Właśnie przeczytałem „List otwarty katolików świeckich do biskupów” opublikowany dziś jako: „sprzeciw wobec użyciu policji do ścigania rzekomej profanacji obrazu Matki Boskiej częstochowskiej poprzez wpisanie w aureolę tęczy”. Być może po raz pierwszy mam problem z poczuciem pełnej solidarności ze stanowiskiem, pod którym podpisało się wielu ludzi, których znam, i których zdanie z reguły w pełni podzielam. Dlaczego?

Zasadnicza teza listu, krytykująca sposób zatrzymania autorki grafiki z tęczą okalającą głowę Matki Boskiej Częstochowskiej, cyniczne gry polityków pozujących na „unus defensor Mariae” oraz hipokryzję hierarchów Kościoła, absolutnie nie budzi moich wątpliwości. Pod zdaniem: „Państwo, które wtrąca się w sacrum, w istocie rzeczy je desakralizuje, czyni czymś pospolitym, uprzedmiotawia. Upaństwowiona religia, a przez to w rzeczy samej upolityczniona, traci swą sakralność, staje się zwyczajną ideologią, przed czym przestrzegał Papież Franciszek. Niesie to dla niej śmiertelne zagrożenie, zatruwa jej religijne i humanistyczne przesłanie”, podpisuję się oboma rękami. Nie mogę jednak tak łatwo przejść do porządku dziennego nad określeniem „rzekoma profanacja” i słowami: „tęcza nie jest symbolem uwłaczającym – przypominamy, że np. Matka Boska Kodeńska ma także aureolę tęczową, a ikona Maiestas Domini przedstawia Chrystusa, którego stopy spoczywają na tęczy, co ma podkreślać Jego jedność i równość z Bogiem Ojcem Wszechmogącym.”

Słuchałem wczoraj wystąpienia Donalda Tuska na obchodach 100 rocznicy mojej Alma Mater – Uniwersytetu Poznańskiego, klaskałem, ale gdy minęły emocje wywołane niewątpliwym talentem oratorskim byłego premiera, zrozumiałem, że dokonał pewnego nadużycia. Aby ukazać absurd traktowania tęczy jako powodu zgorszenia, przywołał przykład „Sądu ostatecznego” Hansa Memlinga, gdańskiego arcydzieła malarstwa gotyckiego, na którym Chrystus sędzia zasiada na tęczy. Internet zawrzał, memy, komentarze, wielce dowcipne bon moty: „Uprzejmie informuję, że niejaki Hans Memling pomiędzy 1467 a 1471 obraził uczucia religijne wszystkich malując Chrystusa na tęczy w scenie Sądu Ostatecznego”, „Wsadźcie tego Memlinga do jednej celi z tą panią, którą właśnie aresztowaliście za domalowanie tęczy na reprodukcji obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej.”, to przykłady komentarzy, które zdają się ukazywać absurd oskarżania autorki inkryminowanego obrazu o obrazę uczuć religijnych. Autorzy „listu otwartego” zdają się podzielać ten sposób myślenia: tęcza nikogo nie może obrażać, gdyż jest symbolem uniwersalnym, ponadczasowym i nie można go łączyć ze współczesnymi wojnami kulturowymi.

Otóż rzeczywistość nie jest tak prosta. Jaką bowiem treść niesie symbolika tęczy – aureoli nad głową Częstochowskiej? Czy tę samą, która jest obecna w dziele Memlinga? Czy tak oczywistym jest, że idzie jedynie o biblijny sens nadziei, wybaczenia i miłosierdzia? Przecież wiemy, że w happeningu, którego dokonała p. Elżbieta Podleśna, chodziło o coś innego, mianowicie o apologię całego systemu norm, wartości i postulatów  środowisk LGBTQ. Mój przyjaciel i uczeń Piotr Jóźwik, z-ca redaktora naczelnego poznańskiego „Przewodnika Katolickiego”, tak to skomentował: „Kościół podkreśla godność każdej osoby, także homoseksualistów. Postulaty ruchów LGBT idą jednak dalej i dotyczą m.in. małżeństw osób tej samej płci czy możliwości adopcji dzieci przez takie pary, a to jest już zdecydowanie sprzeczne z chrześcijańską wizją człowieka. Dlatego to połączenie może być dla osób wierzących obraźliwe.” Właśnie, przecież p. Podleśna nie wykorzystała tęczy, jako symbolu chrześcijańskiej nadziei i miłosierdzia, ale jako bojowy znak walki o postulaty środowisk LGBTQ. Użyła jasnogórskiej ikony jako oręża w walce o swe ideały, z punktu widzenia nauczania Kościoła nieortodoksyjne. Czy miała do tego prawo? Tak, nie mam wątpliwości, że miała, ściganie jej za to jest wyrazem ograniczania wolności słowa i przekonań. Nie twórzmy jednak wrażenia, że nie narusza to wrażliwości wielu wierzących, że ich nie uraża.

