Posted on: 18 czerwca 2015 Posted by: ks. Bartek Rajewski Comments: 0

bartek_rajewskiAdrian Chiles, dziennikarz BBC, zorganizował sobie „wielkopostny challenge” – codziennie chodził na mszę św., ale zawsze do innego kościoła. Swoimi doświadczeniami podzielił się przed tygodniem na łamach internetowego magazynu BBC News (http://www.bbc.co.uk/news/magazine-32849125). Pośród przygód, które opisał, znajdziemy m.in. wzruszającą historię pewnej Polki z Our Lady of Grace and St Edward. Znajdziemy też wspomnienie o pięknym kościele St Patrick’s na Soho Square, który często staje się domem bezdomnych.

Ciekawe, że autor w swoich refleksjach odwołuje się niemal wyłącznie do tego, co zewnętrzne. Najwięcej miejsca poświęca walorom estetycznym (tudzież historycznym) odwiedzanych świątyń oraz dziwnym ludziom bądź kuriozalnym sytuacjom. Nie ma zbyt wiele o liturgii (dowiadujemy się jedynie, że powinna być zawsze świeża). Próżno szukać jakichkolwiek informacji o duszpasterstwie, działających w parafii wspólnotach, pomysłach i inicjatywach pastoralnych etc. O przepowiadaniu, a więc sztuce prawienia kazań dowiadujemy się tyle, że kazanie powinno być krótkie, tzn. ksiądz powinien robić użytek ze swojego głosu na ambonie nie dłużej niż przez 30 minut (wg mnie to i tak za długo).

Wędrowiec z BBC poczynił także ciekawe spostrzeżenia odnośnie wieku wiernych, których zastał w katolickich angielskich kościołach m.in. w Londynie, Birmingham, Swansea i Manchesterze. Średni wiek uczestników nabożeństw to późna siedemdziesiątka. Pocieszająca ma być obecność na niemal każdej mszy przynajmniej jednej młodej rodziny z małymi dziećmi. Najczęściej – jak dodaje – były to rodziny azjatyckie. Swoją drogą szkoda, że na trasie jego wędrówki nie znalazła się żadna polska parafia, których w samym tylko Londynie jest piętnaście.

Adrian Chiles wspomina także o księżach: jedna trzecia – super, jedna trzecia – ok, jedna trzecia – frustraci. Podsumowując – nie najgorzej. Choć tych ostatnich, wrogo nastawionych, nie powinno być wcale. Słusznie dziennikarz pisze, że potrzebuje księdza, który pomoże mu duchowo przeżyć mszę św. Taki ksiądz ma się cieszyć z obecności wiernych, a nie wyglądać, jak „znudzony ratownik na basenie” (świetna metafora, bo praca ratownika „basenowego” to rzeczywiście mega nudna robota).

Churching Adriana Chilesa od strony dziennikarskiej to inicjatywa bardzo ciekawa. Do pewnego stopnia jest to również interesująca propozycja dla tych, którzy szukają rozwoju życia duchowego, wspólnoty i miejsca dla siebie, gdzie usłyszą sensowne kazanie, zostaną wysłuchani w konfesjonale i dostaną szansę spotkania kogoś, kto nie będzie uciekał od trudnych pytań o wiarę. Nie może to być jednak szukanie bez końca.

Jeśli jeszcze nie znalazłem odpowiedniej dla siebie wspólnoty, albo nie rozwijam się w tej, której jestem częścią, nie tylko Wielki Post, ale każdy inny czas (może z wyjątkiem wakacji) wydaje się być dobry na zrobienie „kościelnego przeglądu” i dokonanie wyboru tej wspólnoty, od której nie tylko czegoś konkretnego będę oczekiwał i wymagał, ale której przede wszystkim stanę się częścią, poświęcę nie tylko swój czas i pieniądze, ale także, a może przede wszystkim, swoje życie. Rodzi się jednak pytanie, czy aby na pewno uzyskujemy pełny obraz, mogący stanowić obiektywną płaszczyznę porównawczą, jeśli jedną parafię odwiedzamy we wtorek, a inną w niedzielę?

Istnieje też konkretne niebezpieczeństwo. Takie podejście do sprawy może zakończyć się nieustannym poszukiwaniem nowych wrażeń, wygodniejszych warunków, większego parkingu i lepszych kaznodziei, a więc ciągłym szukaniem wspólnoty idealnej. Wybieranie wciąż na nowo miejsc, gdzie uczestniczę we mszy św., doprowadzi do sytuacji, że nigdzie nie będę miał swojego kościoła, swojej wspólnoty, swojego domu i swojej rodziny. Zawsze będę gościem. Krótko mówiąc, stanę się „kościelnym konsumentem”, klientem innej co niedziela parafii, od której będę oczekiwał tylko i wyłącznie zaspokojenia moich duchowych, a częściej estetycznych i kulturalnych, potrzeb.

Tak więc churching, jako sposób na znalezienie swojego miejsca i odnalezienie autentycznego i konkretnego doświadczenia Kościoła – jak najbardziej tak. Zaś churching, jako nieustanna wędrówka w poszukiwaniu wygody i najlepszych ofert, gotowych zaspokoić najbardziej wysublimowane gusta religijnych konsumentów – zdecydowanie nie.

*Młodzi ludzie często praktykują clubbing, czyli nocne chodzenie po klubach. Znamy też shopping, czyli chodzenie po sklepach. Katolicy w Polsce podłapali pomysł, z tym, że szukają najlepszego miejsca na celebrowanie mszy świętej. Takie poszukiwanie nazwano churchingiem – chodzeniem po kościołach.

comments

Leave a Comment