Niech się dowie świat… Historia Polski a`la Andrzej Duda

Waszyngton, trawnik przed Białym Domem, kamery, dziennikarze; świat patrzy. Jak rzadko polski polityk ma szanse zaistnieć w takim entourage’u. Aż się chce powiedzieć coś ważnego, pamiętnego, być jak Wałęsa w Kongresie USA 15 listopada 1989. „My naród…”, to takie proste, czy mnie nie stać na coś takiego? Jestem w końcu prezydentem a on wtedy był tylko szefem związku, a poza tym zdrajcą, „Bolkiem”, a ja przecież jestem „niezłomny”, Polacy mnie kochają, ja też mam coś do powiedzenia światu! Pan Prezydent pewnie się obrazi za tę ironię, ale niech mi wybaczy, nie potrafię inaczej potraktować słów, które wypowiedział na niedawnej konferencji prasowej, wspólnej z Donaldem Trumpem. 24 godziny później stać mnie na ironię, wczoraj chyba nie potrafiłbym zachować dystansu.

Jedna z dziennikarek zapytała „czy Polska widzi w Rosji sojusznika czy przeciwnika”. Wtedy Andrzej Duda z błyskiem w oku zaczął perorować: „Ja bym bardzo chciał, żeby Rosja była przyjacielem Polski, bo jest wielkim naszym sąsiadem. Jest państwem o większym potencjale w niemal każdej kwestii. Ale w nas jest więcej męstwa, jesteśmy odważniejsi i potrafimy walczyć do końca, niezależnie od wszystkiego. Pokazaliśmy to pod Monte Cassino, w Powstaniu Warszawskim. Znaleźliśmy się pod rosyjską okupacją, ale nawet 20 lat po tej okupacji była partyzantka, dziś nazywamy ich żołnierzami niezłomnymi. Historia była wobec nas brutalna. Wielkiej przyjaźni z Rosją nie mieliśmy nigdy, przez 123 lata była w Polsce zaborcą, Polacy byli zsyłani na wschód. Potem była napaść na odrodzoną Polskę w 1919 r. To myśmy w 1920 r. zatrzymali Sowietów pod Warszawą i oni się na nas za to zemścili w 1939 r., napadając na nas z nazistowskimi Niemcami.” „Duda locutus, causa finita”, otrzymaliśmy oficjalną wykładnię najnowszej historii Polski w wersji eksportowej. To, że pełno w niej uproszczeń wie każdy kto choćby liznął nieco wiedzy historycznej. Napaść sowiecka na Polskę w 1919 r., rosyjska okupacja po 1945, wreszcie kolejny przejaw fiksacji na punkcie „niezłomnych” („wyklętych”), to kilka przykładów nieścisłości, uproszczeń i mitologizacji. „Spuśćmy zasłonę miłosierdzia”, jak na występ Tomka Sawyera w szkółce niedzielnej.

Jednej prezydenckiej frazy nie wolno jednak potraktować tak lekceważąco. „W nas jest więcej męstwa, jesteśmy odważniejsi”, mówił Andrzej Duda porównując Polaków i Rosjan. Nie wiem doprawdy skąd wziął miarę, którą zmierzył owo „męstwo”? Gdzie konkretnie ujrzał naszą w tej kwestii przewagę? W czym właściwie dostrzegł przewagę męstwa uczestników bitwy o Monte Cassino nad bohaterami spod Stalingradu. Tak, tak, my walczyliśmy o dobrą sprawę, tamci bronili totalitarnego reżimu, znamy te argumenty, dowodzące, że ocena męstwa żołnierskiego zależy od sprawy, o która walczyli. Pamiętajmy jednak, że prosty żołnierz „wielkiej wojny ojczyźnianej” bił się o swoją ojczyznę, nawet wtedy gdy wznosił okrzyk „za Rodinu, za Stalina”. Uznanie dla jego wytrwałości, ofiarności, męstwa właśnie nie musi przecież oznaczać, że utożsamiamy się ze sprawą, o którą walczył, i której przecież z reguły nie pojmował. Dla Rosjan po dziś dzień walka przeciw hitlerowskim Niemcom pozostaje największym mitem ich historii, jedynym nieledwie, prawdziwym przedmiotem narodowej dumy, każdy kto temu zaprzecza godzi nie w imperialne tradycje państwa, ale w uczucia zwykłych obywateli Rosji.

