Posted on: 25 kwietnia 2020 Posted by: Kazimierz Urbańczyk Comments: 0

W ostatni czwartek Paweł Stachowiak, w ramach „Tygodnikowych dobranocek”  mówił o prof. Jacku Woźniakowskim z okazji 100 rocznicy jego urodzin.

To co piszę, nie ma być polemiką z Pawłem Stachowiakiem. Raczej są to fale moich wspomnień, obudzone dobranocką Stachowiaka.

Poruszył wątek jego tekstów poświęconych ochronie Tatr, ochronie przyrody. Mówił, że dawniej kwestie ekologiczne nie były priorytetowe, że Jacek Woźniakowski rozpatrywał ekologię nie tylko w aspekcie estetycznym, ale przede wszystkim w aspekcie etycznym. Że działalność przeciwko przyrodzie uważał za grzech ekologiczny. Że teksty Woźniakowskiego miały charakter profetyczny, prezentowały przed 50, czy 40 laty te same idee, które dziś głosi papież Franciszek.

Teksty Jacka Woźniakowskiego z pewnością w swoim czasie czytałem, bo poruszały problemy, z którymi miałem do czynienia, ale dziś nic z nich nie pamiętam.

Ochrona przyrody ma rodowód przedwojenny. O Tatry walczył prof. Szafer, pisała o niej Zofia Radwańska-Paryska i inni. Termin „ekologia” był mi znany jeszcze z lat szkolnych, tyle że oznaczał naukę o biocenozach, ekosystemach. Dopiero po roku 1969 i Raporcie U Thanta zaczęto rozciągać ten termin na zagadnienia ochrony środowiska.

Z opowieści mojego ojca odnosiłem wrażenie, że ludność wiejska, chłopi, mieli tradycyjnie szacunek do przyrody. Szanowali drzewa i krzewy, co wyrosły im na miedzy. Należy pozwolić rosnąć temu, co Bóg posiał. Nawet gdy drzewo zacieniało kawałek roli i nic pod nim nie rosło. Dopiero pokolenie moich rówieśników, dorastających po wojnie, które się nasłuchało opowieści o ujarzmianiu przyrody, miało inną postawę, wycinając wszystkie polne grusze, olchy nad strumieniem, dzikie bzy i tarniny.

W latach 60. przechodziłem kurs przewodnicki oraz kurs strażników ochrony przyrody. Spotkałem się wtedy ze skrajnym podejściem do ochrony przyrody, z którym niezupełnie się zgadzałem. Spędzając lato w towarzystwie górali przejmowałem w jakimś stopniu ich postawę wobec Tatr. Tatry traktowaliśmy bardziej jako ośrodek kultury pasterskiej niż jako wartość przyrodniczą. Za mego dzieciństwa turystów w Tatrach nie było wielu, dominowali bacowie. Szlaki znakowane były raczej wskazówką, którędy dojść, by nie błądzić. Ścieżki pasterskie były niemal wszędzie. Chodziliśmy nimi częściej, niż szlakami znakowanymi. Zbieraliśmy w Tatrach rydze, raz nawet piekliśmy je na ognisku rozpalonym na skraju Wantul! Wtedy zresztą owce jeszcze się pasły w Miętusiej na Wyżniej Równi.

Jeśli idzie o przyrodę, nie podzielałem dążeń, by z całych Tatr zrobić coś w rodzaju ścisłego rezerwatu. Przyroda tatrzańska przez wieki kształtowała się z udziałem człowieka. Usunięcie czynnika ludzkiego odbije się na przyrodzie.

Za mojego dzieciństwa, Podtatrze porastały w sierpniu mieczyki. Zwłaszcza masowo pojawiały się w owsie. Mówiło się o biocenozie mietlicowo-mieczykowej. A dziś mieczyków na Podhalu na lekarstwo, bo nie ma zagonów owsa,  zaniechano orki. Krokusy podobno też rosną na wypasanych lub koszonych łąkach. Z drugiej strony, po ustaniu wypasu, roślinność stała się bujniejsza, opanowała trwale wiele piargów i usypisk. Pamiętam Kamienne Zadnie z okresu 1950-70 i sprzed 20 lat, gdy ostatni raz byłem w Jaskini Lodowej – prawie nie mogłem trafić, bo nie poznawałem miejsc.

Zmieniły się Tatry, zmieniło się Podtatrze. Dawniej nie było tylu chałup, pełno było młak, bagienek, wysięków. Dziś wszędzie sucho, w potokach prawie nie ma wody. Zabudowano łąki, pobudowano domy, pensjonaty, zaś wodociągi i studnie, których przybyło, skutecznie ściągają wodę. Gdy Woźniakowski pisał pierwsze teksty powojenne, Tatry były strefą nadgraniczną. Turyści musieli odstać na WOPie długą kolejkę po przepustkę, by wejść w Tatry. Bez przepustki mogli chodzić akurat Drogą Pod Reglami. Dziś tłumy gości zadeptują Tatry, padają projekty, by ograniczyć liczbę sprzedawanych biletów wstępu do TPN.

Ekonomia, etyka, ekologia – istny trójkąt bermudzki.

Kazek Urbańczyk

comments

Leave a Comment