Lekcja mądrości

Niepamięć bywa błogosławiona. Goi rany z przeszłości, łatwiej pozwala przebaczać albo odzyskiwać zaufanie do bliźnich czy siebie samego. Ale ta sama niepamięć to kalectwo albo pułapka, gdy z przeszłości chcemy za wszelką cenę wyciągnąć, jak z banku, korzyści na przyszłość. Wtedy najczarniejszy obraz z wczoraj, potrzebny jak listek lauru na głowę, może prowadzić do nieprawdy.

Będę szczera: zupełnie nie rozumiem, dlaczego musieliśmy z takim natężeniem obchodzić 13 grudnia czyli 31. rocznicę wprowadzenia w Polsce stanu wojennego. Bo to było potrzebne nie tylko niektórym kręgom opozycji, czym się nie chcę zajmować. To było po prostu świętowanie, chociaż przecież ta data nie nadawała się do tego zupełnie. Przecież myśmy tutaj sięgnęli po tak mało fortunne zagrania, jak tak zwane rekonstrukcje z przebieraniem się w akcesoria tamtego dnia i powtarzaniem scen, które miały być pełne martyrologii, a były z konieczności tylko zabawą. Przecież rozpętano w mediach całą rzekę wspomnień, które okazywały się często konfabulacją. I nawet trudno mieć pretensje do dziennikarza, który dziś ma niepełną trzydziestkę, że np. nie wiedział, iż z internowania działacze Solidarności często wychodzili nie na wolność, lecz do więzienia kończącego się procesami. Wspomnienia ludzi rozciągały się od zupełnej czarności po naiwną nierealność. I jedyną możliwość zrozumiałego odniesienia do tamtego czasu – to znaczy skupioną pamięć o ofiarach, a także ludziach najbardziej zasłużonych – jak zwykle potraktowaliśmy prawie marginesowo.

Dlatego chciałabym przypomnieć ten zespół faktów związanych z tamtym rozdziałem historii, o którym ku mojemu zdumieniu nikt w tym roku nie powiedział ani słowa. Było bardzo dużo odniesień do autora stanu wojennego, pełnych nieukrywanej chęci jak najsurowszego wymierzenia kary bodaj dzisiaj. Był gorszący telewizyjny spór dokoła wiadomości o polityku odwiedzającym gen. Wojciecha Jaruzelskiego w szpitalu. Więc może przypomnijmy, że tuż po zawieszeniu stanu wojennego, w czerwcu 1983 roku Jan Paweł II odwiedził Polskę jeszcze pełną więźniów, a podczas tej wizyty nie tylko przyjął gościnę w Belwederze i wysłuchał przemówienia generała, na które odpowiedział punktując wszystkie swoje zatroskania o Polskę, ale także kilka dni później spotkał się z gen. Jaruzelskim na Wawelu, odbywając długą rozmowę w cztery oczy, której treści nigdy nie poznaliśmy. Dla nas była to przecież lekcja prawdziwej mądrości i powagi w odniesieniu do najtrudniejszych egzaminów.

Czy nie było lepiej dziś sięgnąć po tamte homilie i czytać je niekoniecznie w aurze rozkołysanych emocji, jakie np. towarzyszą manifestacjom ulicznym? Do życzeń składanych czytelnikom przed tygodniem, po wszystkich przeżyciach ostatnich dni, chciałabym dołączyć jeszcze to jedno życzenie: żebyśmy mogli lepiej obchodzić się z pamięcią i niepamięcią. Tym bardziej, że mamy, chociaż już po tamtej stronie, Nauczyciela i Mistrza.

Tysiąc dobrych znaków

Im więcej dociera wiadomości o podejmowanych w tysiącach miejsc Polski staraniach o bliźnich, o sprawienie im chociaż chwili radości na Boże Narodzenie, tym większa nadzieja, że nie zatryumfują nad nami wydarzenia ponure i pokusa, aby na nich się skupić, szukając winnych, koniecznie za dzielącymi nas barykadami.

Chciałabym dzisiaj po prostu dołączyć swoje życzenia do tego tysiąca dobrych znaków. I będzie to życzenie bardzo proste: aby jak najwięcej z nas potrafiło ofiarować komuś na Gwiazdkę swój czas i swoją obecność. Nawet bez prezentu, bez paczki, bez odśpiewanej kolędy, jeżeli brak nam głosu i słuchu. Największym ciężarem człowieka było, jest i będzie osamotnienie, i jeśli tylko można na chwilę bodaj je unicestwić, ofiarując czas bez rachuby, obecność, która potrafi obyć się bez słów, ale jest otwarta na tego, przy którym usiądziemy, to Boże Narodzenie staje się znowu rzeczywiste, a nie tylko tradycyjne i konwencjonalne.

Gdy przyjdą do ludzi samotnych – i w swoim odczuciu niepotrzebnych – wolontariusze ze wspólnoty parafialnej, oby mieli chwilę więcej czasu, by nie tylko złożyć życzenia i wręczyć upominek, ale pozostać dłużej. A najbardziej marzę o ziszczeniu się rzeczy niewyobrażalnej w tej chwili: że właśnie w wielkie święta, takie jak Boże Narodzenie i Wielkanoc, samotni w domach, z których już wyjść nie potrafią, doczekają się wysłannika niosącego im Eucharystię. Chrześcijanie pierwszych wieków, docierający z Eucharystią także do więzień, pewnie by nie uwierzyli, że to w naszych warunkach uznawane jest za niewykonalne, chociaż tak właśnie jest na przykład w Polsce. Wierzę, że kiedyś okaże się to możliwe.

