Miłe dla polskiego ucha frazy z przemówienia Donalda Trumpa w Warszawie oczarowały wielu komentatorów. Słowa w polityce mają duże znaczenie, jednak w przypadku tej konkretnej osobistości ich wartość jest wielce wątpliwa.

Czego w warszawskiej mowie amerykańskiego prezydenta nie było? Był hołd i dla „cudu nad Wisłą”, i powstania warszawskiego, i Jana Pawła II. Były potwierdzenia specjalnych relacji polsko-amerykańskich, sięgających wojny o niepodległość. Było potwierdzenie zobowiązań sojuszniczych, w tym artykułu 5 paktu północnoatlantyckiego.

Nie ulega wątpliwości, że autorzy przemówienia odrobili lekcję z polskiej historii – i polskich kompleksów, na które słowa Trumpa działać musiały niezwykle kojąco. Od skierowanych dla lokalnego odbiorcy ingracjacji, istotniejsze jednak były deklaracje o globalnym zasięgu.

Podejrzewany o konszachty z Moskwą Trump, jak na siebie bardzo ostro, skrytykował Rosję za interwencje w Syrii i na Ukrainie. Skarcił też ponownie państwa NATO, które przeznaczają na obronność mniej niż 2% PKB. Jednakże najmocniej zabrzmiały wezwania do obrony wartości cywilizacji zachodniej przed zewnętrznymi wrogami – tu niedwuznacznie Trump wskazał na terroryzm islamski. W tym kontekście niektórzy publicyści uznali już przemówienie za deklarację „doktryny Trumpa”.

Powtórzmy jednak naszą wątpliwość: ile warte są słowa Donalda Trumpa, notorycznego kłamcy, zdolnego na przestrzeni jednego zdania wyrazić dwie sprzeczne z sobą myśli? Oczywiście wystąpienie prezydenckie traktować należy nie jak wypowiedź prywatną, lecz jako wyraz intencji państwa. A przynajmniej tak było dotychczas, kiedy zachowania kolejnych prezydentów mieściły się w przewidywalnej normie. Trump jest na tym tle osobliwością: nie sposób uznać go – co można było powiedzieć o poprzednikach – za emanację szerszego obozu ideowego czy dającej się precyzyjnie określić grupy interesów. To powoduje, że odczytane przez niego zdania przemówienia trudno ugruntować w bardziej przemyślanej wizji.

Skądinąd fascynujące, że człowiek, który nieomal każdą swoją myślą dzieli się ze światem za pośrednictwem Twittera, wciąż pozostaje wielką niewiadomą. Czytając teksty amerykańskich publicystów, upatrujących w jego na pozór chaotycznych działaniach dalekosiężnej strategii, przypomina się bezradność rodzimych komentatorów wobec działań Jarosława Kaczyńskiego.

Morał jest banalny: od najmilszych nawet, słownych deklaracji, istotniejsze są realne działania. A tych, w przypadku Trumpa, wciąż nie potrafimy przewidzieć.

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.