Biskup Andrzej Jeż i „pewna nacja”

Co się dzieje? Nie przestaję zadawać sobie tego pytania. Nasi biskupi, ludzie wykształceni z doktoratami szacownych uczelni, przecież nie fanatycy, rozumiejący wagę swoich słów, po raz kolejny wygłaszają księżycowe opinie, sugerujące całkowite oderwanie od rzeczywistości, szkodzące wspólnocie Kościoła, do chronienia której są przecież powołani.

Niedawno nieszczęsna konferencja prasowa z udziałem arcybiskupów Gądeckiego i Jędraszewskiego, poświęcona raportowi dotyczącemu pedofilii, dziś treść wielkoczwartkowego kazania biskupa tarnowskiego Andrzeja Jeża. Sprawą zajęła się Zuzanna Radzik i warto najpierw przeczytać jej tekst na stronie https://www.tygodnikpowszechny.pl/protokoly-biskupa-jeza-158620

Zapewne w najbliższych dniach pojawi się wiele opinii dotyczących tego incydentu, który jednak nie jest tylko incydentem, ilustruje bowiem problem szerszy, kwestię, z którą wciąż nie może sobie poradzić Kościół hierarchiczny w Polsce. Biskup, następca apostołów, Żydów powołanych nad jeziorem Genezaret, uznaje za stosowne przywołać podczas liturgii wieczerzy Pańskiej słowa, które są wytworem antysemickich prowokatorów z ciemnych lat 30-tych, czasów, które powinny skłaniać Kościół w Polsce do nieustającej ekspiacji.

Mam wiele wyrozumiałości i zrozumienia dla ówczesnych uprzedzeń, jeszcze nie było Holocaustu, który na zawsze zmienił naszą perspektywę. Państwo było biedne, w latach 30-tych uderzył w nie wielki kryzys ekonomiczny, pogłębiły się animozje na tle gospodarczym i społecznym wzmacniające odwieczne antagonizmy religijno-etniczne. Pauperyzacja polskich chłopów, robotników, rzemieślników budziła frustracje, kazała szukać winnych. A kogóż łatwiej uznać za winnego swego nędznego losu jak Innych, Obcych, żyjących obok, ale nie razem z nami – Żydów. Korzystały z tych uprzedzeń nacjonalistyczne ruchy polityczne, takie jak np. ONR, szczególnie jego najskrajniejszy odłam – „Falanga”. Wykorzystywały one, niekiedy cynicznie, najbardziej sugestywne antysemickie fałszywki, takie jak osławione „Protokoły Mędrców Syjonu”, produkt carskiej Ochrany, wykorzystywane jako pretekst dla pogromów antyżydowskich inspirowanych przez niesławnej pamięci „czarną sotnię”. Tekst zacytowany dziś, dziesięciolecia po Holocauście, gdy przeczytaliśmy teksty Bubera, Arona, Arendt, Heschela, Adorno i wielu innych autorów, o których doktor Gregorianum powinien choćby słyszeć, jest przejawem w najlepszym wypadku zawstydzającej ignorancji, w gorszym – kompromitującej antysemickiej intencji. Czy zetknął się kiedykolwiek z tekstami i działaniami Władysława Bartoszewskiego, Manfreda Deselaersa, czy czytał tekst homilii Benedykta XVI w Auschwitz, czy ma tego wszystkiego świadomość? Chyba nie ma, skoro potrafił wyrzec zdania tak pełne ignorancji, braku wrażliwości i empatii.

