Szlachetna utopia? Kilka myśli po tekście o. Ludwika Wiśniewskiego

Czytam tekst o. Ludwika Wiśniewskiego, „Ostrzegam” (Tygodnik Powszechny, nr 5/2019) i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jest on przejawem szlachetnego, ale niezbyt realistycznego optymizmu. „Przyszedł czas, żeby postawić kropkę w tym polsko-polskim nienawistnym sporze. Zacznijmy nowy rozdział! Przestańmy się oskarżać o zbrodnie, zdrady i niszczenie kraju! To rok wyborczy, kiedy najłatwiej puszczają hamulce – jeśli się nie opamiętamy, pozjadamy się wzajemnie” – pisze o Ludwik. „Jeżeli Polaków, którzy staną się wrażliwi na język debaty politycznej, będzie dużo i będą reagować na nienawistną mowę, politycy będą musieli się z nimi zacząć liczyć” – taką ma nadzieję. Marzy o „powołaniu nieformalnego gremium autorytetów, które przed wyborami i w ich trakcie z uwagą wsłuchiwałoby się w debatę publiczną, rozstrzygałoby, co jest mową pogardy, i piętnowałoby ją ku zawstydzeniu ludzi, którzy chcą się nią posługiwać. Do tego grona mogliby należeć ludzie o nieposzlakowanych życiorysach, reprezentujący różne strony naszej, tak zróżnicowanej, ojczyzny”.

Jak dobrze mieć wciąż między nami takich ludzi jak o. Ludwik, potrafiących nazwać rzeczy po imieniu. To oni pozwalają nam odnaleźć fundament oparty na skale, wyzbyty poczucia względności. Jednak czy takie czyste i jednoznaczne opinie są zawsze i w każdych okolicznościach pomocne dla zrozumienia i oceny świata, w którym żyjemy? Rzeczywistość Polski jest skrajnie spolaryzowana, mamy „dwie Polski”, które nie spotykają się na żadnym polu, wykluczające się wizje kraju, różne hierarchie wartości, inne formy pamięci, różnych bohaterów i różne autorytety, słuchamy różnych mediów i nie kontaktujemy się z Innymi w żadnych niemal sferach. Jak w takiej sytuacji powołać owo „nieformalne gremium autorytetów”, które miałoby „rozstrzygać, co jest mową pogardy, i piętnowałoby ją ku zawstydzeniu ludzi, którzy chcą się nią posługiwać”? Przecież dziś takich autorytetów nie ma! Dziś nie jest istotne co, ale kto piętnuje i od tego zależy czy piętnowany poczuje się zawstydzony, czy raczej uhonorowany.

Ojciec Wiśniewski jest człowiekiem szlachetnym i prawym, kierującym się imperatywem dobra wspólnego, bolejącym nad przypadłościami „czasu marnego”, którego dziś doświadczamy. Gorąco i emocjonalnie pragnie abyśmy „byli jedno”. Cóż jednak dają nam dziś, tu i teraz jego słowa? Wiemy, że powinno być tak, jak on pragnie, że „jeśli się nie opamiętamy, pozjadamy się wzajemnie”. Święte słowa, jednak jak przekonać do nich tych z drugiej strony? A może także tych z naszej, którzy wciąż nie wiedzą czy w ogóle jest sens z „tamtymi” rozmawiać ? Wszak „oni” niczego przecież nie rozumieją. Może lepiej pozostać w zamkniętym i bezpiecznym świecie podobnie myślących, dziwiąc się jak można czuć i myśleć inaczej? Zastanawiam się, czy jest możliwe wyciągnięcie ręki ku „tamtym”, jeśli będziemy przekonani, że racja jest wyłącznie po naszej stronie? Pamiętam wciąż śp. Unię Wolności i jej tożsamość opartą na pewności, że jest partią „ludzi dobrych i mądrych”, że trzeba tylko poczekać, a wszyscy zrozumieją gdzie jest słuszność i prawda. I mało komu z okolic Nowego Świata i Krakowskiego Przedmieścia przychodziło do głowy, że jest inna perspektywa, inny świat. Może wcale nie gorszy i nie głupszy?!

