Europejskie Banały. Przed wstąpieniem Polski do Unii Europejskiej (2003)

W moralnym bilansie noworocznym, inaczej mówiąc, w rachunku sumienia, martwi mnie trochę pewna nieprzyjemna pozycja: nie mogę ani rusz uwierzyć w dobrą wolę tych działaczy, którzy sprzeciwiają się  wejściu Polski do Unii Europejskiej. Osoby, które nie działają publicznie, można od biedy usprawiedliwić brakiem poinformowania, czyli nieprzezwyciężoną ignorancją. W wypadku osób publicznych usprawiedliwienie to traci sens.

Klasycznym przykładem ignorancji jest wyrażana uporczywie i wbrew faktom obawa, że – westępując do Unii – “utracimy tożsamość kultury narodowej” i “rozpłyniemy się w wielkim bloku jakiegoś hiperpaństwa”. Warto zająć się tą obawą, żeby w dalszym ciągu naszych rozważań nie tarasowała nam myślenia. Mam nadzieję, żę tożsamość to nie jest parasol, który można zgubić w pociągu. NIe utraciliśmy jej, a nawet się wzmocniła, kiedy najwyższe wartości naszej kultury nie mogły kwitnąć w Warszawie, krakowie czy Poznaniu, ale w Paryżu, nad Lemanem albo w Moniachium. Człowiek z charakterem, kiedy przychodzi mu współdziałać z innymi, poglądy swoje z pewnością poszerza i zarazem charakter umacnia, znacznie bardziej, niz gdyby się od kontaktów i konfrontacji lękliwie izolował. Podobnie rzecz się ma z tożsamością społeczną, w szczególności narodową, jeśli mimo wszystko nie zwątpimy w jej istnienie. A zwątpią można oczywiście nie dlatego, że każdy naród jest mieszanką etniczną, ale dlatego, że tak trudno znaleźć wspólny mianownik dla najwyższych wzlotów poezji czy muzyki i dla plugawej wulgarności

 

Wielość i jedność europejskiej tradycji

Który kraj, juz należący do wspólnoty, stracił wskutek tego związku swoją tożsamość? Jest akurat odwrotnie Odzyskanej lub świeżo uzyskanej przez wiele społeczeństw niezawisłości i jednoczesnym międzynarodowym zbliżeniom i dobrowolnym wzajemnym ustępstwom towarzyszy wyraźna ochota poznania, lecz i zamanifestowania odrębności już nie tylko narodowych, ale i regionalnych, przez wydawnictwa, filmym, wystawy, festiwale i wszelkie inne konfrontacje kultur i obyczajów loaknych (także na przykład gastronomicznych) – konfrontacje z tym, co dla tradycji eurppejskich wspólne. Jak tym, co wspólne, i tym, co odrębne, to kwestia przyszłych, zapewne ewolucyhnych, ustaleń i głębszych, bardziej wnikliwych pojmowań (zwłaszcza praw człowieka, ale też takich bezcennych europejskich zalet, jak ironiczne spojrzenie na samych siebie, na rozległym obszarze od Cervantesa do Gogola).

Obecnie upodobnienia prawne okaały się potrzebne w niektórych – tylko niektórych – kwestiach gospodarczych, ale opowiadanie o tym, że Unia może nam narzucić jakieś ustawy, na przykład dotyczące przerywania ciąży albo eutanazji, to po prostu brednia. Dodatkowe klauzule zabezpieczające nasze ujęcie prawa do życia (na wzór takich klauzul irlandzikich), na pewno są pożyteczne dla większej jasności, ale de facto niczego nie zmieniają. Nikt na nasze prawo nie nastaje, z wyjątkiem nas samych, i to co najmniej dwojako: po pierwsze – w postaci niewczesnych i złośliwych inicjatyw legislacyjnych, po drugie – w postaci praktyki życiowej, przerażająco nieraz odległej od zasad i norm prawa. 

