Opublikowano: 30 czerwca 2020 Autor: Michał Rychert Comments: 0

W 1992 r. Bill Clinton wygrał kampanię prezydencką pod hasłem „Gospodarka głupcze”, z tym sloganem wiązano nadzieję na przełom, zmianę, nowe rozdanie. Oto znalazł się ktoś, kto zrozumiał i wyartykułował klucz do sukcesu. Sen o Ameryce wydawał się być na wyciągnięcie ręki.

W ostatnim czasie wciąż jesteśmy zaskakiwani żenującymi informacjami o biskupach, księżach, o sprawach, które przekraczają nasze dotychczasowe wyobrażenie o Kościele. Czasami ogarnia nas oburzenie, czasami poczucie wstydu, a niekiedy obojętność wywołana bezsilnością.

Dziś w Kościele bardziej niż … potrzeba znaku, potrzeba charyzmy, potrzeba przywództwa, potrzeba, aby Ewangelia była słyszana, nauczana, świadczona. Potrzeba przełomu, nowego początku.

Sen o Kościele

Mam sen, marzenie o Kościele. Myślę, że wielu z nas ma swój sen o Kościele, swoje marzenia, pragnienia i oczekiwania. Może ten sen nie jest wyraźny, nie da się w pełni wyartykułować, może nie potrafimy mówić o nim w detalach, tak jak to czynią wytrawni teolodzy (Norbert Lohfink, Kirchen Traüme), ale mamy intuicję, posiadamy zmysł wiary (sensus fidei), odróżniamy to, co ewangeliczne od tego, co jest jej zaprzeczeniem i bulwersuje nas to, że duchowni, ludzie teologicznie przygotowani jakby utracili ów zmysł.

Nie chodzi bynajmniej o Kościół, który miałby schlebiać naszym słabościom, wręcz przeciwnie chodzi o Ewangelię z całym jej radykalizmem. Chcemy Kościoła, który żyje z Ewangelii, z niej czerpie siłę, entuzjazm i nadzieję, który chlubi się z krzyża Jezusa Chrystusa (por. Rz 15,17). A jeszcze bardziej Kościoła, który będzie się chlubił ze swoich własnych słabości, aby zamieszkała w nim moc Chrystusa (por. 2 Kor 12,9), coś, czego jeszcze chyba nie rozumiemy.

Owszem, jesteśmy ludźmi słabymi, grzesznymi, ale dopóki jesteśmy tego świadomi, nosimy w sobie ideał życia na miarę Ewangelii, swoje marzenie o życiu chrześcijańskim.  Wiemy, kiedy uderzyć się w piersi i kiedy spojrzeć z nadzieją w przyszłość.

Dziś gdy mówi się o kościele hierarchicznym, słyszymy najczęściej o biskupach, którzy piją, którzy tuszują przypadki pedofilii, którzy obrażają ludzi (np. mniejszość seksualną) lub sięgają po archaiczną retorykę aliansu państwa z kościołem. Czy powinno nas to gorszyć? Nie. Piotr zaparł się Jezusa, mówiąc „nie znam Go”, dziś jesteśmy świadkami, jak zapierają się Pana na różne sposoby ci, którzy według słów Pawła Apostoła, powinni być nienaganni (zob. Tyt 1,7-9). Nie możemy się gorszyć, ale też nie możemy pozostać obojętni, głusi i niemi. My jesteśmy Kościołem – to nie wyraz buntu, chęci zawłaszczenia, ale troski. To zobowiązanie.

To prawda, że Bóg buduje na tym co słabe i głupie w oczach świata. Jednakże w fali krytyki, jaka dzisiaj dotyka kościoła, nie o to „głupstwo”, które czyni wszystko niczym ze względu na najwyższa wartość poznania Chrystusa chodzi, ale o zwyczajną głupotę i wiarołomstwo.

Owszem, wszyscy zapieramy się Chrystusa, wszyscy jesteśmy grzesznikami, ale czy od starszych i zwierzchników Kościoła nie możemy się spodziewać już niczego poza potwierdzeniem naszej ludzkiej słabości? Nie możemy stracić nadziei, nie możemy odebrać sobie marzenia o Kościele.

Czy ślepi prowadzą ślepych? (zob. Mt 14, 15)

Gdy uważnie czytamy ewangelie, zauważymy, że nie grzesznicy, ci którzy za takich byli uważani i sami się za takich uznawali, nie celnicy ani prości, niewykształceni religijnie ludzie, ale właśnie uczeni w Piśmie, faryzeusze i kapłani, dworzanie, to oni spotykali się z najsroższym potępieniem i „biada” ze strony Jezusa. Nie powinno to być dla nikogo z nas pocieszeniem, a raczej ostrzeżeniem. Każdy z nas może się spotkać z sądem, gdy Jezus zacznie pisać na ziemi nasze grzechy i to, co ukryte, stanie się jawne.