Autorzy i sygnatariusze „Listu otwartego” nie mają wątpliwości, że obraza uczuć religijnych jest tu „rzekoma”. Czyżby? A może ich pewność jest przejawem arogancji środowisk „katolicyzmu otwartego”, dla których pojęcia „bluźnierstwa” i „obrazy uczuć religijnych” są przebrzmiałym symbolem kościelnego, przedsoborowego ancien regime’u? Przypomnijmy sobie słowa Ewangelii: „Strzeżcie się, żebyście nie gardzili żadnym z tych małych” (Mt. 18.10) i „Lecz kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą we Mnie, temu byłoby lepiej kamień młyński zawiesić u szyi i utopić go w głębi morza.” (Mt. 18.6) Czy mamy prawo, nasze otwarte, koncyliacyjne, wyrozumiałe i tolerancyjne poglądy uznawać za normę absolutną? Czy katolik, który nie czytuje na co dzień „Tygodnika Powszechnego” i „Więzi”, choć jednocześnie nie jest również wyznawcą Radia Maryja, który darzy prostą ufnością i czcią jasnogórską ikonę, a jednocześnie poważnie traktuje głos swoich Pasterzy, nie ma prawa czuć się zgorszonym jej użyciem dla doraźnych celów naznaczonych znamieniem polityczno – kulturowej walki. Wiem, ten sam katolik powinien jednocześnie gorszyć się wykorzystywaniem Jasnej Góry przez nacjonalistów spod znaku ONR, potępiać przyzwalanie dla jej profanowania i to za przyzwoleniem OO. Paulinów, stróżów tego miejsca. Sprzeciw wobec tego co jest nam obce nie uprawnia jednak do wykorzystywania jasnogórskiego wizerunku do celów, które zdają się nam ideowo bliższe. Nie możemy być hipokrytami, nie wolno nam oceniać słów i czynów ze względu na to kto jest ich autorem a nie na to jaką niosą treść. Jeśli krytykujemy czynienie z Jasnej Góry  teatru nacjonalistycznej propagandy, nie możemy się godzić na to, że będzie ona używana dla propagowania innych idei, niechby nawet nam bliższych.

Dlatego zawahałbym się przed złożeniem podpisu pod „listem otwartym”. Nie mogę bowiem zgodzić się z poglądem, że działania p. Elżbiety Podleśnej nikogo nie urażają. Nas w środowiskach „otwartego katolicyzmu”, zapewne nie, ale doprawdy, czy nasze „otwarcie” wyznacza w tej kwestii normę, czy zgorszenie „maluczkich” zasługuje tylko na pobłażliwość, łagodne zrozumienie dla ludzi prostych? Czy nie wykazujemy się tu arogancją ludzi wykształconych, pozornie więcej rozumiejących? Czy nie zapominamy o tych słowach: „Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. Kto się więc uniży jak to dziecko, ten jest największy w królestwie niebieskim. I kto by przyjął jedno takie dziecko w imię moje, Mnie przyjmuje” (Mt 18. 3-5). My się już niemal niczym nie gorszymy, a jeśli już to pozostawiamy sobie nasze zgorszenie dla piętnowania głupoty i ograniczoności biskupów w okolicznościach takich jak ostatnia z udziałem ordynariusza tarnowskiego. Czy mamy jednak odmówić prawa do zgorszenia tym, którzy nie aprobują wykorzystywania drogiego dla nich wizerunku jasnogórskiego, którzy chcą aby cenną dla nich symbolikę zostawić w spokoju? Dla mnie gorszycielami są zarówno p. Podleśna, jak również OO. Paulini wpuszczający w obręb jasnogórskich wałów dziarskich młodzieńców z ONR.

Nie mam wątpliwości, że trzeba piętnować nadużycia władzy, instrumentalizowanie wiary i Kościoła, ale nie uznawajmy przy okazji za godne pochwały ranienia uczuć ludzi wiary szczerej i prostej!

     

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.