Puste kościoły

W ostatnich dniach media pełne są doniesień o wynikach badań Pew Research Center, jednej z najważniejszych instytucji badających religijność w rozmaitych regionach świata. Postanowiła ona zająć się dynamiką procesów sekularyzacyjnych w różnych społecznościach i kulturach. Wnioski okazały się zaskakujące, szczególnie dla nas.

Pisze o tym w 28 numerze „TP” Piotr Sikora i interpretuje w wywiadzie ks. Adam Boniecki. To jest lektura obowiązkowa dla wszystkich, którzy chcą oceniać polski katolicyzm bez triumfalistycznych obciążeń, którzy nie boją się stanąć w obliczu trudnej do przyjęcia prawdy. Polacy młodszego pokolenia okazują się najszybciej sekularyzującą się społecznością Europy. Przeczytajmy tekst Piotra Sikory „Polska niekatolicka”, jego tezy mogą być dla wielu z nas szokiem: „W perspektywie biblijnej religia jest tym, co kształtuje całe życie, bez czego staje się ono tylko pustą wegetacją. […] W tej perspektywie ludzie autentycznie  religijni stanowią w Polsce wąski margines. Trzeba jasno powiedzieć badania socjologiczne tylko ujawniają, że król jest nagi, religijność Polaków to w większości przypadków pozór religijności”, pisze.

Zbieramy owoce tego, co w przeszłości zdawało się zapewniać polskiemu katolicyzmowi trwałość wobec ateizacyjnych dążeń komunistycznego państwa. Kard. Stefan Wyszyński sądził, iż jedynie oparcie na wierze ludu może zapewnić przetrwanie w sytuacji gdy komunistyczne państwo dążyło do wyrugowania Kościoła ze wszelkich sfer publicznej aktywności. Postawił na pielgrzymki, peregrynacje obrazu, koronacje wizerunków Matki Bożej, wszystko to co mogło zgromadzić rzesze ludu i pobudzić jego katolicko – narodową tożsamość. Zapewne wówczas było to potrzebne, ale miało również swoją cenę, którą płacimy do dzisiaj. Szerokość zamiast głębi, wiara jako instytucja narodu i jego tożsamości, triumfalizm zamiast skromności, to wszystko odnajdziemy w naszym Kościele lat 60-ych, 70-ych i 80-ych. Wiodło to tysiące ludzi na msze papieskie i msze za ojczyznę odprawiane przez ks. J. Popiełuszkę, ale czy autentycznie było wyrazem ich wiary? Jako młody człowiek uczestniczyłem wielokrotnie w nabożeństwach odprawianych przez ks. Jerzego na warszawskim Żoliborzu, miałem okazję z nim rozmawiać, byłem na jego pogrzebie. Gdy dziś to wspominam zastanawiam się ilu z nas było tam ze względów religijnych a ilu dla politycznej ekscytacji?

Być może to tłumaczy dlaczego znaleźliśmy się dziś na równi pochyłej prowadzącej do pustych kościołów. Przypuszczam, że to samo tłumaczy fenomen niechęci wierzących Polaków wobec przyjmowania uchodźców z krajów objętych konfliktami zbrojnymi, tę całą nieszczęsną schizofrenię etyczną, która nie widzi sprzeczności między miłosierdziem wobec potrzebującego bliźniego a mniemaną obroną „chrześcijańskiej cywilizacji”. Okazuje się, że im wyższy deklarowany poziom uczestnictwa w praktykach religijnych, tym większa niechęć wobec przybyszy. „Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść; byłem spragniony, a daliście Mi pić; byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie; byłem nagi, a przyodzialiście Mnie” (Mt. 25, 31-46) te słowa zdają się niewiele znaczyć dla przeciętnego polskiego katolika. Czy zatem wysoki poziom praktyk jest pozytywnie skorelowany ze zrozumieniem i akceptacją podstawowych treści Dobrej Nowiny, czy może nijak się do nich ma?

Cóż, wielu będzie ubolewać nad pustoszejącymi świątyniami, nad spadającą frekwencją na lekcjach religii w szkołach, nad minimalnym uczestnictwem młodych w tradycyjnych nabożeństwach – majowych, czerwcowych, roratach itp. Liczni będą ronić łzy nad zjawiskiem opisanym w raporcie Pew Research Center, koniec świata tradycyjnej religijności będzie im się zdawał końcem religijności jako takiej. Czy jednak winniśmy tracić ducha, sądzić, że nasz sposób przeżywania wiary jest czymś uniwersalnym? Czy rzeczywiście wiara pozbawiona realizacji w rytualnych formach Gorzkich Żali, Drogi Krzyżowej, nabożeństw majowych, czerwcowych itp., przestanie istnieć? Czy patriotyczny kontekst naszej wiary rzeczywiście ją wspomaga, a może jej szkodzi? Papież Franciszek ma na te pytania konkretną odpowiedź. Sądzi, że religijność, czy szerzej duchowość nie jest powiązana z historycznymi formami liturgii, bywają one zastępowane tym co bardziej współczesne, co lepiej koresponduje z wrażliwością współczesnego człowieka. Formy ludowej pobożności to nie Eucharystia, dziś są, jutro przeminą, bo wynikają z wrażliwości i potrzeb ludzi konkretnych epok.

