Chrystus, który z początku otrzymał imię Jezus, staje się Zbawicielem, Mesjaszem. Tego chrzcielnego węzła nikt z nas nie powinien się wypierać i nikt nie powinien tego węzła lekceważyć. Chrystus jest moim Bratem najpotężniejszym, a my jesteśmy jego siostrami i braćmi najmniejszymi, których On się nigdy nie wyprze i którym naprawdę chce pomóc!