Jako chrześcijanie wyznajemy w Credo „wierzę w święty Kościół”, ale doświadczamy nie tylko jego świętości, ale również grzeszności. O grzechu nie wspominamy w wyznaniu wiary, gdyż w zło i szatana nie wierzymy, nie są to kwestie wiary, ale doświadczenia i wiedzy. Dlatego zła i szatana się wyrzekamy.

Gdy przytłacza nas nie tylko własny grzech, ale również grzechy Kościoła, zwłaszcza tych, którzy są powołani, aby przewodzić, napominać, pouczać, głoś naukę, w razie potrzeby wykazać błąd i podnosić na duchu (por. 2 Tm 4,2), lub gdy ci przewodnicy dopuszczają się słów i gestów, które ośmieszają wiarę katolicką, gdy stawiamy sobie pytanie: „czy polski katolik ma się schować ze wstydu pod stół” (S. Hołownia, TP 38/2019), wówczas pojawia się dobra okazja, aby zadać sobie pytanie,  dlaczego ja sam jestem jeszcze w Kościele.

Kościół jest wspólnotą grzeszników i dlatego w nim jestem, bo sam jestem grzesznikiem. Źle bym się czuł pośród sprawiedliwych, tych, którzy uważają, że nie mają grzechu, nie potrzebują przebaczenia manifestując swoje przekonanie o wyższości. Są ludzie wyniośli, aroganccy, pyszni. Kto czułby się dobrze w ich towarzystwie? Tylko wobec tej grupy osób, tylko wobec tych, którzy samych siebie uważali za sprawiedliwych, Jezus rzucał swoje bezlitosne „biada”. Wolę być pośród tych, dla których Jezus miał współczucie.

Kościół jest wspólnotą pojednanych z Bogiem grzeszników. Kard. Józef Ratzinger wyjaśniał w jednej ze swoich wystąpień dlaczego właśnie na Piotrze Jezus zbudował swój Kościół — dlatego, że mu przebaczono. Stąd cały Kościół jest wspólnotą tych którym przebaczono, i dlatego w nim jestem.

Jestem w nim ponieważ Kościół jest grzeszny. Kościół jako jedyna społeczność, spośród tych, które znam, potrafi o tym mówić, wręcz demonstruje to. Każde oficjalne spotkanie Kościoła, a więc liturgia, zaczyna się od słów „spowiadam się … bo bardzo zgrzeszyłem myślą, mową i uczynkiem, moja wina, moja wina …”. Mszalne wyznanie grzechów stało się moją ulubioną modlitwą, a zwłaszcza słowa: „Przeto błagam … was bracia i siostry… Wówczas rozglądam się wkoło, aby zobaczyć tych, których właśnie błagam, aby zakończyć słowami: …o modlitwę za mnie do Pana Boga naszego”. Gdy mówię te słowa, to wiem, że jestem w domu.

Kościół jest grzeszny, i może jako jedyny ma świadomość zła grzechu, widzi je w całej pełni ze wszystkimi odniesieniami, konsekwencjami i skutkami. Kościół nie rozgrzesza zbyt łatwo, nie usprawiedliwia mówiąc: a może miałeś trudne dzieciństwo, a może ojciec alkoholik, itp. Kościół zło grzechu traktuje śmiertelnie poważnie, w dosłownym tego słowa znaczeniu, na to przecież wskazuje Krzyż. Ten realizm zła jest przejawem realizmu. Dlatego jestem w Kościele, bo ten uczy mnie twardo stąpać po ziemi, nie mami ideologiami, diabłem, ale mówi mi wprost kim naprawdę jestem i prowadzi mnie abym wyznał „moja wina”.

Jestem w Kościele pomimo jego grzeszności. Tylko Kościół Chrystusowy daje mi nadzieję, że grzech nie jest ostatecznym argumentem w ocenie mojego życia. Nadzieja zbawienia mimo grzechu trzyma mnie w Kościele.
Dlaczego stawiam to pytanie o moje bycie w Kościele i dlaczego w odpowiedzi zwracam uwagę tylko na ten jeden aspekt rzeczywistości Kościoła jakim jest grzech? Grzech może być czymś, co nas zniechęca, wręcz wyrzuca z Kościoła, ale i argumentem, aby w nim pozostać i trwać.

Nie możemy udawać, że Kościół jest wolny od grzechu, nie możemy pozwolić, na to, aby popadł w samoświadomość sprawiedliwego, wolnego od grzechu, mogącego innych (będących poza) pouczać, i oskarżać, raczej powinien bić się we własne piersi. Nie możemy pozwolić na to, aby zło było bagatelizowane, „zamiatane pod dywan”. Musimy mówić o grzechu, musimy rozdrapywać rany, aby nie zabliźniły się błoną podłości (Stefan Żeromski), dlatego warto o tym rozmawiać.

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.