Posted on: 20 kwietnia 2018 Posted by: Paweł Stachowiak Comments: 0

Trudno o historię zdawałoby się tak czystą i szlachetną, tak moralnie jednoznaczną, jak powstanie w warszawskim getcie. Takim ono w swej istocie było, zrywem dokonanym w imię ocalenia ludzkiej godności. Któż nie pamięta słów Marka Edelmana: „Czy to w ogóle można nazwać powstaniem? Chodziło przecież o to, żeby się nie dać zarżnąć, kiedy po nas z kolei przyszli. Chodziło tylko o wybór sposobu umierania.” Moralna jednoznaczność czynu i ofiary bohaterów getta szybko została jednak zabarwiona sporami. Najpierw zaczęli spierać się oni sami, ci którym dane było przetrwać, później zaś ich walka zaczęła być przedmiotem wykorzystywania przez rozmaitych kreatorów polityki pamięci, szczególnie w Polsce i w Izraelu.

Przyjrzyjmy się choćby dwu wielkim postaciom, Markowi Edelmanowi i Icchakowi Cukiermanowi – Antkowi. Pierwszy – członek socjalistycznej partii „Bund”, bohater boju w getcie, po załamaniu Mordechaja Anielewicza faktyczny przywódca powstania a później wspaniały lekarz i działacz opozycji demokratycznej w PRL. Drugi – charyzmatyczny aktywista syjonistyczny związany z ruchem „Dror”, wydelegowany do kontaktów z polskim podziemiem, po wojnie w Izraelu wraz ze swoja żoną Cywią (Celiną) Lubetkin, organizator kibucu im. Bohaterów Getta, ikona żydowskiej walki o własne państwo w Palestynie. Obaj członkowie Żydowskiej Organizacji Bojowej walczącej w warszawskim getcie, obaj przeżyli. Jakże różnie potoczyły się ich losy po wojnie. Pierwszy pozostał w Polsce uznając, że tu jest jego miejsce, drugi wyjechał do Erec Israel, i poświęcił swe życie budowie tego państwa. Pierwszy – bohater w Polsce, zapomniany w Izraelu, drugi mało znany w Polsce, czczony w państwie żydowskim. W getcie przyjaciele, później poróżnieni. Edelman opisuje jako traumę swą wizytę w Izraelu, nie potrafił dogadać się z Antkiem i Celiną, kłócili się, Cukierman próbował mu na odjezdne wetknąć czekoladę, on jej nie wziął. Banał, śmieszne, małostkowe, dwu bohaterów getta spiera się o tabliczkę czekolady. Tymczasem ten spór dotykał istoty rzeczy, dlatego był tak przepełniony emocjami. Dla Edelmana walka w getcie była prostym odruchem – walką w obronie ludzkiej (nie wyłącznie żydowskiej) godności, dla Cukiermana – walką dla Izraela, wymarzonej żydowskiej ojczyzny. Dlatego po wojnie w Izraelu Antek był i jest bohaterem, Edelman zaś tym, który nie zrozumiał czym jest dla Żydów własne państwo. Edelman nie walczył w getcie o państwo Izrael w Palestynie, Żydzi byli dla niego Polakami żydowskiego pochodzenia a ich miejsce było tu, gdzie żyli od stuleci, nigdzie indziej. Jego przyjaciel Antek Cukierman miał całkiem inny pogląd. Dla niego straceńcza walka bohaterów getta była przede wszystkim czynem, który winien wskrzesić żydowskie państwo w Palestynie, przekonać, że Żydzi są narodem jak inne, zdolnym do suwerennego bytu we własnej politycznej wspólnocie. Czyn zbrojny miał dać ideowy i moralny fundament dla Izraela, wyśnionego państwa, w którym Żydzi będą u siebie i tylko u siebie. Obaj są bohaterami, ale jeden raczej w Polsce, drugi raczej w Izraelu.