Nowość królestwa Bożego, jaką głosił i zainicjował Jezus, nie polegała i nie może polegać na tym, że jedni kapłani, ci Starego Przymierza zostali zastąpieni przez, kapłanów Nowego Przymierza i uczeni Prawa, wielcy moralizatorzy zostali zastąpieni przez znawców Ewangelii. Można natomiast odnieść wrażenie, że zmienia się tylko kadra, ale system i mentalność pozostają te same. Kapłaństwo nadal traktuje się jako władzę i panowanie nad innymi a Ewangelię zamienia się w moralizatorstwo i drabinę wiodąca do sukcesu w hierarchii kościelnej.

W kontekście przypadków pedofilii mam pretensję o to, że biskupi kryli takie przypadki. Nie mam pretensji o to, że biskup, który znalazł się na celowniku, wpadł w depresję i napisał oskarżycielski, kłamliwy list a potem się upił. Mam pretensję do biskupów, którzy z milczenia uczynili cnotę, mam pretensję do otoczenia, które kryło tego rodzaju zdarzenia. Nie mam pretensji o to, że temu czy innemu biskupowi lub proboszczowi Ewangelia nie przeszkadza, aby w czasie homilii wygadywać głupstwa, ale o to, że wierność korporacji stawia się wyżej niż Ewangelię. Nie mam pretensji o to, że biskupi nie chcą pełnić roli dziennikarzy komentując na gorąco każde głupstwo, nawet za powolność mechanizmów rządzących aparatem kościelnym, ale o to, że słowo „procedury” padało częściej niż „Ewangelia”.

Czy biskupi spełniają wobec siebie ewangeliczną posługę napominania siebie nawzajem, czy też napominanie zarezerwowane jest tylko wobec świeckich?

Potrzeba tylko jednego (Łk 10,42)

Chrystus nie był populistą ani demagogiem, nie obiecywał władzy, bogactwa i prestiżu, jednym słowem nie chodziło mu o popularność, zjednywanie sobie mas obietnicami, choć niektórzy z najbliższego Jego otoczenia, zdaje się, do ostatnich chwil tego się właśnie spodziewali (zob. Mk 10, 35n) i spodziewają nadal. O karierowiczostwie w strukturach kościoła wystarczająco dużo i dobitnie mówił papież Franciszek. Chrystus obiecywał krzyż (zob. Mk 10,38).

Jezus nie był dyplomatą i nie adresował swojego nauczania do polityków, nie uczył w dyplomacji, w zawieraniu kompromisów, sztuka ta w polityce ze wszech miar godna pochwały, w królestwie Bożym jest zdradą Ewangelii, gdyż chwała Boża może się objawić tylko tam, gdzie nasza mowa i postawa będzie „tak tak; nie nie” (Mt, 5,37). Źle się dzieje, gdy dyplomacja wygrywa z Ewangelią.

Jezus nie był sprawnym menadżerem, choć bankiet dla pięciu tysięcy głodnych i spragnionych był nie lada przedsięwzięciem i nadal wywołuje wrażenie. Ten cud się „udał” nie dzięki zaradności Jezusa. To był znak tego, co powinno dokonywać się nieustannie, tam, gdzie Bóg będzie bardziej słuchany niż ludzie. Jezus nie zabezpieczył też żadnego ze swoich naśladowców na czarną godzinę, choć oczekiwał całkowitego oddania.

Jezus był niezłym mówcą, ale i tak jego nauczanie nie było obliczone na to, aby za wszelką cenę przekonać do siebie wszystkich. Pośród słuchaczy znaleźli się tacy, którzy nie wiele zrozumieli (Łk 18, 34), nie chcieli zrozumieć (J 6,60) i najchętniej by się Go pozbyli (Łk 4,29).

Jezus był prostym nauczycielem, bywał w pałacach i domach ówczesnej elity, niektórzy mieli mu to za złe, ale sam nic nie posiadał i nie pragnął żadnego splendoru ani dla siebie, ani dla swoich bliskich. Dystansował się od tytułów i tego samego oczekiwał od swoich uczniów (Mt 23,8n). Jako nauczyciel przypominał o właściwym znaczeniu Prawa, ale też dystansował się od różnych, rzekomo utrwalonych, tradycji (zob. Mt 19,5n).

Nic nie wskazuje nawet na to, że Jezus był jakimś chodzącym ideałem, i nie o to chodzi, że nie stronił od grzeszników, cudzołożnic, przyjmował zaproszenia do domów bogaczy, a tam dobrze jadł i pił. Chodzi o to, że ewangelistom w ogóle nie przyszło do głowy, aby podjąć próbę ukazania Mistrza jako ludzki ideał według ideałów greckich. Za to nie omieszkali napomknąć, że odczuwał głód, zmęczenie, nie zachowywał stoickiego spokoju (zob. J,2,13n.), okazywał gniew i dezaprobatę w sposób emocjonalny i bez pardonu (zob. Łk 11,44;13,32), ale też bał się, a na krzyżu utracił poczucie bliskości Boga.

