Opublikowano: 21 grudnia 2019 Autor: Barbara Niedźwiedzka Comments: 0

Stosunkowo rzadko, ale zdarza się, że znajdujemy się w takiej sytuacji. Ktoś, na przykład, miał wypadek i całą twarz ma obandażowaną. Zwykle wtedy widzimy jednak choćby oczy. Czasem ludzie wkładają maski, nie chcą być rozpoznanymi lub nie chcą nawiązać kontaktu. Maska pozwala ukryć indywidualne cechy, zachować dystans. Członkowie organizacji występującej w obronie zwierząt hodowlanych „Anonymous for the Voiceless” noszą na twarzach maski, nie dlatego, że nie chcą narażać swojej prywatności, ale dlatego, aby nie zaburzać swoimi twarzami przekazu – tego co widzimy na prezentowanych przez nich filmach z przemysłowych hodowli lub rzeźni. Ludzka twarz zawsze niesie wielki ładunek informacji. W tym przypadku nie potrzeba nic dodawać do obrazu.

Tak więc twarz, a może jeszcze ściślej, to co wyraża, gdyż nie chodzi tu wyłącznie o jej fizyczne rysy czy estetyczne walory, ale właśnie o wyraz, jest absolutnie najważniejsza, kluczowa w międzyludzkich relacjach. Mówi o istocie, niektórzy powiedzieliby – o duszy, mówi o niepowtarzalnej indywidualności każdego człowieka. Mówi nie do końca. Jest ruchliwą, migotliwą zasłoną, przez którą indywidualna osobowość, przeziera, ale za którą, głębiej, mieszka tajemnica. Czy tylko ludzka twarz mówi o istocie swojego właściciela? Czy tylko ludziom służy jako medium komunikacji z innymi?

Emmanuel Levinas (1906-1995) – francuski filozof fenomenolog, jeden z twórców tzw. filozofii dialogu i etycznej koncepcji „spotkania”, „twarzy”, „Drugiego” zapytany przez swoich uczniów, czy wąż ma twarz?, odpowiedział: nie wiem.

To ważne pytanie, gdyż twarz Drugiego (człowieka) w koncepcji Levinasa zawsze wyraża prośbę o bycie dobrym, woła „nie zabijaj mnie”, domaga się moralności. Jeżeli zwierzęta miałyby twarz, to także wobec nich obowiązywałoby nas takie samo etyczne zobowiązanie.

Levinas nie wykluczał, że zwierzęta mają twarz i uważał, że można by próbować odpowiedzieć na to pytanie na gruncie filozofii. Sam nigdy nie rozszerzył swojej koncepcji na zwierzęta, choć skąd inąd twierdził stanowczo, że etyczność obejmuje wszystkie żywe istoty. Jego kontynuatorzy jednak nie zrezygnowali z drążenia tej myśli i w 2019 roku ukazał się interesujący zbiór filozoficzno-etycznych esejów: „Face to face with animals. Levinas and animal question”, w którym podejmują się zadania rozszerzenia etycznej koncepcji Levinasa na zwierzęta. (Peter Atterton & Tamara Wright [Eds.] Face to face with animals: Levinas and the animal question. Sunny Press 2019.)
Autorzy esejów twierdzą, że zwierzęta spełniają wszystkie wymogi, aby być dla człowieka levinasowym „Drugim”: są indywiduami, czują, cierpią, niektóre z nich wchodzą z nami w bliskie relacje. Są też, podobnie jak człowiek ostatecznie niepoznawalne, tajemnicze, przez co kierują nasze myśli ku transcendencji. Są więc jak najbardziej „Drugim” – kimś, wobec kogo mamy, tak jak wobec każdego drugiego człowieka, moralne zobowiązanie bycia dobrym.

Czy uczniowie Levinasa mają rację? Czy zwierzę ma „twarz” i czy może być dla nas „Drugim”? Nie jestem wprawdzie filozofem, ale jestem kimś, kto żyje ze zwierzętami, komunikuje się z nimi, i nie mam wątpliwości, że tak.
Każdy, kto bliżej poznał jakieś zwierzę wie, że to jedno, to nasze, dobrze poznane, ma swoją osobowość, indywidualny charakter, unikatowe cechy, zdolności. Że są melancholijne, psotne, radosne, osobne, towarzyskie, złośliwe. Jeżeli mamy dwa psy, koty, krowy nie pomylimy ich ze sobą. W oczywisty sposób są indywiduami. Podobnie, jak twarz człowieka tak i „twarz” poznanego indywidualnego zwierzęcia staje się czymś poza formą. Staje się tym jedynym „pyskiem”, „ryjem”, „dziobem”, wyrażającym istotę tylko tego jednego stworzenia. Ale doświadcza tego tylko ten, kto się do zwierzęcia zbliży.

