„Co robić?” Tak brzmi podstawowy dylemat, który onegdaj stawiał sobie i swoim towarzyszom sam Włodzimierz Iljicz. Co robić, kiedy wydaje się, że coś robić trzeba, ale nikt nie wie jak? Taki dylemat (aż obawiam się nazwać go leninowskim) dopadł mnie po wysłuchaniu wielkopiątkowej homilii abp. M.Jędraszewskiego w Kalwarii Zebrzydowskiej.

Tłumy wiernych, głęboko przejętych starodawnym rytuałem Misterium Męki Pańskiej, namacalnie odczuwających razy padające na ciało Pana, wstrząśniętych Jego bólem i Jego kaźnią, słyszą słowa swego Pasterza: „Zastosowano wobec Niego te mechanizmy, które i wtedy i dzisiaj są nam bardzo dobrze znane, a które językiem współczesnym można nazwać najpierw ulicą. Podburzyć tłum, wzbudzić wśród ludzi tak wielkie emocje, by krzyczeli tylko jedno „Ukrzyżuj Go, na krzyż z Nim!” (…) Więc ulica, ale także zagranica. Odwołanie do ówczesnego głównego ośrodka życia politycznego, administracyjnego, militarnego, do Rzymu, do cesarza i presja polegająca na tym, że jeżeli Piłat będzie dalej bronił Chrystusa to znaczy, że jest wrogiem cesarza. (…) I ta presja ze strony zagranicy miała znowu bardzo znane nam i dzisiaj mechanizmy. Najpierw pieniądze. Płacenie podatków. Sugerowanie tego, że jeśli Chrystus jest królem, to do Rzymu, do stolicy cesarstwa nie popłyną podatki w zamierzonej wcześniej sumie. (…) A potem drugi argument, odwołujący się do ludzkiej pychy, do tego kto naprawdę sprawuje władzę nad światem. Św. Jan pisze: „Żydzi zawołali, jeśli Go uwolnisz, nie jesteś przyjacielem cezara. Każdy kto się czyni królem, sprzeciwia się cezarowi”. I wobec tej presji ulicy i zagranicy Piłat okazuje uległość”.

Arcybiskup metropolita krakowski głosząc homilię w dzień upamiętniający śmierć Chrystusa na krzyżu, dzień gdy nikną nasze ziemskie, doczesne spory, dzień naznaczony metafizycznym dreszczem i lękiem, dzień będący pamiątką tamtego Piątku, kiedy Bóg wcielony wydał się na mękę za swe ludzkie dzieci, raczył okrasić swe słowo zwrotem z katalogu przekazów dnia Prawa i Sprawiedliwości. Wplótł partyjną propagandę w słowa wielkopiątkowej homilii. Uznał za stosowne użycie doraźnej politycznej retoryki jako ilustracji przekazu mającego służyć wyjaśnieniu pasyjnej tajemnicy. A zatem wytwór spin doktorów PiSu stał się dla krakowskiego metropolity godnym i właściwym środkiem wyrazu mającym nas otworzyć na Prawdę boskiej ofiary, największej tajemnicy i największej świętości chrześcijaństwa. Nie wiem, czy można znaleźć bardziej odpowiednie określenie tego zdarzenia, niż zgorszenie. Ja poczułem się zgorszony, tak, właśnie zgorszony! Jakże bowiem inaczej nazwać wykorzystanie liturgii i to w dzień Męki Pańskiej, do przekazu łączącego ewangeliczną treść z partyjną formą?