Nie wiem co w rzeczywistości chciał powiedzieć prezydent Duda, może, jak to mu się niekiedy zdarza, uległ czarowi swej elokwencji? Zapewne chciał pokazać, że się Rosji nie kłanialiśmy i kłaniać nie będziemy, osiągnął wszelako coś zupełnie innego. Zamiast odróżnić „przyjaciół Moskali” od niebezpiecznej tradycji rosyjskiego i sowieckiego imperializmu, obraził najgłębsze uczucia Rosjan, sugerując, że brak im „męstwa”. Jesteśmy, Rosjanie i Polacy, wyznawcami podobnej megalomanii narodowej, przypisując sobie szczególne cechy i zdolności, wspólnie wyznajemy idee mesjanizmu, choć my bardziej w sensie narodowym, oni zaś państwowym. Dla mnie waszyngtońska wypowiedź prezydenta RP jest, nieświadomym zapewne, przejawem zjawiska, które Jan Stanisław Bystroń nazwał w swym pamiętnym eseju „megalomanią narodową”. „Przekonanie, że Bóg wybrał dany naród jako wyróżniający się swym idealnym charakterem i doskonałością, celem przeprowadzenia swych zamierzeń na ziemi, wydaje się powszechne; w tej czy innej formie spotykamy je chyba u wszystkich narodów, które (…) przedstawiają je jako pewną stałą tendencję o idealnym charakterze, którą następnie stopniowo idealizują coraz bardziej, widząc w niej owo przeznaczenie, misję, przez Boga włożoną na naród”, pisał. Mam wrażenie, że wizja przeszłości wyznawana przez Andrzeja Dudę jest temu bliska. Polacy, górujący „męstwem” nad innymi, szlachetni, „walczący do końca, niezależnie od wszystkiego”, napadani, zdradzani, są moralnie wyżsi, wybrani, godni podziwu i współczucia. Taka, uproszczona, wizja polskiego mesjanizmu była zrozumiała w czasach narodowej niewoli, po co nam ona dziś, doprawdy nie wiem. Po co nam wzmacnianie antagonizmów między narodami, potwierdzanie stereotypów, które nas ranią? Czy Rosjanin słuchający dziś słów polskiego prezydenta, głowy państwa, reprezentanta narodu, nie przypomni sobie sceny z „Braci Karamazow” Dostojewskiego, w której „Polaczkowie”, jak nas zwykł nazywać, pojawiają się w swoich charakterystycznych pozach pełnych pozornego honoru i godności, i zaraz okazują się oszustami, szulerami, a jeden z nich chce za pieniądze odstąpić swoją kochankę. Obawiam się, że Andrzej Duda nie zaszkodził w niczym reżimowi Putina, obraził tylko wielu Rosjan. Na koniec chciałbym wpisać do prezydenckiego sztambucha dwie myśli Jana Józefa Lipskiego z jego wciąż aktualnego eseju „Dwie ojczyzny, dwa patriotyzmy”. Pierwszą: „Strzeżmy się i podejrzliwie patrzmy na każdą nową ofensywę „patriotyzmu” – jeśli jest bezkrytycznym powielaniem ulubionych sloganów megalomanii narodowej. Za frazeologią, rekwizytornią miłą przeważnie Polakowi – czają się przeważnie cyniczni socjotechnicy, którzy patrzą, czy ryba bierze na ułańskie czako, na husarskie skrzydło, na powstańczą panterkę” oraz drugą: „Ksenofobia i megalomania narodowa wzajemnie się żywią i wspierają. Wiemy, ile wycierpiała Polska od Rosjan i Niemców – co nie usprawiedliwia przekraczania granic głupoty i nienawiści w stosunku do tych narodów; głupotą i nienawiścią człowiek i naród sam sobie szkodzi.” 

comments

One comment

  1. Dobrze, że tak wiele takich, jak Pański, komentarzy padło od tego nieszczęsnego trawnikowego blamażu. Oglądałam to w telewizji i było mi wstyd za duplomatołka – infantylnego (w Polsce już nawet dzieci nie machają do samolotów), przymilającego się do napuszonego gospodarza, który gościa, a w jego osobie nas wszystkich, traktuje protekcjonalnie. Te słowa o męstwie szczególnie, ale też inne rzucane w eter uwagi o sąsiadach, wywód o sędziach – nie były niestosowne. Niestosownie to mogę sobie „chlapnąć” coś ja, zwykła Polka. To była wizyta dyplomatyczna. Kolejna, podczas której polscy oficjele udaudowodją, że przez pomyłkę znaleźli się na salonach. Dyplomatołki – pojęcie prof. Bartoszewskiego najtrafniej oddaje ten rodzaj przedstawicielatwa z jakim mamy obecnie doczynienia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.