Posted on: 3 kwietnia 2015 Posted by: ks. Bartek Rajewski Comments: 0

Rajewski Bartosz - PortretWIELKI PIĄTEK MĘKI PAŃSKIEJ
I CZYTANIE: Iz 52,13-53,12. II CZYTANIE: Hbr 4,14-16;5,7-9. EWANGELIA: J 18,1-19,42.

Jezus, dźwigając krzyż wyszedł na miejsce zwane Miejscem Czaszki, które po hebrajsku nazywa się Golgota. Tam Go ukrzyżowano, a z Nim dwóch innych, z jednej i drugiej strony, pośrodku zaś Jezusa. Wypisał też Piłat tytuł winy i kazał go umieścić na krzyżu. A było napisane: Jezus Nazarejczyk, król żydowski. Ten napis czytało wielu Żydów, ponieważ miejsce, gdzie ukrzyżowano Jezusa, było blisko miasta. A było napisane w języku hebrajskim, łacińskim i greckim.

A obok krzyża Jezusowego stały: Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria, żona Kleofasa, i Maria Magdalena. Kiedy więc Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: Niewiasto, oto syn twój. Następnie rzekł do ucznia: Oto matka twoja. I od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie.

Potem Jezus świadom, że już wszystko się dokonało, aby się wypełniło Pismo, rzekł: Pragnę. Stało tam naczynie pełne octu. Nałożono więc na hizop gąbkę pełną octu i do ust Mu podano. A gdy Jezus skosztował octu, rzekł: Wykonało się!. I skłoniwszy głowę wyzionął ducha.

Był to dzień Przygotowania; aby zatem ciała nie pozostawały na krzyżu w szabat – ów bowiem dzień szabatu był wielkim świętem – Żydzi prosili Piłata, aby ukrzyżowanym połamano golenie i usunięto ich ciała. Przyszli więc żołnierze i połamali golenie tak pierwszemu, jak i drugiemu, którzy z Nim byli ukrzyżowani. Lecz kiedy podeszli i do Jezusa i zobaczyli, że już umarł, nie łamali Mu goleni, tylko jeden z żołnierzy włócznią przebił Mu bok i natychmiast wypłynęła krew i woda. Zaświadczył to ten, który widział, a świadectwo jego jest prawdziwe. On wie, że mówi prawdę, abyście i wy wierzyli. Stało się to bowiem, aby się wypełniło Pismo: Kości Jego nie będą łamane. I znowu na innym miejscu mówi Pismo: Będą patrzeć na Tego, którego przebodli.

 

„Czy bliźni jest od blizny, czy otwartej rany?” – pyta współczesna poetka – Krystyna Miłobędzka w jednym ze swoich wierszy, na który natrafimy w tomiku pt. „Pamiętam. Zapisy stanu wojennego”. Blizna to ślad po ranie, zagojone już miejsce, czasem bardzo dotkliwego bólu. Aby powstała blizna, rana musi się zagoić, tzn. zabliźnić. Zadziwiające, że czasownikiem „bliźnić się” określamy gojenie się rany, ale także nawiązywanie bliskiej relacji międzyludzkiej – „bliźnić się” – tzn. przyjaźnić się.

„On był przebity za nasze grzechy, zdruzgotany za nasze winy. Spadła nań chłosta zbawienna dla nas, a w jego ranach jest nasze zdrowie” (Iz 53, 5) – mówi do nas Izajasz w dzisiejszym pierwszym czytaniu. Jak każdego roku, w kolejny Wielki Piątek, dla jednych pierwszy, dla innych ostatni, ze czcią całujemy zabliźnione już rany Zbawiciela. W Jego świętych ranach jest nasze uzdrowienie. To uzdrowienie naszej relacji z Bogiem. Nasza przyjaźń z Bogiem, nasze „bliźnienie się” z Bogiem ma początek w ranach Chrystusa, który przez swoją mękę i śmierć pojednał nas z Ojcem. Od tego momentu nie jesteśmy już obcymi i przychodniami, ale jesteśmy współobywatelami świętych i domownikami Boga (por. Ef 2, 19). Jesteśmy bliźnimi Boga, a zawdzięczamy to zabliźnionym ranom Chrystusa.

