Posted on: 18 maja 2020 Posted by: Marcin Pera Comments: 0

Kościół instytucjonalny nie rozwiąże swoich problemów bez pomocy świeckich. Co ciekawe, na takie wsparcie ciągle jeszcze może liczyć. Problem polega jednak na tym, że albo nie chce, albo nie potrafi z niego skorzystać.

Kryzys, który ogarnął Kościół katolicki (a nie dotyczy jedynie pedofilii pośród księży) ma wymiar ogólnoświatowy. Globalnie z odsieczą przybyli Duch Święty, papież Franciszek i światowi twórcy kultury (skoro pierwszy z wymienionych wieje kędy chce, to pewnie wpływał na wybór biskupa Rzymu, ale być może także zainspirował Fernando Meirellesa i Paolo Sorrentino). W kraju nad Wisłą na sumienie katolików powołał innych twórców, którzy z kolei potraktowali problem (bardzo) poważnie.

Bracia Sekielscy swoimi filmami, być może mimowolnie, cucą zapadłego w letarg molocha, podają rękę całej katolickiej wspólnocie, prosząc ledwie o jedno: byśmy potrafili zachować się jak chrześcijanie. Wszak nie chodzi o nic ponad żal i postanowienie poprawy, zadośćuczynienie bliźnim, pochylenie się nad ofiarami, bycie ze słabszymi. Nawet jeśli to trudne, to trud ów płynie z chrześcijańskich fundamentów.

W przerwie pomiędzy filmami (a o tym, że będzie druga część twórcy mówili od razu po premierze „Tylko nie mów nikomu“) Kościół instytucjonalny zrobił tak niewiele, że moje uczucia, jako członka katolickiej wspólnoty oscylują pomiędzy wstydem, zażenowaniem, irytacją, złością i niezrozumieniem. Ze wsparciem przyszli katolicy świeccy, co ciekawe z, oględnie mówiąc, nie będącego ulubionym dla wielu hierarchów tzw. kościoła otwartego – przy warszawskim KIK-u i Więzi powstał telefon zaufania „Zranieni w Kościele“.

Sukces powyższej inicjatywy, w żadnej mierze (bądź niewielkiej, jeśli za takowe uznać ostatnio wydrukowanie i rozesłanie plakatów informujących o akcji przez Fundację Świętego Józefa) nie finansowanej przez instytucje kościelne w zestawieniu z dość topornym i w istotnej części reaktywnym działaniem Kościoła instytucjonalnego jest chyba najjaskrawszym dowodem na to, że Kościół sam z siebie się nie zmieni. Symbolem tego trwania jest sam biskup Edward Janiak, który za nic ma etykę chrześcijańską i własny honor, tkwi w głębokim przekonaniu, że hierarchia go uchroni. Jest o tym przekonany tak głęboko, że nie dostrzega faktu, że decyzja już zapadła i do dymisji dojdzie choćby po to, by pokazać, że Kościół instytucjonalny reaguje.

Problemem jest jednak blokada na etapie nieco wcześniejszym – duchownym en masse bardzo trudno jest spojrzeć na świeckich jako ludzi z tego samego układu słonecznego. Rzadko potrafią przełożyć w czyn słowa o służbie, zamiast tego łatwiej jest im traktować parafianina jako petenta, ucznia. Doskonale widać to w polskiej, nomen omen, hierarchii, która zdawałoby się na wyciągnięcie ręki ma dziś ludzi oferujących jej pomoc.

Wystarczyłoby tego oferowanego wsparcia nie odrzucać mówiąc uczciwie: potrzebujemy Was, Waszej pomocy. Wystarczyłoby tych wszystkich ludzi, którzy od lat oddają wspólnocie Kościoła serce przestać traktować w najlepszym przypadku z pobłażaniem (bo drwiny i pogardy przecież nie brakuje). Wystarczyłoby cofnąć się kilka kroków i – dzięki świeckim – uczynić swoje działania transparentnymi. Wystarczyłoby spróbować postępować po chrześcijańsku. I wreszcie – wystarczyłoby trochę odwagi.

A co mamy dziś? Najpewniej ciche trwanie na modlitwie, by Sekielscy odpuścili sobie tworzenie trylogii. Zwłaszcza że kilku biskupom do zasłużonej emerytury jeszcze troszkę brakuje.

* * * 

Bardzo możliwe, że nie ma na co liczyć. Lub raczej podążyć za znaną maksymą: „Umiesz liczyć? Licz na siebie!”. Przykładem takich działań są wspomniani organizatorzy „Zranionych w Kościele”, należą do nich także bez wątpienia członkowie Wspólnot Sant’Egidio. Podobnych inicjatyw jest wiele, a każdą z nich tworzą ludzie, którzy szukają swojego miejsca w Kościele. To dar (prawdopodobnie kolejny od Ducha Świętego), którego nie widzi tylko ślepiec. Zaś gardzenie tym potencjałem to jawne działanie na szkodę Kościoła. 

comments

Leave a Comment