Słuchałem niedawno rozmowy z prof. Karolem Modzelewskim w radiu TOK FM. Otóż wspominając o swoich kontaktach z ludźmi działającymi w małych miasteczkach i wsiach nazwał ich „szaraczkową inteligencją”. W swoim mniemaniu nie chciał tych prowincjonalnych nauczycieli, działaczy na polu kultury, autorów lokalnych mediów obrazić, ale przecież ich spostponował. Karol Modzelewski jest ostatnią osobą, którą posądziłbym o brak społecznej wrażliwości. Czy jednak jego słowa nie zdradzają tej przypadłości naszych sierot po „partii ludzi dobrych i mądrych”, która każe im postrzegać siebie jako oświecicieli niewiele rozumiejących szaraczków?

Druga obserwacja pochodzi z niedawnej uroczystości wręczenia nagrody Turowicza. Tłum ludzi, mądrych, rozumnych, tolerancyjnych, otwartych, wszystko co najlepsze w środowisku naszej inteligencji – piszę to bez krzty ironii. I znamienna scena. Podchodzi do mnie jedna z uczestniczek uroczystości (nomina sunt odiosa), wciska w garść znaczek „Konstytucja” i mówi: „widzę, że zapomniałeś o znaczku, przypnij zaraz”. Historia niby banalna, ale przecież jakże typowa. Jeśli jesteś tu z nami, to jest rzeczą oczywistą, że myślisz tak jak my, reagujesz tak jak my, masz w klapie to co my. No bo jak można nie akceptować w pełni tego co jest „mądre i dobre”? Naturalną konsekwencją takiego założenia jest pytanie: „No i jak z nimi rozmawiać”, przecież oni nic nie rozumieją, sprzeciwiają się oczywistości, zaprzeczają, że 2+2=4. Ich trzeba oświecać a nie z nimi dyskutować.

Nie zbudujemy ruchu, środowiska, czy lobby, które byłoby w stanie przeciwstawić się autorytarnym skłonnościom obecnej władzy, jeśli będziemy pozostawać w zamkniętym świecie „światłych, mądrych i tolerancyjnych”, ponieważ ta formuła wyklucza innych mniej „światłych, mądrych i tolerancyjnych”, ale przecież wrażliwych, świadomych i rozumnych, czytających, aspirujących. Dlatego winniśmy poszerzyć spektrum naszych potrzeb i sympatii, zaprzestać poszukiwania ciepłego i zacisznego miejsca, w którym będziemy mogli odprawiać nasze inteligenckie rytuały i przekonywać się do spraw, co do których i tak jesteśmy już przekonani. Jaki np. jest sens organizowania w Klubach „TP” spotkań dotyczących spraw spornych (czyli dziś niemal wszystkich) bez zaproszenia na nie osób reprezentujących pogląd nieco inny niż dominujący w naszym środowisku? Nie idzie mi bynajmniej o TVN-owską praktykę konfrontowania rozmówców o zapatrywaniach skrajnych, ale o rozmowę podobną do tej z udziałem prof. Łętowskiej i prof. Zolla, podczas ostatniego zjazdu Klubów „TP”.

Ksiądz Adam Boniecki w opublikowanym ostatnio wywiadzie rzece (tak, wiem, że tego gatunku nie cierpi, ale przecież jego cierpienie dało tym razem świetne efekty), wspomina wizytę w toruńskim kościele oo. redemptorystów, czyli mateczniku tzw. „Kościoła toruńskiego” i mszę św., którą tam odprawiał. „Msza jest transmitowana przez Radio Maryja. Koncelebrujemy, razem wypowiadamy słowa konsekracji, wymieniamy znak pokoju, a ja czuję, że to co nas różni, zostaje parę pięter niżej” – wspomina. A we mnie ta relacja budzi uczucia mieszane. Jak to dobrze, że możemy poczuć braterstwo opierając się na najgłębszym fundamencie wiary. Czy jest jednak już aż tak źle, że potrafimy znaleźć tę jedność dopiero tak głęboko? A co z „niepodzielającymi tej wiary, a te uniwersalne wartości wywodzącymi z innych źródeł”? Czy nadzieja, że „miejsce gdzie możemy się spotkać to Eucharystia, Jezus Chrystus”, jak mówi ks. Adam, nie jest przejawem kapitulacji wobec rzeczywistości tak spolaryzowanej, że możliwej do naprawienia już tylko modlitwą? Ojciec Wiśniewski zdaje się wierzyć, że jesteśmy w stanie zbudować most bez nadprzyrodzonej interwencji. Pewnie nie obędzie się bez jednego i drugiego – budowy i modlitwy.

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.