 

W prowadzeniu granicy między tym, co wspólne, i tym, co odrębne, z pewnością lepiej mieć udział, niż stać z boku, rezygnować z ujawmnienia i ewentualnej skuteczności własnego zdania i wyobrażać sobie absurdalnie, że możemy się w naszej pozycji geograficznej, ekonomicznej i politycznej od otoczenia izolować albo zgoła od niego oderwać, że możemy być drugą Szwajcarią albo drugą Kanadą czy Meksykiem. Nie. Jesteśmy Poslką i nie wolno nam rezygnować ani z własnych dobrych (bo są też złe!) tradycji, ani z ich wpływu na przyszły kształt Europy. Mamy świetny dorobek ekumeniczny (Włodkowic!) i federacyjny, nasza  odrębnośc to nie raz w ciągu dziejów ulubiony przez Kisiela pomost obrotowy między cywilizacjami Wschodu i Zachodu, ale za mało o otym wiemy, a także za słabo, o wiele za słabo, pamiętamy, że wszsytkich obszarów kultury – a więc kultury nie tylko artystycznej, ale też obyczajowej, naukowej, gospodarczej czy politycznej – dotyczą mądre słowa Jana Pawła II: “tylko tworząc kulturę, można ją zachować”. I ciągle niechętnie przyjmujemy do wiadomości, że tworzenie kultury to praca, nieraz twarda, że stać w miejscu się nie da, że pieczone gołąbki do gęb choćby najłapczywiej rozdziawionych na ogół same nie wpadają.

Obszar ponad różnicami

Czas juz wrócic do tej przykrej nieufności wobec przeciwników Unii Europejskiej. Wszystko, co tu powiedziano, wydaje się banalnie oczywiste. Ale siła banału polega właśnie na jego oczywistości, więc pozostańmy mu wierni.

Mimo najlepszych checi trudno uwierzyć, żeby tej oczywistości nie dostrzegali przeciwnicy Unii. I trudno zrozumieć, dlaczego dobitnie nie określają jedynej realnej alternatywy. TO znaczy Rosji. Jak wiadomo, już Norwid narzekał, że Polacy nie umeiją pięknie się różnić. Później stawiano nam nieraz przed oczy idylliczny obrazek parlamentarzystów brytyjskich, którzy po gwałtownym sporze, tempreowanym jednak tradycyjniymi zwrotami w rodzaju “Mój  czcigodny preopinant”, szli razem na piwo, nie tracąc wzajemnego szacunku. Winiety ukazujące przeciwników politycznych wędrujących ramie w ramię na piwo bywają błahą ilustracją nie tylko kultury parlamentarnej, ale też ważnej kwestii politycznej, zwącej się w rozmaitych mutacjach – zależnie od miejsca i czasu – polityką bilateralną albo kohabitacją czy jeszcze inaczej. Krótko mówiąc, chodzi o to, że spory między aktualnie rządzącymi a opozycją mają swoje granice, że istnieją obszary działań wspólnych, wyznaczone przez wspólne dobro.  

Jakże byłoby pięknie, gdyby się dało przekonać różnych przeciwników Uniii,ze takim obszarem jest właśnie Unia! Naturalnie nie jest rajem i raju nie gwarantuje, ale argumenty na jej korzyść wydają się tak proste i jasne, tym bardziej że wsparte doświadczeniem i mądrością tylu osób, zwłaszcza Jana Pawła II, iż w lekceważeniu tych argumentów doprawdy trudno dopatrzyć sie sensu.

 

Warunkiem zachowania wzajemnego szacunku przez owych metaforycznych piwoszy jest możliwie wysoka ich niezależność od niejawnych względów ubocznych. U nas nie ma mowy o takiej niezależności, i to przyjamniej z dwóch powodów. 

 

Powód pierwszy to dziwaczny status realny polskich partii politycznych: sa ni to korporacjami, ni to związkami zawodowymi; w każdym razie ich działania odbiegają daleko od konstrytucyjnego określenia celu partii – “wpływania metodami demokratycznymi na kształtowania polityki państwa”. Tymczasem nsze partie chcą coraz częściej wpływać metodami niekoniecznie demokratycznymi na interesy tej grupy, z której wywodzą się ich członkowie, ale do polityki państwa, to znaczy do dobra wspólnego, wzrok ich na ogół nie sięga. 