Niestety, ta wypływająca z doświadczenia wiedza dotyczy w naszych czasach przeważnie tylko domowych pupili. Dawniej była powszechna, i to bez względu na warstwę społeczną. Nawet mieszczuchy wyjeżdżały na wieś na letniska. A tam, w gospodarstwach, dworskich folwarkach, zagrodach, żyły zwierzęta. Nie idealizuję tych relacji, stwierdzam tylko, że były. Zwierzęta żyły obok nas, niedaleko. Był wiadomy związek między trzepoczącą się chwilę kurą, której obcięto głowę, a rosołem. Było powiązanie między krową pasącą się na miedzy a gorącym mlekiem na śniadanie. Były relacje z końmi, i tak dalej. Był związek, kontakt, poznanie, pojawiało się zobowiązanie.

Dziś, rzadko kto osobiście zna krowę, świnię, konia, kurczaka. Nawet na wsi, ludzie coraz rzadziej, choć jeszcze to się zdarza, mają okazję być ze zwierzętami tak blisko, aby zobaczyć ich „twarze”, istotę. Widok konia na łące przy gospodarstwie, krów na pastwisku, świń w chlewie staje się wyjątkowy, egzotyczny. Mam wtedy zawsze ochotę zrobić zdjęcie, utrwalić coś, co nieuchronnie odchodzi w przeszłość.
Myśl, że może za rok, za dwa, mój starzejący się sąsiad, ostatni w okolicy hodujący stadko krów, postanowi, że dość!, nie jest miła. Na razie, to niewielkie stado spokojnie, leniwie, pasie się od wiosny na łagodnym stoku nad moim domem. Co jakiś czas krowy podnoszą głowy i patrzą, jakby wiedziały więcej i mądrzej. Jakby były ponad pośpiech, gorączkę, doraźność. Jakby niosły posłanie z wieczności. Może tym bardziej dlatego, że nie mówią, tylko patrzą. Jedna z nich zawsze na mój widok podchodzi i ociera głowę o moje ramię.

Konia nie ma już w pobliżu. Świń od dawna nikt w okolicy nie hoduje. Jeszcze kury bywa, że biegają przy domach. Coraz rzadziej. Zwierzęta gospodarskie, te, które wykorzystujemy na rozmaite sposoby, znikają z naszego otoczenia, fizycznie nieobecne stają się co najwyżej obrazem, ilustracją, dla wielu zupełną abstrakcją. Mięso w sklepie nie ma z nimi związku.

W naszej kulturze, która rzeźnie i hodowle starannie ukryła przed oczami i sercami ludzi, jest jeszcze jeden, wciąż dość powszechny, wyjątek – świąteczny żywy karp. W wielkich basenach przy supermarketach, na placach targowych. Pływający, ruszający się, a potem na naszych oczach zabijany, lub donoszony na wpół żywy do domu, i odzyskujący to życie w domu, w łazience. Rzadziej, ale wciąż to się dzieje. Działo się w moim domu. Nie potrafiłam jeść karpia, którego ostrożne ruchy w wannie obserwowałam jako dziecko godzinami. Oczywiście nie przyszłoby mi do głowy nazwać tego, co widzę „twarzą”, ale przecież jakoś, wyodrębnione z pośród innych, te pływające w wannie karpie, stawały się tymi jedynymi, jakoś poznanymi, rozróżnialnymi. Stawały się w oczywisty sposób osobne i przez to …niejadalne.

Właśnie kończy się epoka, kiedy zwykły człowiek ma szansę poznać blisko gatunki zwierząt, które wykorzystuje. Te zwierzęta bynajmniej nie znikły, nadal są, mało tego, jest ich więcej niż kiedykolwiek, ale są już poza naszym wzrokiem, słuchem, węchem, dotykiem. Wywiezione, zamknięte, ogrodzone zasiekami, miliony ich żyją, ale już anonimowo. Już nie w zagrodzie, na łące, obok. To jednak, że dla nas ludzi już nie mają twarzy, indywidualności, nie znaczy, że w ogóle jej nie mają. Żywe czujące istoty nigdy twarzy nie tracą.