Biskup tarnowski uznał za stosowne w epoce po Shoah zacytować w liturgii Wieczerzy Pańskiej antysemicki tekst z epoki poprzedzającej Zagładę. Może nie był świadom co czyni, zapewne nie był. Co to jednak oznacza? Czego jest symptomem? Naprawdę nie chciałbym ferować wyroków zbyt jednoznacznych. Reakcja Episkopatu wobec niedawnego odnowienia bulwersującej wielkanocnej tradycji sądu nad Judaszem w podkarpackim Pruchniku jest wielce budująca. Cóż, jeśli słowa i czyny niektórych hierarchów burzą całą narrację budowaną przez najbardziej miarodajnych hierarchów naszego Kościoła. Kto jeszcze pamięta o całej mrówczej pracy środowiska „Tygodnika Powszechnego”, „Znaku” i „Więzi”, mozolnie budującej mosty ponad antysemickimi i antypolskimi uprzedzeniami. Wspaniali, wybitni intelektualiści oddali swoje talenty, swoją wrażliwość dla idei oczyszczenia polskiej pamięci, oczyszczenia jej z uprzedzeń i stereotypów. Setki tekstów, konferencji, seminariów, spotkań, dyskusji i dziś, po tym wszystkim, biskup tarnowski cytuje antysemicką fałszywkę w Wielki Czwartek! Na nic wszystko!? Naprawdę?

Gdy przeczytałem relację z wielkoczwartkowego ekscesu tarnowskiego Pasterza odczułem bezsilność, poczucie bezsensu. Jak przekonać licznych polskich katolików i wielu ich przywódców do podjęcia krytycznej refleksji nad własnym dziedzictwem? Jak zasugerować, że rachunek sumienia nie jest przejawem kapitulacji przed jakoby wrogim światem? Biskup Jeż zdaje się nie mieć wątpliwości, Kościół jest celem ataku, agresji „pewnej nacji”, jak powiada, bezwstydnie sugerując o kogo w istocie mu chodzi. W 1968 roku komuniści mówili o „syjonistach”, dziś polski biskup używa sformułowania „pewna nacja”, jaka jest między tymi zabiegami retorycznymi różnica?

Polski Kościół instytucjonalny ma trupa w swojej szafie, problem z którym się wciąż nie rozliczył, od którego ciągle ucieka, który ciąży na nim zatruwając atmosferę, utrudniając proces oczyszczenia, rozliczenia z grzechami przeszłości. Nie mogę sobie przypomnieć żadnego głosu hierarchy odżegnującego się od tekstów przedwojennego „Małego Dziennika” i „Rycerza Niepokalanej”, tekstów wstrząsająco antysemickich, sprzecznych z duchem chrześcijańskiej miłości bliźniego. Zamiast prostych słów ekspiacji mamy festiwal hipokryzji, sugerującej, że było inaczej, nie tak źle, że inni byli gorsi. Kościół w Polsce nie podjął wyzwania rozliczenia się z tym co w Jego przeszłości niechlubne, nie przepracował swej historii, broni się per fas et nefas, sądząc, że prawda, szczerość i krytycyzm wobec własnej przeszłości może Mu w czymkolwiek zaszkodzić.

Biskup Andrzej Jeż, tak jakby nie było wszystkiego co się zdarzyło w przeszłości, jakby nie było całej ofiarnej i odważnej działalności elit Kościoła w Polsce: Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów, Komitetu Episkopatu ds. Dialogu z Judaizmem, Dni Judaizmu w Kościele Katolickim, wszystkich inicjatyw kultywujących pamięć o „naszych starszych braciach w wierze”, wpisuje się w archaiczny antysemicki stereotyp. Nie wie, nie rozumie, nie czyta? Jak to pojąć? Kogóż powołuje się na stolice biskupie w Polsce, komuż winniśmy cześć i posłuszeństwo? To się nie mieści w głowie! Triduum paschalne, liturgia męki i zmartwychwstania, najgłębsze tajemnice naszej wiary i biskup, który podczas liturgii upamiętniającej pierwszą Eucharystię w Wieczerniku mówi o „pewnej nacji” i powtarza antysemickie kody. To nie jest incydent ani przejaw ignorancji, to jest zgorszenie, tym gorsze, że jego przyczyną jest następca Apostołów. Pewnie powinien przyznać się do swojej żenującej niewiedzy, uznać że w swym zadufaniu plótł szkodliwe głupoty, że stanowisko nie czyni nieomylnym. Powinien…!? Nie przestaję ufać, że Andrzej Jeż, człowiek, chrześcijanin, któremu przyszło być biskupem, zdoła zrozumieć swój błąd, przeprosić za zgorszenie, którego stał się przyczyną. Oby potrafił!

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.