Jest jeszcze tajemnicza i wciąż kontrowersyjna sprawa Żydowskiego Związku Wojskowego. Wedle wielu relacji miał on odegrać w powstaniu rolę o wiele istotniejszą niż ŻOB. Należeli do niego podobno przedwojenni oficerowie wojska polskiego pochodzenia żydowskiego, miał posiadać większe zasoby broni i amunicji niż ŻOB a nade wszystko był organizacją nie lewicowej proweniencji. Historia zachowała jednak przede wszystkim czyn i zasługi bojowników ŻOB, bohaterowie ŻZW utonęli w niepamięci. Stało się tak dlatego, że niemal nikt z nich nie wyszedł z getta żywy. Ten brak wiarygodnych źródeł zaowocował przekłamaniami, a nawet zmyśleniami, od których roi się w dostępnej literaturze poświęconej ŻZW. Trudno jednak nie dostrzec, iż ta formacja stała się ofiarą celowego działania mającego zatrzeć pamięć o niej. Nawet Edelman i Cukierman, jakkolwiek różniący się w wielu kwestiach, tutaj są jednomyślni. W zasadzie całkowicie pomijają w swych wspomnieniach rolę ŻZW. Czy byli obiektywni? Zapewne nie. Czy ich to kompromituje? Nie sądzę. Byli ludźmi zanurzonymi w konflikty i emocje tamtej epoki, żyli tym co dla nas należy już do dawno minionej przeszłości. Wrogość socjalistycznego Bundu Edelmana, lewicowego syjonizmu Cukiermana i prawicowo – narodowego Betaru, z którego wywodzili się przywódcy ŻZW nie zniknęła nawet w obliczu Zagłady i kształtowała później poglądy tych, którzy jej uniknęli. Jeśli widzimy dziś jak kłócą się ze sobą bohaterowie „Solidarności”, jak bardzo pragną utrwalić swoją i tylko swoją „prawdę” o przeszłości, to nie powinno nas dziwić, że bohaterowie getta czynili podobnie. Niestety dziś w atmosferze walki między „dwoma Polskami”, które wciągają w swój spór wszystkie postaci i wydarzenia, także te z przeszłości, nie jesteśmy w stanie uniknąć wykorzystywania również tamtej historii. Może nieco upraszczam, ale wydaje mi się, że bohaterowie ŻOB zostali dziś zapisani do PO a bohaterowie ŻZW do PiS. Jedni budują legendę Edelmana, drudzy próbują ja zrelatywizować historią „zapomnianej” ŻZW.  Piotr Gontarczyk, czołowy historyk prawicy, przywraca pamięć „Betaru”, nacjonalistycznej organizacji żydowskiej, z której mieli się wywodzić przywódcy ŻZW i kreuje narrację, wedle której powstanie w getcie było dziełem Polaków żydowskiego pochodzenia a nie po prostu Żydów. Prawdziwy węzeł gordyjski. Kim byli bohaterowie getta, o co walczyli: o godność, o Polskę, o Izrael? Zapewne wtedy, w płonących murach kamienic przy Nalewkach, przy Śliskiej, Miłej, byli po prostu ludźmi, zdesperowanymi, wyzbytymi nadziei i wiary w przyszłość, dopiero później uczyniono ich protagonistami walki o pamięć.

Jednolita interpretacja walk w getcie warszawskim nie jest zapewne możliwa, tym bardziej, że ciągle są one przedmiotem operacji polityki pamięci, ciągle wielu zależy na tym aby ich bohaterów wciągnąć w szeregi własnej, zinstrumentalizowanej wersji przeszłości. Wszelako my w Polsce 75 lat po tamtych dniach powinniśmy pamiętać o jednym. Powstanie w getcie warszawskim było w istocie polskim powstaniem, zrywem, którego symbolem stały się dwie flagi powiewające na budynku przy placu Muranowskim: biało czerwona i biało niebieska, symbol pożądanego przez wielu powstańców braterstwa a może nawet deklaracją polskości w szerokim, nie etnicznym rozumieniu tego słowa. Śp. Władysław Bartoszewski mówił: „Powstanie w getcie to było pierwsze powstanie warszawskie, pierwsza wielka akcja zbrojna na ulicach Warszawy od dni oblężenia, od września 1939 roku.” I dodawał: „Dla mnie wielkość tego zrywu polega na tym, że był to bój w kompletnej beznadziejności. Typowo polska walka o honor. Tak romantyczne powstanie mogli zorganizować tylko polscy Żydzi. Powtarzam: polscy. W żadnym innym kraju opanowanym przez Hitlera takie polsko-żydowskie szaleństwo nie było możliwe.” Uznajmy, że był to czyn głęboko zakorzeniony w polskiej tradycji, tyle że polskość powinniśmy tu rozumieć inaczej niż zwykliśmy to czynić dziś. Wszyscy bohaterowie getta byli obywatelami polskimi, równymi w prawach i obowiązkach z obywatelami innego pochodzenia etnicznego. W tym sensie, szerokim, obywatelskim byli więc Polakami. Gente Iudaeus, natione Polonus (rodem Żyd, narodem Polak) jak mawiano w dawnej Rzeczpospolitej. Jeśli zaakceptujemy taką, obywatelską definicję polskości, to przestaniemy mówić o stosunkach polsko żydowskich w okresie II RP i podczas okupacji, bo były to przecież stosunki polsko – polskie. Być może zacznie nas być stać na tak wielkoduszne, szczere, prawdziwie chrześcijańskie spojrzenie na ten tragiczny czas, jakie zaproponował w swym wiekopomnym tekście „Biedni Polacy patrzą na getto”, opublikowanym w 1987 r. na łamach „Tygodnika Powszechnego”, prof. Jan Błoński. Być może zamyślenie nad ofiarą getta pomoże nam, tu i teraz zrozumieć to co napisał niegdyś Julian Tuwim – Polak żydowskiego pochodzenia: „Jestem Polakiem, bo mi się tak podoba. To moja ściśle prywatna sprawa, z której nikomu nie mam zamiaru zdawać relacji, ani wyjaśniać jej, tłumaczyć, uzasadniać.”

comments

Leave a Comment