Uważam, podobnie, jak uczniowie Levinasa, że współczesne okrutne traktowanie zwierząt w masowych hodowlach i rzeźniach jest pochodną odmówienia im indywidualności. W halach, klatkach, na produkcyjnych taśmach, wbrew temu co mówi nasze prawo, że zwierzę nie jest rzeczą, stają się jedynie kartezjańskimi maszynami dostarczającymi mięso, jajka, mleko, skóry, futra. Bezlitośnie eksploatowane.

A społeczna obojętność, a więc i zgoda na to co człowiek im robi, jest efektem powszechnego braku osobistego doświadczenia zwierzęcia. Zamknięte w hodowlach, rzeźniach, pojedyncze krowy, świnie, kury, ryby nadal są indywiduami, ale nie mają szansy tego pokazać.

Zdarzają się bardzo rzadkie wypadki, kiedy takie zwierzę wydobędzie się z anonimowości. Świnia uciekająca z ciężarówki w drodze do rzeźni, krowy z Deszczna, tygrysy uratowane z transportu, poparzony miś koala, natychmiast odzyskują twarz, i to nie tylko w relacji z konkretnymi ludźmi, ale nieraz i szerzej w ogóle, wobec nas wszystkich. Nic się tak naprawdę nie zmieniło w ich istocie, tylko to jedno, że przestały być tylko gatunkiem, dostały szansę pokazania, że są indywiduami. I tylko przez to stały się też momentalnie przedmiotem etycznych rozważań. Wdarły się w obszar ludzkiej moralności. Niestety, inne krowy jadą cały czas do rzeźni, anonimowo stoją w boksach przypięte do dojarek, inne tygrysy umierają w ciężarówkach. Żadne z nich nie stanie się dla nas Drugim, dopóki nie damy im tej szansy.

Czy coś zmienia się na lepsze w tej mierze? I tak i nie. Coraz więcej jest zwolenników zakazu hodowli zwierząt na futra, duże firmy wycofują się z używania jajek trójek, klatki dla kurczaków tu i ówdzie są o kilka centymetrów większe, niektóre kraje zakazują myślistwa rekreacyjnego, inne, jak Nowa Zelandia, Francja, dają zwierzętom prawa nieomal równe ludzkim, tysiące aktywistów walczy każdego dnia o ich prawa i dobrostan. Zmienia się, choć bardzo ostrożnie, nastawienie instytucjonalnego Kościoła katolickiego. Ale, spożycie mięsa nadal rośnie, a każdy, kto tylko chce o tym wiedzieć, łatwo znajdzie dowody systemowego okrucieństwa wobec zwierząt w hodowlach i w handlu. Dystans między człowiekiem i zwierzęciem zwiększa się.

Co robić, aby ludzie nie zatracili całkiem kontaktu z innymi czującymi istotami, aby pamiętali o ich godności, wartości, aby słyszeli ich, indywidualne, wołanie o bycie dla nich dobrym. Jak sprawić, aby każde zwierzę, pojedynczo, otrzymało etyczny status w ramach naszej ludzkiej moralności.

Nie wymyślę nic nowego: trzeba budzić etyczną wyobraźnię, edukować dzieci i dorosłych, robić wszystko, aby ludzie mogli osobiście spotkać się ze zwierzęciem i doświadczyć jego istoty. Przywoływać, jak najczęściej to, co mówi Katechizm naszego Kościoła, że: „Wszelkie okrucieństwo wobec jakiegokolwiek stworzenia jest sprzeczne z godnością człowieka”, i papież Franciszek, stanowczo podkreślający, że: „[…] inne stworzenia [nie] są całkowicie podporządkowane dobru człowieka, jak gdyby nie miały one wartości samej w sobie i jakbyśmy mogli nimi dysponować do woli” (encyklika Laudato’ si).

Może kiedyś spełni się marzenie, które dzielę z autorami „Face to face with animals”, że każdy człowiek będzie widział w zwierzęciu levinasowego „Drugiego”, dostrzeże jego twarz, a w niej echo niewyobrażalnego Stworzyciela.

To będzie pewno ten obiecany raj na Ziemi, gdzie „…wilk zamieszka wraz z barankiem, pantera z koźlęciem razem leżeć będą, cielę i lew paść się będą społem i mały chłopiec będzie je poganiał…” (Iz.11, 6).

Takiego świata życzę Wszystkim na zbliżające się, zawsze pełne nowej nadziei, Święta Bożego Narodzenia.

Barbara Niedźwiedzka

 

Ohara Shōson.  Dwa karpie
comments

Leave a Comment