Klucz do radości

EWANGELIARZ NIEDZIELNY, 17 grudnia 2018

III NIEDZIELA ADWENTU

Łk 3, 10-18

Gdy Jan nauczał nad Jordanem, pytały go tłumy: «Cóż mamy czynić?» On im odpowiadał: «Kto ma dwie suknie, niech się podzieli z tym, który nie ma; a kto ma żywność, niech tak samo czyni».

Przyszli także celnicy, żeby przyjąć chrzest, i rzekli do niego: «Nauczycielu, co mamy czynić?» On im powiedział: «Nie pobierajcie nic więcej ponad to, co wam wyznaczono».

Pytali go też i żołnierze: «a my co mamy czynić?» On im odpowiedział: «Na nikim pieniędzy nie wymuszajcie i nikogo nie uciskajcie, lecz poprzestawajcie na waszym żołdzie».

Gdy więc lud oczekiwał z napięciem i wszyscy snuli domysły w swych sercach co do Jana, czy nie jest Mesjaszem, on tak przemówił do wszystkich: «Ja was chrzczę wodą; lecz idzie mocniejszy ode mnie, któremu nie jestem godzien rozwiązać rzemyka u sandałów. on będzie was chrzcił Duchem Świętym i ogniem. Ma on wiejadło w ręku dla oczyszczenia swego omłotu: pszenicę zbierze do spichlerza, a plewy spali w ogniu nieugaszonym».

Wiele też innych napomnień dawał ludowi i głosił dobrą nowinę.

ks. Andrzej Perzyński. Fot. Adam Walanus

W połowie adwentowej drogi mamy wezwanie do radości, choć my dobrze wiemy, że radość w słowie Bożym – tak jak radość w naszym życiu – jest raczej prorokowaniem o przyszłości, aniżeli spełnieniem. Pamiętamy pewne radosne przeżycia – takie, które byśmy chcieli zachować na całe życie, ale nie możemy. Wiemy, że radość może być pełna, prawdziwa i zapełniająca całą pojemność naszego ducha, ale my nie możemy tego wszystkiego zatrzymać na stałe.

Istnieje taki rodzaj radości, który powstaje wówczas, kiedy człowiek powodowany życzliwością obdarza i pomnaża dobra i wartości drugiego człowieka. Wówczas źródłem radości nie jest to, co się dzieje ze mną i we mnie, ale jest przede wszystkim to, co się dzieje w drugim człowieku, a więc nie moje rosnące szanse życiowe, nie mój stan posiadania, nie moja pozycja i mój dobry nastrój, i moje samopoczucie, ale przede wszystkim to, że czynię dobro komuś innemu. Czynię drugiemu przysługę. Wyprowadzam drugiego człowieka z przykrego położenia, z położenia czasem niebezpiecznego i groźnego. Dzięki mnie przybywa dobra i poczucia bezpieczeństwa w cudzym życiu, przybywa w życiu drugiego pokoju i szczęścia. Jest to radość dawania, dzielenia się, służenia, pomagania.

Być może w zaaferowaniu życiem, w zakłopotaniu, umęczeniu i zestresowaniu, zapominamy o tym, że mamy w rękach nie tylko klucz niepokoju ale klucz radości, i zbyt rzadko przychodzi nam do głowy, żeby tego klucza radości użyć. Oczywiście za cenę pewnego wysiłku, pewnego daru z siebie na rzecz drugiego człowieka.

Przemawia dziś prorok żyjący w wieku VII przed Chr., w trudnej epoce dziejów Ludu Wybranego, kiedy to po królu Jozjaszu, gorliwym reformatorze, nastali znów królowie bezbożni. Ale urywek dzisiaj czytany, który następuje po wielu poprzednich groźbach, jest już kontrastowym wezwaniem Proroka pod adresem Jerozolimy, by śpiewała pieśń triumfu z powodu darowania jej win, co nastąpi po odniesieniu zwycięstwa przez Pana nad jej wrogami. Źródłem tej radości będzie bliskość zbawcza Boga, prawdziwego i wszechmocnego Króla, pośrodku swego Ludu. Nastąpi odnowienie ze strony Boga Jego pierwszej oblubieńczej miłości, miłości zawsze wiernej, względem wiele razy niewiernej dotąd Oblubienicy, którą jest Izrael. Znamienna jest zapowiedziana przy tym radość samego Boga z tego właśnie powodu.

