Rozmawialiśmy w Poznaniu o listach, które wymieniali kard. Karol Wojtyła, później papież Jan Paweł II i Jerzy Turowicz, katolik świecki, redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego”. Korespondencja, której fragment opublikował TP jest dokumentem o szczególnej wartości, swoistym wzorcem dialogu hierarchy i świeckiego, obu zatroskanych o los Kościoła rozumianego jako wspólnota wiernych. Rozmowa była ciekawa, nie wolna od kontrowersji, uświadamiała, że problemy sprzed lat 50-u pozostają aktualne, budzą w nas wciąż emocje, skłaniają ku refleksji o roli i posłannictwie świeckich i duchownych córek i synów Kościoła.

Jedna myśl nie daje mi spokoju po wczorajszym spotkaniu: czym jest Kościół – instytucja, dla nas, wyznawców idei otwartości Kościoła jako „przestrzeni wolności”, jednoczącego ludzi o rozbudzonej duchowej wrażliwości, choć nieraz sceptycznych wobec różnych postaw biskupów i księży, krytycznie analizujących listy pasterskie i inne dokumenty episkopatu. Jak zachować właściwą relację między naszymi osobistymi doświadczeniami z proboszczem, wikarym, biskupem, a tym co uniwersalne, oparte na Ewangelii? Jak nie ulec skłonności do krytycyzmu, „opcji preferencyjnej” dla naszych rozczarowań, resentymentów, złych doświadczeń?

Mam wrażenie, że brakuje nam poczucia solidarności z Kościołem, tym instytucjonalnym, z naszymi biskupami i proboszczami. Jesteśmy skłonni do preferowania informacji kompromitujących nasz Kościół, ukazujących Jego hipokryzję, podwójną moralność. Niby pragniemy dobra Kościoła, fascynujemy się postaciami, które są nam bliskie: ks. Adamem Bonieckim, siostrą Małgorzatą Chmielewską, ale kompulsywnie śledzimy znamiona schorzeń Kościoła, preferujemy informacje o Jego patologiach. Z perwersyjną rozkoszą rozdrapujemy własne rany. Bez względu na temat rozmowy dryfujemy ku krytyce Kościoła i Jego personelu.

To jest zapewne nasz charyzmat: nie sugerować się hierarchicznymi ograniczeniami, mówić wprost to co nie podoba się hierarchom, nie dbać o eklezjalną poprawność. Czy jest jednak dobre, jeśli nasze dążenie do jasnej i wyzbytej ograniczeń artykulacji poglądów, przeradza się w kompulsywny krytycyzm? Co począć w sytuacji gdy każdy temat staje się pretekstem do emocjonalnego „dołożenia” Kościołowi, bo głosi to co nam się nie podoba w kwestiach kobiet, embrionów, in vitro, prezerwatyw, gejów etc. etc. Czy nie jest przypadłością „otwartych” katolików deficyt solidarności z własną wspólnotą, kompulsywna do niej niechęć, przeświadczenie, że to my mamy rację, że nasze autorytety są uniwersalne?

Przeraża mnie to, że w naszym środowisku porzucenie solidarności ze wspólnotą Kościoła zaczyna być rozumiane jako norma, że poklask zyskuje ten, który „jedzie” po biskupach, że „lajki” zbierają te teksty, w których dokłada się biskupom. Proszę pamiętać, że piszę to ja, który nie raz narażał się hierarchom swymi poglądami. Jest dla mnie jednak poruszającym to, jak mało w naszym środowisku znamion tej postawy, którą kard. Wojtyła określał jako „sentire cum Ecclesia”  (współodczuwać z Kościołem). Potrafimy fascynować się różnymi przejawami chrześcijańskiej duchowości, ale Kościół, ten hierarchiczny, jest dla nas przede wszystkim przedmiotem rozczarowania i krytyki. Boli nas to, że biskupi i księża widzą nas jako „ciało obce”, ale nie dostrzegamy, że zatracamy umiar w kontestacji.

Zapytałem podczas wczorajszej dyskusji o to, kto wobec wymiany poglądów Kardynała i Redaktora, widzi zasadność zapatrywań Wojtyły. Poczułem bowiem, że prawie wszyscy, także ja, solidaryzujemy się z Turowiczem. Niełatwo było pozyskać deklarację zrozumienia dla punktu widzenia metropolity krakowskiego. Tak jakby kontestacja wszystkiego co pochodzi od biskupów (oczywiście z wyjątkiem „naszych” biskupów, np. abp. Rysia) było pożądaną normą, czymś oczywistym.

Jest rzeczą zrozumiałą, że nasze środowisko kieruje się określoną wizją Kościoła, poddaje krytyce poglądy i działania jego „personelu”. Rzecz jednak w tym abyśmy nie ulegali kompulsji krytycyzmu, nie przeobrażali każdej dyskusji w prezentację naszych pretensji wobec Kościoła, biskupów i księży, abyśmy nie stali się środowiskiem „zawodowych krytyków Kościoła”.

Jedna z uczestniczek wczorajszej dyskusji przypomniała słowa św. Teresy z Kalkuty: „co należałoby zmienić, aby świat był lepszy – ciebie i mnie”. To jest klucz do naprawy Kościoła w duchu „sentire…”, najpierw myśleć o sobie, później o księżach, biskupach, kardynałach. Nie tracić poczucia związku i solidarności ze wspólnotą Kościoła, nawet jeśli tak nas nieraz rozczarowuje. Szukać najpierw tego co dobre, później tego co złe. Nie przeobrażać naszych spotkań w emocjonalną ekspresję pretensji i rozczarowań wobec naszej wspólnoty – Kościoła.

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.