Już mi się chciało pochwalić Pana Prezydenta Dudę i jego kancelarię. Pomyślałem sobie – wszyscy walczymy z mową pogardy i nienawiści, ręce wyciągamy w różne nieoczekiwane strony, nadarza się okazja, napiszę parę miłych słów. Byłem otóż wczoraj w pałacu prezydenckim, gdzie zorganizowano z okazji 30. rocznicy rozpoczęcia obrad Okrągłego Stołu, debatę oksfordzką. Wyjaśnię, że to forma zorganizowanej dyskusji dwu czteroosobowych ekip, które mają za zadanie bronić bądź obalić postawioną tezę. Uczestnicy mają ściśle określone role i muszą trzymać się zasad, spośród których najważniejsze dotyczą tzw. kultury debaty: języka, gestu, jakości argumentów, kurtuazji wobec adwersarza.

Każdy, kto ma okazję przysłuchiwać się takiej debacie prowadzonej na wysokim poziomie, dostrzega bez wątpienia jak wielki dystans dzieli ją od tego, co na co dzień obserwujemy w naszym życiu publicznym, jaką przewagę nad politykami, czy dziennikarzami mają licealiści, niekiedy z małych i odległych od stolicy miast. Ucieszyłem się, że ktoś z otoczenia Prezydenta, może on sam, wpadł na pomysł aby usadzić przy oryginalnym meblu w oryginalnej sali, młodzież z Ostrzeszowa i Olsztyna dając im szansę pokazania jak może wyglądać publiczna debata.

Wszystko szło pięknie. Debatanci przejęci, ale nie tracący rezonu, prowadzący debatę umiejętnie pokazujący wartość takiej formy pracy z młodymi, nawet pan Prezydent przemówił w duchu koncyliacyjnym, podkreślając, że nie będzie odnosił się do oceny historycznej wydarzeń sprzed trzech dekad, bo pozostawia to uczestnikom debaty. Ręce się składały do oklasków – młodzież zadowolona, ich nauczyciele dowartościowani, propagatorzy debat (do których mam przyjemność się zaliczać) zachwyceni promocją. Cud, miód, zupełnie nie jak w naszym kraju. Niektórzy zaczęli już powoli przesuwać się w stronę bocznej sali gdzie podgrzewał się prezydencki catering. Nie ma to jak dobrze zjeść w miłej atmosferze…

W ostatniej kolejności zapragnął jednak zabrać głos obecny jako „ekspert”, prezydencki doradca prof. Andrzej Zybertowicz, skądinąd nie historyk i raczej nowicjusz w ocenianiu debat oksfordzkich. Najpierw raczył podzielić się oceną, że „z punktu widzenia optimum analitycznego (sic!) była to debata na niskim poziomie”. Trochę się żachnąłem, czyżby profesor oczekiwał refleksji na poziomie seminarium naukowego? A może po prostu tak bezkompromisowy w obronie standardów akademickich? Nikt nas jednak nie przygotował na to co wybrzmiało z ust profesorskich chwilę później: „… do dziś wielu obserwatorów nie uświadamia sobie, jak głęboka prawda była w komentarzu Andrzeja Gwiazdy, który powiedział, że podczas obrad Okrągłego Stołu komuniści podzielili się władzą z własnymi agentami”.

Cóż powiedzieć? Sapienti sat! Nie ma sensu, ani potrzeby komentować słów, które mówią wszystko o ich autorze, a chyba jeszcze więcej o tym, który je aprobująco cytuje. Po 24 godzinach doszedłem do wniosku, że cała sprawa nie zasługuje chyba na wyłącznie negatywne reakcje. Tak, to prawda, uświadomił młodym i ich nauczycielom jak dalecy są od „optimum analitycznego”, obraził pamięć Mazowieckiego, Geremka, Turowicza, Lecha Kaczyńskiego (o zgrozo), kwalifikując ich jako agentów. Mnie to nie dziwi, tego typu szkodliwe androny, wygłaszane nie znoszącym sprzeciwu tonem, słyszeliśmy i będziemy słyszeć jeszcze nie raz. „Spuśćmy zasłonę miłosierdzia na koniec tej sceny”, jak skomentował Mark Twain występ Tomka Sawyera w szkółce niedzielnej. Jednak dwóch rzeczy nie jestem prof. Zybertowiczowi wybaczyć. Najpierw tego, że skutecznie zawłaszczył przekaz medialny o całej imprezie (a obecne były wszystkie najważniejsze media). Zamiast o debatach oksfordzkich jako szkole cywilizowanej debaty publicznej mówiono o jego występie. Dzisiejsze reakcje w internecie też koncentrują się niemal wyłącznie na jego komentowaniu. Jeśli Prezydent i jego współpracownicy liczyli, że wyprofilują się na promotorów kultury słowa i dyskusji, to Profesor skutecznie zapobiegł przestawieniu zwrotnicy w tym kierunku. W sumie może to i dobrze, jeśli bowiem całe przedsięwzięcie było tylko elementem operacji wizerunkowej, to profesorska szczerość postawiła je w prawdzie. Druga pretensja tyczy poczęstunku, na który się szykowałem. Kuchnia w Pałacu Prezydenckim, można było się spodziewać uczty dla zmysłów. Nic z tego! Najpierw szukałem Profesora, aby mu powiedzieć słów parę, ale okazało się, że zniknął. Wyrzekł swe mądrości i oddalił niepostrzeżenie w głąb pałacowych czeluści. Poza tym jeść mi się odechciało! I tego Zybertowiczowi nie wybaczę!   

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.