Nie ulega wątpliwości, że radość, o której mówi nam dzisiaj słowo Boże prorokujące i to drugie słowo wzywające, to właśnie jest radość dzielenia się, dawania i służenia. Słowo prorokujące Sofoniasza, który mówi: Raduj się, bo przyjdzie Pan, Bóg Twój, który da ci zbawienie. I te drugie słowa wzywające Pawła Apostoła: Radujcie się, bo Pan jest blisko. Wszystkie one, jeden i drugie, mówią o jednym, że istnieje Ktoś, dla kogo moja osoba, moje dobro, moje bezpieczeństwo, mój pokój, moje sprawy są ważne, że to moje sprawy sprowadziły Go z wysokości na ten świat. Przyszedł, choć nie musiał. Przyszedł dlatego, że chciał, prawdziwie chciał. I on tu nie szuka swojego, ale szuka mojego. Nie szuka siebie, ale szuka mnie. Nie przyszedł, żeby Jemu służono, ale przyszedł służyć. Nie przyszedł mi niczego zabrać, niczego pomniejszyć, niczego zubożyć. Przyszedł dać całego siebie i my tę prawdę ciągle mamy przed oczyma, bo na ołtarzu eucharystycznym ciągle Jezus całego siebie kładzie i mówi: Weźcie tyle, ile potraficie, z mojego bogactwa!

 

Pan nadchodzi!

EWANGELIARZ NIEDZIELNY, 9 grudnia 2018

II NIEDZIELA ADWENTU

Łk 3, 1-6

Było to w piętnastym roku rządów Tyberiusza Cezara. Gdy Poncjusz Piłat był namiestnikiem Judei, Herod tetrarchą Galilei, brat jego Filip tetrarchą Iturei i Trachonitydy, Lizaniasz tetrarchą Abileny; za najwyższych kapłanów Annasza i Kajfasza skierowane zostało słowo Boże do Jana, syna Zachariasza, na pustyni.

Obchodził więc całą okolicę nad Jordanem i głosił chrzest nawrócenia dla odpuszczenia grzechów, jak jest napisane w księdze mów proroka Izajasza: «Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, prostujcie ścieżki dla Niego! Każda dolina zostanie wypełniona, każda góra i pagórek zrównane, drogi kręte staną się prostymi, a wyboiste drogami gładkimi! i wszyscy ludzie ujrzą zbawienie Boże».

Prostujcie ścieżki. Czy to tylko metafora dotycząca krętych ścieżek życia? Słuchacze proroka Izajasza byli często świadkami procesji urządzanych ku czci boga Marduka. Posąg tego bożka był przesuwany na wielkich saniach po drodze, która wymagała wcześniejszego przygotowania; zrównania pagórków, zakopania dołów. Po pierwsze więc wezwanie proroka jest wołaniem: przygotujcie się, Pan nadchodzi! Idzie Bóg!

Pustyni Judzka, gdzie wołał Jan Chrzciciel to miejsce bardzo nierówne, z wieloma wzniesieniami i zagłębieniami. Słowa te stały się bardzo obrazowym wezwaniem do przygotowania na przyjście Boga. Warto pamiętać, że nie chodzi przy tym tylko o wymiar moralny, o unikanie grzechu. Ale może znacznie bardziej o prostowanie obrazu Boga, jaki człowiek nosi w swoim sercu. Wyprostować myślenie o Bogu, wyzbyć się uprzedzeń w stosunku do Kościoła, pozbyć się arogancji życiowej, kiedy człowiek już nie dostrzega tych dołów i pagórków, i trochę już przywykł do tej pustyni i jałowej ziemi i wydaje mu się, że już wszystko wie.

Prostowanie pagórków czasami nie tylko wymaga łopaty, ale jeśli tych braków-dołów w relacji z Bogiem nazbierało się sporo, jeśli drogę do Boga przekopaliśmy niczym krety poszukując sami nie wiedząc czego… to może się z tego zrobić prawdziwy plac budowy. I być może dlatego Adwent trwa kilkanaście dni. Oby tylko nie odkładać prostowania ścieżek życia w nieskończoność. To nie człowiek wybiera czas Bożego przechodzenia. Tymczasem Jan Chrzciciel zdecydowanie ponagla, że Bóg już teraz nadchodzi, już dziś.

Kiedy po upadku pierwszych rodziców człowiek znalazł się w stanie grzechu, został umieszczony poza Ogrodem Eden, jakby na pustyni. Ta pustynia to też obraz ludzkiego ducha, gdzie człowiek musi podejmować wielki wysiłek, by wydać jakiś owoc duchowy. A Chrystus przychodzi w jednym celu, by nam przywrócić miejsce w Rajskim Ogrodzie. Przyjmując naszą ludzką naturę, umiera, by dać nam nowe życie zmartwychwstając w… ogrodzie.