Drugi powód, paraliżujący niezależnoś naszych niepięknie rózniących się przedstawicieli zakorzenionych jest glęboko w minionym czasie. W latach rozbiorów i okupacji, spoza wielu opinii i postaw, wyłania się cień zaborcy, toteż róznice polityczne, niekiedy zresztą słusznie, zwłaszcza jeśli w ge wchodzły pieniądze, oceniane bywały ryczałtem w kategoriach zaprzaństwa lub zdrady. Moze dalekim echem tej smutnej tradycji jest dzisiejsza niechąć do wyraźnego określania alternatyw?

Jedyną realną alteranatywą dla Polski wobec Unii Europejskiej – powtarzam – wydaje się Rosja. I sądzę, że gdyby debata całkiem otwarcie określiła ten temat, łatweij byłoby uwierzyć w dobrą wolę przeciwników Unii. Jaki byłby wówczas wspólny teren jej zwolenników i adwersarzy? Na pewno przekonanie, że nasze stosunki z Rosją, a także Ukrainą i Białorusią to kwestia doniosła i że powinniśmy podjąć wiele starań, by te stosuki układały się jak najlepiej.

 

Chyba też nie tylko po stronie zwolenników Unii istniałaby pewność, ze niezbędnym waruniem owych dobrych stosunków jest suwerenność partnerów, że – jednym słowem – wszelkie wspomnienia imperialne, panslawistyczne czy streficzne (w sensie strefy wpływów) trzeba odłożyć do archiwów historii. Ale tu pojawiają się trudności: bo nawet nie cofając się w mroczną i tragiczną głębię dziejową, mamy dziś do czynienia z olbrzymim państwem, niemającym żadnej przeciwwagi na kontynencie eurazjatyckim, z państwem uwikłanym we wstrętną wojnę, politycznie dość tajemniczym, a gospodarczo – mówiąc łagodnie – chaotycznym, którego przywódca [Władimir Putin] długo służył w instytucji, mimo zmian nazwy tak wroźniętej w ową mroczną przeszłość dziejową, jak KGB. Pomińmy tu kluczową przecież kwestię odmiennych dróg ewolucji Niemiec i Rosji od czasów hitleryzmu i stalinizmu. Podkreślmy tylko, że na terytorium eurazjatyckim ogromna, dwukontynentalna Rosja jest państwem w swojej skali jedynym, z konieczności zatem wiodącym, podczas kiedy na Zachodzie mamy konstaelację państw – nie trzeba tego chyba uświadamiać po ostatnich wydarzeniach, kiedy z zapartym tchem oczekiwaliśmy decyzji [w sprawie rozszerzenia Unii Europejskiej o nowych członków, w tym o Polskę] Dani i Irlandii. Wszystko to utrudnia oczywiście zwolennikom orientacji rosyjskiej jej apologię, ale zapewne jej nie uniemożliwia: może chaos jest wstępem do otwarcia się pola działania także dla przybyszów, pola bogatego zwłaszcza w bezmierne zasoby surowcowe? A dla neiktórych (ale jak wielu?) lepszy ów przedustawny chaos, niż zgniły, niemoralny ład europejski, oparty na konstelacji wielu, nieraz spierających się państw oraz na sile odległych Stanów Zjednoczonych.

 

Zwolennicy wstąpienia do Unii Europejskiej uważają ten pluralizm za wartość podstawową, przeciwnicy się nań zapewne otrząsają. Tu opuszczamy rozumowanie racjonalne (też zapewne zgniłe, zdaniem owych przeciwników) i wchodzimy w strefę pożądań i repulsji (termin profesora Petrażyckiego!). Co robić – jedni wolą Kopenhagę, Sienę czy Dijon, inni Petersburg, Saratow czy Władywostok i rozległość przestrzeni między nimi. Miłe byłoby poczucie, że wszystkie te miasta należą do jakiejś wysoce różnorodnej wspólnoty. Ale do takiego poczucia daleka jeszcze droga.

 

Pierwodruk: Europejskie banały, Rzeczpospolita 2003. 10 marca. 

Jacek Woźniakowski, Pisma wybrane, Tom 3. s. 309-314

Share on facebook
Facebook
Share on google
Google+
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on pinterest
Pinterest

Dodaj komentarz