Nie oczekuję od biskupów i księży, aby posiadali zdolności pociągania tłumów, wykazywali się sztuką dyplomacji, byli sprawnym menadżerami lub uosabiali wielkość i majestat instytucji, na czele której stoją. Nie oczekuję, aby byli budowniczymi, oratorami lub doktorami nauk teologicznych. Nie oczekuję, że będą chodzącymi ideałami bez wad i namiętności.

Oczekuję tylko jednego, aby Pana Chrystusa mieli w sercach za Świętego (por. 1P 3,15). Wszystko uznali za stratę ze względu na najwyższą wartość poznania Chrystusa Jezusa (por. Flp 3,8). Kim był Jezus? Był człowiekiem całkowicie zorientowanym na sprawy Boga. Oczekuję tylko tego jednego.

Jak owce szukające pasterza

Jezus w swoim nauczaniu zapewnia nas, że jest dobrym pasterzem, że zna swoje owce, woła je po imieniu, szuka każdej jednej, co więcej oddaje za nie swoje życie.

Dzisiaj to nie pasterze szukają owiec, ale owce szukają pasterza. Gdy go nie znajdą w owczarni, zaczynają rozglądać się poza nią. Dziś gdy pasterze zajęci są sami sobą, owce niekoniecznie czekają potulnie i biernie.

Kredyt zaufania do księży, do biskupów spadł i spada nadal. Nie mamy poczucia, że Kościół już przeszedł przez ciemną dolinę i ma ją już tylko za sobą. Ogarnia nas raczej niepewność, nieufność, zażenowanie, dystans aż po lekceważącą ironię i bunt. Co nas jeszcze może zaskoczyć?

Gdy sięgnie się do dekretów nawet najbardziej starożytnych soborów i synodów, zdumiewać może fakt, że poza częścią doktrynalną wiele jest w nich miejsca na przepisy dyscyplinujące kler, tak kler, nie świeckich. Można odnieść wręcz wrażenie, że problemem Kościoła nie jest laikat, pomimo różnych ograniczeń i indolencji, ale właśnie kler. Może to ulegnie zmianie, gdy indolencja zamieni się aktywną krytyczną postawę, może w bunt.

Nakaz modlitwy, który zostawił nam Jezus: „proście Pana żniwa , żeby wyprawił robotników na swoje żniwo” (Łk 10, 2) jest wciąż aktualny. Pośród księży wciąż szukamy pasterzy.

Oślica Balaama

Zastanawiającym jest, że Kościół mający w ręku Ewangelię, wpatrzony w Drogę, Prawdę i Życie musi być (na szczęście jest) pouczany i dyscyplinowany przez media? Zdaje się, że to one dzisiaj spełniają rolę Michała Archanioła, pogromcy złego ducha walcząc przeciw różnorakim  niegodziwościom. To one również pełnią dziś rolę „widzących” – proroków. Nie tylko widzą, ale też są wyrzutem, głosem pokrzywdzonych, słabszych.

Dlaczego Kościół mając te wszystkie „narzędzia”, nie jest „primerear” (EG 24), to neologizm, którego użył Franciszek, aby wyrazić swoje nadzieje wobec Kościoła, aby ten odzyskał swoją twórczą witalność. Dlaczego Kościół nie podejmuje inicjatywy, nie zapoczątkowuje oczekiwanych przemian, nie staje się orędownikiem koniecznych inicjatyw, nie tylko wewnątrz swoich struktur, ale i w świecie? Dlaczego nie jest na pierwszej linii, nie wyznacza kierunków (przynajmniej nie widać tego, lub zmiany dokonują się zbyt wolno, niezauważalnie). Wręcz przeciwnie sam w swojej bezwolności jest strofowany, popychany, instruowany, na nim wymusza się decyzje, które ślamazarnie nabierają tempa. Dziś głos Balaama i jego oślicy jest bardziej słyszalny niż głos „proroków Izraela”. Franciszek wydaje się osamotniony.

To moja skarga i „modlitwa” tylko o jedno.

 

  1. W ostatnich dniach doszło do kilku istotnych zmian – bp. Edward Janiak został odsunięty od kierowania diecezją. Biskup Mirosław Milewski przepraszał za milczenie biskupów. To mało, aby mówić o przełomie. Tym bardziej, że kolejne ciemne chmury wciąż się pojawiają.

 

 

Michał Rychert jest teologiem, członkiem Stowarzyszenia Teologów Fundamentalnych w Polsce, autorem wielu publikacji

comments

Leave a Comment