Wybory gen. Zbigniewa Ścibor-Rylskiego. Z dedykacją dla dzisiejszych Katonów

Od kilku dni myślę o zmarłym gen. Zbigniewie Ścibor-Rylskim. Cóż, dziś wszyscy o nim piszą, nie szczędzą słów podziwu, „bohater”, to słowo powtarza się najczęściej. Wyliczane są jego wojenne dokonania: od września 1939, który skończył się dla niego 6 października pod Kockiem, najpóźniej jak można, aż po powstanie warszawskie, podczas którego był wszędzie tam gdzie było najtrudniej: na Woli, Starym Mieście, Czerniakowie, w kanałach i na barykadach… Chyba ostatni, który to wszystko na własne oczy widział i czego doświadczył. Ostatni oficer II Rzeczpospolitej, mianowany na pierwszy stopień oficerski 4 września 1939 r.

Jakże często musimy wspominając Generała wypowiadać słowo „ostatni”. Na naszych oczach dobiega końca wiek XX z wszystkimi jego dramatami. Nie ma już nikogo, kto walczył na frontach I wojny, odeszli wszyscy powstańcy wielkopolscy i śląscy, nikt nie jest już w stanie podzielić się z nami wspomnieniem bitwy warszawskiej… On sam był jednym z ostatnich przedstawicieli „pokolenia Kolumbów”, a nie było chyba w naszej historii generacji która stanęłaby przed trudniejszym wyzwaniem, i która by tak wspaniale temu wyzwaniu sprostała. Krzysztof Kamil Baczyński, Tadeusz Gajcy, młodzi bohaterowie „Kamieni na szaniec”, wychowani już w wolnej Polsce, ukształtowani w kulcie niepodległości, inspirowani romantyczną ideą honoru i poświęcenia dla dobra wspólnego, musieli zdawać niezwykle trudny egzamin w czasie wojny i być może jeszcze trudniejszy po jej zakończeniu. Przez to, że od nas odchodzą trudniej dziś utrzymać żywą pamięć o tamtych dniach, łatwiej za to o rozmaite uproszczenia, bo nie ma komu powiedzieć: „nie tak było, widziałem”. Niedługo ten proces, zamykania II wojny w pomnikach, muzeach, rekonstrukcjach i akademiach ku czci dobiegnie końca. Nie będzie kogo zapytać, jak było, za to łatwiej będzie nami manipulować.

Właśnie dlatego chcę dziś napisać o tym etapie biografii Generała, którym najłatwiej manipulować, najłatwiej zafałszowywać, zarówno przez przesadne eksponowanie, jak również przez przemilczanie. Biografia Ścibor-Rylskiego po 1945 r. to zaprzeczenie postawy „wyklętych”. Nie poszedł do lasu, nie siedział w ubeckim więzieniu, nie zginął bohatersko w walce, nie zakatowano go na Rakowieckiej, jego kości nie bieleją na „Łączce”… Pracował w Biurze Samochodów Remontowanych „Motozbyt”. Był kierowcą w Poznańskim Przedsiębiorstwie Transportowym. W 1956 został inspektorem technicznym w Zjednoczonych Zakładach Gospodarczych INCO-Veritas – przedsiębiorstwie wchodzącym w skład koncernu stworzonego przez Stowarzyszenie Katolików Świeckich „Pax”, ochoczo flirtującym z najgorszymi komunistycznymi skamielinami w stylu Mieczysława Moczara. Mało tego, był zarejestrowanym współpracownikiem SB o pseudonimie „Zdzisławski”, co sam potwierdził.