Tak jest z współczesną religijnością i głębszym tłem sekularyzacji. Socjologowie religii nie mówią już dziś o niej jako o porzuceniu religijnej wrażliwości, zaniku potrzeb duchowych. Częściej pojawia się pojęcie „prywatyzacji wiary”, „odkościelnienia”, „wiary bez przynależności” etc. Wypada sądzić, że społeczeństwa Zachodu coraz mniej potrzebują zorganizowanych form kultu – Kościołów, coraz bardziej pragną wiary niezinstytucjonalizowanej, opartej na wskazaniach autonomicznego sumienia. To zjawisko niełatwe do zaakceptowania dla hierarchów, szczególnie Kościoła katolickiego, którzy widzą w nim zagrożenie dla jednolitości doktrynalnego przekazu, spoistości i siły swego oddziaływania. Wszelako jest w tej „prywatyzacji” element niosący nadzieję, może najbardziej dla Kościoła w Polsce. Nasza religijność, pozostająca w niewoli schematu nacjonalistycznego, formuły „Polak – katolik”, powielanej w tysiącach homilii, katechez i tekstów okazuje się nieodporna na wyzwania sekularyzacji. Masowość i ludowość wiary, która dała jej moc w czasach PRL, dziś okazuje się bezbronna wobec wyzwań laicyzacyjnych. Prawdopodobnie tylko odejście od wszystkich formuł, które umieszczają nasze chrześcijaństwo w kontekście narodowym, sugerują szczególną opiekę Opatrzności nad jakąkolwiek narodową wspólnotą, przekonują do idei mesjanistycznych, może złagodzić efekt sekularyzacyjnego tsunami.

Wyniki badań Pew Research stawiają przed nami wiele pytań, skądinąd całkiem nie nowych. Czy zdał egzamin eksperyment katechezy szkolnej? Czy symbioza Kościoła i państwa dała Kościołowi więcej korzyści, czy strat? Czy przywiązanie do sprawdzonych w okresie PRL form masowej religijności ludowej jest nadal skuteczne? Czy stawianie się przez Kościół w opozycji wobec różnych trendów współczesności (bioetyka, gender, równouprawnienie etc.) służy jego misji? Wielu szczerze wierzących katolików pozostaje rozpiętych między potrzebami współczesności a doktryną, która zdaje się ich nie akceptować, pomiędzy mniemaną ortodoksja a pożądanym pragmatyzmem.

Zapewne już niedługo nie będziemy mieli problemu ze znalezieniem miejsca siedzącego podczas niedzielnej mszy św., znikną spod kościołów ci, którzy stoją na zewnątrz, są a w zasadzie ich nie ma. Jeśli nasz Kościół pozostanie przy formule katolickiego nacjonalizmu będzie tak z pewnością, zapewne nie inaczej stanie się wówczas jeśli ten schemat odrzuci i podkreślać zacznie swój wymiar uniwersalny. Do świątyń, w których mówi się językiem Franciszka lud masowo przychodzić nie będzie. Czy powrócą do nich elity? Wątpię, ich wiara jest coraz bardziej odkościelniona. Wybitna brytyjska socjolożka religii Grace Davie nazwała ten fenomen „wiarą bez przynależności” i to zjawisko będzie się u nas nasilać.     

Czy ma to wymiar jedynie negatywny? Odpowiedź na te pytania wcale nie jest prosta. Kard. J.Ratzinger w „Raporcie o stanie wiary”, już w 1985 r. widział przyszłość Kościoła jako „małej trzódki” rozsianej w zlaicyzowanym świecie Zachodu. Do niedawna sądziliśmy, że to my zaprzeczymy tej prawidłowości, że Polska udowodni, iż tzw. paradygmat sekularyzacji wiążący postęp z zanikiem wiary nie ma wymiaru uniwersalnego. Dziś wydaje się, że nie jesteśmy wyjątkiem, a każdy następny rok będzie to coraz wyraźniej potwierdzał. Czy załamać ręce? Cóż, jeśli pojmujemy Kościół w wymiarze cywilizacyjno-kulturowym, jako instytucję kształtującą powszechnie obowiązującą obyczajowość, etykę, system prawny i fundament kultury, to pewnie tak. Jeśli jest On dla nas jednak przede wszystkim „wspólnotą wiary, nadziei i miłości” (KKK 771), to nie powinniśmy się lękać. Kościół nie jest bowiem związany z żadną wspólnotą narodową, polityczną, kulturą i obyczajowością. Będzie trwał, choć może nie nad Wisłą i nie w kształcie, do którego przywykliśmy. Jako Polacy możemy nad tym ubolewać, jako chrześcijanie powinniśmy patrzeć ze spokojem i ufnością.

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.