Czekając na koniec świata

EWANGELIARZ NIEDZIELNY, 2 grudnia 2018 roku

I NIEDZIELA ADWENTU

Łk 21,25-28.34-36.

Jezus powiedział do swoich uczniów: „Będą znaki na słońcu, księżycu i gwiazdach, a na ziemi trwoga narodów bezradnych wobec szumu morza i jego nawałnicy. Ludzie mdleć będą ze strachu, w oczekiwaniu wydarzeń zagrażających ziemi. Albowiem moce niebios zostaną wstrząśnięte. Wtedy ujrzą Syna Człowieczego, przychodzącego na obłoku z wielką mocą i chwałą.

Czytaj więcej »

Nadzieja i obietnica

EWANGELIARZ NIEDZIELNY, 18 listopada 2018

XXXIII NIEDZIELA ZWYKŁA

Mk 13, 24-32

Jezus powiedział do swoich uczniów:
«W owe dni, po wielkim ucisku, „słońce się zaćmi i księżyc nie da swego blasku. Gwiazdy będą spadać z nieba i moce na niebie” zostaną wstrząśnięte. Wówczas ujrzą Syna Człowieczego, przychodzącego w obłokach z wielką mocą i chwałą. Wtedy pośle On aniołów i „zgromadzi swoich wybranych z czterech stron świata, od krańca ziemi po kraniec nieba”.

A od figowca uczcie się przez podobieństwo. Kiedy już jego gałąź nabrzmiewa sokami i wypuszcza liście, poznajecie, że blisko jest lato. Tak i wy, gdy ujrzycie te wydarzenia, wiedzcie, że to blisko jest, u drzwi.

Zaprawdę, powiadam wam: Nie przeminie to pokolenie, aż się to wszystko stanie. Niebo i ziemia przeminą, ale słowa moje nie przeminą. Lecz o dniu owym lub godzinie nikt nie wie, ani aniołowie w niebie, ani Syn, tylko Ojciec».

 

Kiedy Jezus mówił do uczniów, że „nie przeminie to pokolenie, aż wszystko się stanie, przeminą niebo i ziemia” – to miał na myśli biblijne znaczenie tego słowa. W podobnym znaczeniu biblijnym słyszeliśmy to słowo „pokolenie” niedawno, w uroczystość Wszystkich Świętych, kiedy Jan Ewangelista mówił, że będą wezwani i naznaczeni ludzie ze wszystkich pokoleń Izraela, ze wszystkich pokoleń w całym ich historycznym ciągu (Ap 7,4n). Wyrażenie „nie przeminie to pokolenie” znaczy tu tyle samo, co rodzaj ludzki: nie przeminie rodzaj ludzki. Albo jeszcze inaczej: ludzie przetrwają i przeżyją swoją ojczyznę, przetrwają i przeżyją swoją ziemię. Ludzie będą żywymi świadkami tego wydarzenia, ilustrującego, co to znaczy doczesność, co to znaczy być „do czasu”, co to znaczy przemijać. W słowach: nie przeminie to pokolenie – zawarta jest również nadzieja, jak ziarno w ziemi. Nadzieja i obietnica, że człowiek przy całej swej kruchości w pewien sposób przerasta jednak i przekracza doczesność.

Dzisiaj zdajemy sobie sprawę z tego, że człowiek posiada takie energie i środki zniszczenia, że potrafi wstrząsnąć fundamentami ziemi i doprowadzić do apokaliptycznej zagłady całe oblicze świata wraz z sobą samym. Co więcej: potrafi rozsadzić tę ziemię, potrafi ją wytrącić z uporządkowanego biegu, z tych uporządkowanych przez Stwórcę dróg w systemie słonecznym i posłać ją w przestrzeń pustego kosmosu jako garstkę skorup z rozbitego dzbana. Równocześnie nikt nie może zaprzeczyć, że niszcząc swoją ojczyznę-ziemię, człowiek może i musi równocześnie zniszczyć samego siebie, że już nie będzie mógł siebie ocalić.

Zawsze będziemy bombardowani apokaliptycznymi wyobrażeniami przyszłości, zawsze będą ludzie, którzy ekscytują się w roztaczaniu takich wizji. Dlatego warto przypomnieć słowa przypisywane ks. dr Marcinowi Lutrowi. Zapytany, co by robił, gdyby dowiedział się, że jutro będzie koniec świata, odrzekł: „Sadziłbym jabłonie”.