Paradoksalnie krzyż – narzędzie tortur i zbrodni stał się znakiem, który nas jednoczy i czyni nas bliźnimi. Gromadzimy się wokół krzyża jako Kościół, tzn. jako przyjaciela, rodzina, bliscy sobie ludzie – bliźni.  „Z przebitego boku Chrystusa wypłynęła krew i woda i tam wzięły początek sakramenty Kościoła” (Prefacja o Najświętszym Sercu Pana Jezusa). Kościół ma swój początek na krzyżu, w ranach Chrystusa, zwłaszcza w największej ranie – Jego przebitym Sercu.

Wpatrując się w blizny na ciele Jezusa, uświadamiamy więc sobie, że jesteśmy bliźnimi. Kościół jest wspólnotą bliskich sobie osób – przyjaciół. Bez tej przyjaźni, wzajemnej bliskości nie tworzymy Kościoła, ale jakąś atrapę, bliżej nieokreślony kolektywny twór. Jeżeli we wspólnocie Kościoła, począwszy od społeczności, jaką jest parafia, nie ma miłości, brakuje wzajemnej troski i poczucia braterstwa, a wszyscy są jedynie konsumentami jakichś mglistych „duchowych dóbr”, taka parafia staje się karykaturą Kościoła i zgorszeniem dla świata. To zatrważające, że tak często w parafialnych wspólnotach, które tworzymy, nie ma między nami żadnej emocjonalnej więzi, oprócz spięć i sprzeczek na przykościelnych parkingach, albo w kolejkach do konfesjonałów.

Słyszałem nie tak dawno wstrząsającą historię. W pewnej parafii mężczyzna zachorował na nieoperowalnego raka. Natychmiast powstała grupa osób, które zorganizowały pomoc, wyznaczyły sobie dyżury, według których każdy przez tydzień mieszkał w domu chorego, aby podtrzymywać go na duchu i wspierać opiekującą się nim żonę. Byli razem z cierpiącym bliźnim, codziennie oddani do jego dyspozycji, płacząc i śmiejąc się z nim, obdarzając się wzajemnie miłością, wszystko po to, aby rany powstałe na skutek choroby, mogły się zabliźniać na skutek przyjaźnienia się, tzn. „bliźnienia się”. Kto z nas byłby zdolny do takiego – przecież wcale nie aż tak bardzo heroicznego – czynu? To jest właśnie prawdziwy Kościół, który ma swój początek w ranach Ukrzyżowanego. Całując dzisiaj te rany, możesz zapytać samego siebie, co ostatnio zrobiłeś (czy w ogóle kiedykolwiek coś zrobiłeś?) nie tyle nawet dla swojej wspólnoty, ale konkretnie – dla bliźniego z tej wspólnoty, który siedzi obok ciebie w kościelnej ławce.

Gdy w takim kontekście spoglądamy na nasze krzyże codziennego życia, ogarnia nas zdumienie, że właśnie w tych krzyżach możemy stać się sobie bardzo bliscy. Te krzyże i nasze rany są między innymi po to, abyśmy stawali się dla siebie bliźnimi. Krzyż samotnej matki wychowującej z trudem i lękiem swojego jedynego syna. Krzyż zdradzonej żony, usiłującej posklejać swoje życie z okruchów szczęścia. Krzyż rodziców płaczących po stracie dziecka. Krzyż emigranta przeżywającego kolejne święta z dala od rodziny. Krzyż człowieka walczącego o dochowanie wierności słowu. Krzyż kapłana idącego ciemną doliną słabości. Te krzyże nie mogą nas zabić. Mogą nas poranić, ale paradoksalnie w tych ranach znajdujemy nadzieję i uzdrowienie. Owszem, trzeba spełnić jeden warunek – musimy być dla siebie bliźnimi, razem te krzyże dźwigać i wzajemnie się wspierać. Wówczas łatwiej nam będzie uwierzyć, że ciemność zostanie w końcu zwyciężona przez światło. Smutek zostanie okryty radością. Śmierć przezwyciężona życiem, a nienawiść podbita miłością. Odkrywając sens naszych krzyży, odkrywamy sens bycia Kościołem. Odkrywając znaczenie krzyży, odkrywamy, że najbardziej potrzebujemy uzdrowienia naszych serc. I w końcu – odkrywając znaczenie Krzyża Chrystusa, odkrywamy, że bliźni pozostaje bliźnim, nawet wówczas, gdy zadaje nam rany.

comments

Leave a Comment