Posted on: 10 maja 2018 Posted by: Barbara Niedźwiedzka Comments: 0

Dwa zdania w rozdziale „Wiara szuka zrozumienia” bardzo mnie poruszyły. Pierwsze to: „…jeżeli, człowieku, nie wyzwolisz z siebie żywego homo sapiens, to nigdy nie będziesz porządny homo religiosus”, drugie: „Pan Bóg ma prawo nie chcieć mieć za swoich wyznawców ludzi głupich”.

Jak to – pomyślałam w pierwszym odruchu – a co z wiarą „prostaczków” (w tym niektórych świętych), a co z „bądźcie jak dzieci”, a co z pokoleniami ludzi, którzy nie mieli dostępu do, nie tylko głębokich analiz zasad wiary, ale nawet do tekstów Ewangelii? Jak to?

Rozumiem, że nowy Katechizm, o wiele bardziej niż katechizm trydencki, każe mi samodzielnie myśleć. Bóg dając człowiekowi rozum i wolność (a może: rozum i w ten sposób wolność) dał mu je przecież po coś. Oczywiste jest dla nas, że do poznania świata, ale, gdyby głębiej pomyśleć, to tak naprawdę do poznawania (Tischner mówi: oswajania) Boga, który ten świat stworzył. Można nawet założyć, zakładając równocześnie celowość Boskich dzieł, że nasz rozum powinien wystarczyć do tego, aby Stwórcę poznać. Pewnie trzeba w tym celu rozum ćwiczyć, wysilać myślenie, szukać i w ten sposób, krok po kroku poznawać/oswajać niepojęte. A skoro człowiek został stworzony na wzór Boga, to logiczne jest, że poznając każdego innego człowieka możemy traktować tę wiedzę jak puzzle. Pomocą w tym poznaniu jest Jezus – człowiek ideał. Odnajdując jego wzorcowe cechy w ludziach, w sobie, a także odkrywając przy tym inne ludzkie cechy, możliwości, talenty powoli poznajemy naszego Stwórcę. W tej intelektualnej pracy (chciałam napisać zabawie, ale to jednak jest praca) napotykamy niekiedy na większe, wyraziste kawałeczki układanki, co do których nie mamy wątpliwości co wyobrażają i gdzie pasują, i które stanowią punkty zaczepienia, ale też dostajemy kawałeczki zupełnie niejasne, mnóstwo niepasujących nigdzie niezrozumiałych fragmentów. Zaryzykujmy i złóżmy, że jak w układance powinny one znaleźć kiedyś, w odpowiednim czasie, swoje oczywiste miejsce.  Osobiście jestem w lewym dolnym rogu układanki (tu emotikon z bladym uśmiechem).

Tischner zwraca uwagę na coś nieoczywistego: mianowicie, że pragnąc poznać Boga, mamy prawie obowiązek doszukiwać się  w ludziach cech dobrych, pozytywnych motywacji, wielkich aspiracji i marzeń.  Jeżeli w swoim poznaniu innych ludzi zatrzymamy się na poziomie pozorów, momentalnych, rozmaicie uwarunkowanych, zachowań, nie docieramy do prawdy. Jeżeli jesteśmy podejrzliwi i szukamy w ludziach zła, błądzimy w swoich poszukiwaniach i nie prędko złożymy puzzla.

Powtórzmy, Tischner uważa, że człowiek prawdziwie religijny podejmuje wysiłek rozumienia świata i jego Stwórcy. Co więc z tymi, którzy tego nie robią? Po namyśle sądzę, że mówiąc, że Bóg nie chce mieć za wyznawców ludzi głupich, miał na myśli nie tych ludzi, którzy z jakichś nieznanych nam powodów znają Boga bez wysiłku, którzy są jakoś szczególnie uzdolnieni do odbioru metafizycznej rzeczywistości, ale tych pozornie wierzących, którzy bezmyślnie odprawiają religijne rytuały, niemające żadnego wpływu na ich rozumienie siebie i innych.  To ludzie – uśpione leniwe chochoły. Ludzie, którzy, jak mówił Immanuel Kant, wybierają brak poznawania i siebie, i Boga. To ludzie, którzy godzą się z tym, że są do poznawania, a co za tym idzie do wolności za słabi, i wydaje im się, że są przez to niewinni. To pewnie o tych słabych, sennych leniuchach mówi Tischner.  Czy każdy taki człowiek kiedyś się budzi?

comments

Leave a Comment