Nie gorszą mnie bynajmniej polityczne poglądy abp. Jędraszewskiego. Skoro wielu hierarchów wyraża sceptycyzm wobec licznych aspektów programu i działań obozu „dobrej zmiany”,  to przyznajmy krakowskiemu metropolicie prawo do sympatyzowania z tym środowiskiem. Prywatne opcje polityczne biskupów są kwestią ich sumienia i nic nam do tego. Co innego jednak, gdy biskup, w którego posługę jest przecież wpisane jednoczenie i umacnianie swych sióstr i braci w wierze, zaczyna przemawiać językiem propagandy partyjnej podczas liturgii, tu nie ma już miejsca na prywatność. II Sobór Watykański w Dekrecie o Pasterskich Zadaniach Biskupów w Kościele: „Christus Dominus” mówi tak: „Biskupi  muszą przeto ciągle dokładać starań, by wierni coraz głębiej poznawali i przeżywali poprzez Eucharystię tajemnicę paschalną celem wytworzenia jednego, mocno zwartego Ciała w jedności Chrystusowej miłości, „pilnując modlitwy i posługi słowa” (Dz 6,4), niech dołożą trudu, by wszyscy powierzeni ich opiece byli jednomyślni w modlitwie, a przez przyjmowanie sakramentów wzrastali w łasce i byli wiernymi świadkami Pana.” Czy misja pasterska może być właściwie realizowana przy użyciu przekazu jednoznacznie kojarzącego się z konkretną partią polityczną? Czy da się osiągnąć „jednomyślność w modlitwie” stosując retorykę jednoznacznie kojarzącą się tą partią. Abp Jędraszewski nie może przecież sadzić, iż rzesze słuchające go w Kalwarii złożone są wyłącznie z sympatyków Prawa i Sprawiedliwości, dlaczego zatem mówi językiem partyjnym? Partia to pojęcie wzięte z łacińskiego słowa pars – część, naturą partii politycznych jest reprezentowanie tylko fragmentu opinii publicznej, partie nie łączą, partie dzielą. No chyba, że mówimy o masowych partiach totalitarnych, które dążyły do pełnego utożsamienia się z państwem i społeczeństwem. Nie wiem, czy krakowski metropolita zdaje sobie sprawę, iż wypowiadając się podczas homilii jako pasterz Kościoła katolickiego, czyli powszechnego i jednocześnie dostrajając swój głos do  tonacji przekazu jednej partii, dokonuje zgubnego zabiegu utożsamienia nauczania Kościoła i partyjnej doktryny. To droga do zguby!

Zapisanie Chrystusa umierającego na krzyżu do PiSu to czyn gorszący, wprost nie mieszczący się w głowie. Może abp. Jędraszewski nie wiedział co czyni, może poniosła go retoryczna fantazja? Chciałbym wierzyć, że tak było. Co jednak uczynić, aby uświadomić mu i wielu jemu podobnym, jak wielki błąd popełniają, jak wielkie zgorszenie sieją, jak daleko odchodzą od ewangelicznego orędzia jedności? Nie wiem! Wszelkie listy, oświadczenia, napomnienia, których było już tak wiele, zdają się słowami rzucanymi na wiatr. Każde z nich może zostać zanegowane gdyż zostało wypowiedziane przez konkretne środowisko. Jeśli coś powiedziały Kluby „TP”, dla Christianitas i Frondy jest to a priori głos lewactwa, niewarty wspominania, no i vice versa, niestety. Jesteśmy beznadziejnie podzieleni, niezdolni do wspólnej reakcji, Nawet jeśli biskup w sposób ewidentny sprzeniewierza się swej misji, nie wypowiemy się na ten temat, bo to „nasz” biskup, trzeba go wspierać i chronić, choćby plótł androny. Na dziś, jedyne co mi przychodzi do głowy jako właściwa reakcja na błędy naszych pasterzy, to modlitwa. Najpierw ta własna, cicha, ta do której wzywa Jezus: „Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. (Mt. 6.6)”, ale ostatecznie może i ta publiczna. Za wszelką cenę trzeba unikać umieszczania modlitwy w politycznym kontekście, ale tu przecież nie o ów kontekst idzie. Może trzeba po prostu pomodlić się za naszych pasterzy aby umieli zdystansować się od swoich politycznych sympatii, aby zdołali odrzucić pokusę utożsamienia się z bliską sobie „częścią” (pars) dla dobra tych swoich owiec, które się z ową „częścią” nie identyfikują. Aby pojęli, że ludzi żyjących słowem Bożym można znaleźć wśród sympatyków różnych „części”, i że nie można ich odrzucać poprzez wypowiedzi wzięte ze słownika aparatczyka partyjnego. Jak trafić do sumienia krakowskiego metropolity i jemu podobnych, jak uświadomić mu, że nie można mówić o najgłębszych tajemnicach wiary językiem PiS, PO, PSL, Nowoczesnej, SLD itp.? Nie wiem! Może ktoś z Państwa ma pomysł, dzięki któremu zdołamy w ostatniej chwili zatrzymać się na drodze prowadzącej nasz katolicyzm ku zgubie? A może już jest za późno?

comments