Używając ulubionego bon motu naszego obecnego prezydenta, chciało by się zapytać: „bohater, czy zdrajca?”, bo przecież niektórym wydaje się, że tertium non datur. Tymczasem wybory Ścibor-Rylskiego pokazują, że tak modne dziś, manichejskie spojrzenie na przeszłość jest w najlepszym wypadku dowodem niewiedzy, a w gorszym manipulacją. Generał nie był „wyklętym”, mało tego, jak wielu bohaterów Polski podziemnej uważał zbrojną formę walki z nowym systemem za pozbawioną sensu. Przyjrzyjmy się choćby dowódcy Ścibora z czasu Powstania – Janowi Mazurkiewiczowi ps. Radosław. Już w 1945 r. zaangażował się w nakłanianie ukrywających się akowców do ujawnienia, współpracował przy tym z władzami Polski ludowej, niektórzy dawni towarzysze broni uznali go za zdrajcę. Nie uniknął aresztowania, skazany na dożywocie wyszedł dopiero w 1956. Później również nie stronił od zaangażowań, które wielu oceniało jako trącące kolaboracją, w latach 80-ych dał się nawet wciągnąć do PRON-u. Ścibor-Rylski był „Radosławowi” bliski, cieszył się jego bezgranicznym zaufaniem, musieli myśleć podobnie. Centralnym punktem ich powojennej kalkulacji było, jak się zdaje uznanie, iż wobec prawdopodobnej trwałości nowego systemu trzeba weń wejść, czuwając nad tym co najważniejsze – ludźmi i ich pamięcią. Mazurkiewicz chronił groby powstańcze, opiekował się jego uczestnikami, propagował ideę zbudowania pomnika powstańców. To samo czynił Ścibor-Rylski, tę jego wielką pracę aby Polska podziemna i jej ideały nie zniknęły z pamięci młodych ludzi wszyscy znamy. To najprawdopodobniej „Radosław” poprosił swego dawnego podkomendnego aby wszedł we współpracę z organami bezpieczeństwa i pozyskiwał w ten sposób informacje mogące ratować zagrożonych aresztowaniem.

Nie bez powodu napisałem, że czas powojenny bywał trudniejszy niż heroiczne dni wojny i okupacji. Co jest większym dobrem: polec w chwale, czy przeżyć i móc działać za cenę kompromisów? To jest pytanie, które brzmi nieco banalnie, ale przecież w tamtych czasach wcale banalnym nie było. Czy zachować moralną czystość, która zazwyczaj strącała w niebyt śmierci i zapomnienia, czy zachować możliwość dokonywania wielu aktów dobra, ale brudząc swoje sumienie? Nie wątpię, że to pytanie zadawał sobie prymas Wyszyński, gdy w 1950 r. podpisywał akt porozumienia z państwem zawierający wstrząsające słowa o „bandach podziemia”. Jestem pewien, że pytanie to dręczyło Jerzego Turowicza, Stanisława Stommę i innych ludzi z kręgu „Tygodnika Powszechnego” gdy zastanawiali się kiedy dojdą do rubikonu, którego nie godzi się przekroczyć. Wiem, że myślał o tym mój Dziadek, przedwojenny strażnik graniczny, człowiek, dla którego państwo było wielką wartością, gdy w 1945 r. wezwano go do służby w milicji. Odpowiedź nie była prosta i żaden z dokonanych ówcześnie wyborów nie może dziś uchodzić za jednoznacznie słuszny. To dopiero dziś, gdy już odeszli niemal wszyscy świadkowie tamtej rzeczywistości, pojawia się skłonność do moralnego rygoryzmu i jednoznacznych ocen. Iluż dziś Katonów, którzy chcieliby unieważnić czyny wszystkich tych, którzy wybrali drogę nie pasującą do prymitywnie jednoznacznej wizji historii. Co ciekawe ów moralny rygoryzm dotyczy zwłaszcza tych, którzy dziś nie są po „naszej” stronie, którzy „stoją tam gdzie stało ZOMO”, inni, ci co rozbili namiot we „właściwym” obozie zasługują na wszelkie akty miłosierdzia i zrozumienia. Hipokryzja ubrana w katońską formę!

Ta scena z „Popiołu i diamentu” Andrzeja Wajdy, ta z kontuarem i zniczami – kieliszkami z wódką. „Pamiętasz? […] Haneczka, Wilga, Kossobudzki, Rudy, Kajtek… My żyjemy” i histeryczny śmiech Zbigniewa Cybulskiego. W tym jest wszystko, poczucie winy wobec tych co zginęli, poczucie braku sensu i wartości dalszego życia, ale i wielkie pragnienie, aby jednak żyć. Czy ci młodzi ludzie, którzy wykazali się najwyższą ofiarnością i przeżyli nie mieli prawa do poszukania sobie szczęścia w nowej, dalekiej od ich wyobrażeń Polsce? Ścibor-Rylski nie poszedł do lasu, założył rodzinę, pracował, wyjeżdżał za granicą, pewnie bywał po ludzku szczęśliwy… Czy taki wybór unieważnia jego wcześniejszy heroizm? Wybrał drogę „kustosza pamięci” temu się poświęcił. Kto potrafi udowodnić, że ten wybór był moralnie i historycznie mniej wartościowy niż tych, którzy poszli „wilczym tropem”? Śp. gen Zbigniew Ścibor-Rylski pokazał, że wybory inne aniżeli te, które kanonizuje dzisiejsza polityka historyczna (w tym wypadku z naciskiem na słowo „polityka”) mogły owocować życiem godnym i spełnionym.

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.