Popieram ministra Boniego

Umarł Przyjaciel – prof. Jacek Woźniakowski – jeden z tych, którzy rozpoczynali historię „Tygodnika Powszechnego”, a potem całego środowiska. I chciałoby się spokojnie skupić na wspominaniu z wdzięcznością całego Jego dorobku i wspólnych przeżyć. A tymczasem nie da się nie reagować na zjawisko tak dotkliwe i sytuację tak dojmująco aktualną, jak apel ministra administracji i cyfryzacji, Michała Boniego.

I od razu powiem, że hasłem wywoławczym jest dla mnie kategoryczne stwierdzenie: Michała Boniego, który zaapelował o przeciwstawianie się mowie nienawiści i wszelkim objawom nietolerancji, trzeba poprzeć, bo on ma rację. Gdybym to mówiła głośno, postarałabym się o trzy wykrzykniki. Boni ma rację w tym, że wreszcie nas wezwał do spojrzenia prosto w oczy złu, które przecież nie od dziś jest rzeczywistością społeczną i polityczną; z której wyniknąć może nieprzewidywalny w skutkach wybuch destrukcji.

Opinia dostarczana nam przez media zawiera od czasu wygłoszenia apelu ministra Boniego głównie protesty, krytyki i wybrzydzania. „To nic nie da” – mówią jedni i tłumaczą dlaczego. „To będzie miało skutki gorsze od samej choroby” – mówią inni. Większość stara się dowieść, że zjawisko albo nie istnieje albo jest winą i odpowiedzialnością tylko strony przeciwnej. Wtedy następuje licytacja na słowa nienawiści i takie, które nimi jeszcze nie są albo językoznawcze wywody, co to jest mowa – w tym również mowa nienawiści. Kończy się na wymienianiu nazwisk i atakowaniu konkretnych postaci za pojedyncze zachowania, a niebezpieczeństwo, które nam wisi nad głowami zostaje zignorowane. Tymczasem Michał Boni może się mylić w wielu praktycznych propozycjach, ale winien być słuchany w tym, co najważniejsze: w nazwaniu choroby, która nas toczy. Zamiast uświadomienia sobie, że ta choroba zagraża państwu, a nie lokalowi jednej partii czy jednego stowarzyszenia.

Kontynuuje się w polskich mediach nieodpowiedzialne zagęszczanie sensacyjności. Chciałabym wreszcie zobaczyć dziennikarza, który odbierając telefon agresywnego słuchacza, obrażający jakiegoś jego przeciwnika, zareaguje bodaj jednym słowem. Chciałabym zobaczyć program informacyjny, w którym po raz dziesiąty w ciągu dnia nie zostanie pokazany polityk znieważający swojego wroga w imię podobno najświętszych przekonań i wartości. Chciałabym bez lęku przyjmować komunikat o uroczystej ofierze mszy świętej, która nie będzie stanowiła tylko usprawiedliwienia dla dalszych punktów tego samego programu już ściśle politycznych zachowań, np. marszu, transparentów, skandowania haseł.
Nienawiść może bowiem zawłaszczyć także świat wartości i to byłoby najgroźniejsze.

To, co dobre

Zagęściło się od złych słów i złych myśli do tego stopnia, że po prostu w samoobronie odwracam się w poszukiwaniu czegoś dobrego, tak jak się ucieka z przestrzeni pełnej zaduchu. I nie muszę długo szukać, gdy z krakowskiego Klubu Inteligencji Katolickiej przychodzi hasło: „Zaczynamy od początku” – to tytuł wieczoru poświęconego wznowionej przez Znak książce Hanny Malewskiej „Przemija postać świata”.

Dyskusja i refleksja nad spojrzeniem na dzieje chrześcijaństwa w odległych wiekach, w których doświadczenie konfrontacji jego misji z wstrząsami wydarzeń historycznych było szczególnie przejmujące i do dziś dnia jest nam potrzebne w naszych rozterkach. Jak to dobrze, że Znak powrócił do obrony pamięci jednej z najcenniejszych pisarek; jak to dobrze, że w Klubie przy Siennej toczą się takie rozmowy. Samo hasło: „zaczynamy od początku” to właśnie wyzwanie mądrego optymizmu przeciw szaleństwom, od których dziś się roi.

I nie jest to wcale samotny wyjątek. Dopiero co przemknęła mi z jakiejś telewizyjnej dyskusji wiadomość o sesji w Gdańsku (wcale nie polityków), na której radzono na temat „Jak być dobrym?”. Tylko na chwilę otworzyłam w niedzielę radio na pierwszym programie i trafiłam na rozmowę o samotności w małżeństwie (tej chcianej i tej zagrażającej) tak ciekawą, że wysłuchałam jej do końca z wdzięcznością. Kiedy miałam dosyć niedzielnych ujadań na tematy polityczne – w każdym programie zapowiadanym jako dyskusja – przełączyłam się na audycję „Między niebem a ziemią”, żeby skupić się na serwisie informacji z Kościoła w świecie, a potem na zwierzeniach uczestników debaty o tym, jak każdy z nich rozumie i widzi swoje słowa wiary w Boga i Ojca. Jedyne, co mi przeszkadzało, to rodzaj pośpiechu, z jakim te zwierzenia czyniono – nie trzeba było długo słuchać, by zrozumieć, że uczestnicy mają po prostu bardzo mało czasu na tak ważną wymianę myśli.

Niedzielny program „Między niebem a ziemią”, tak jak i „Poranek familijny” w pierwszym programie PR, to najlepszy kontrargument dla nieprawdziwego hasła, że mamy w Polsce jedno jedyne medium katolickie. Oby tylko miały trochę więcej czasu na to, co robią, a zwłaszcza nie żałowały czasu na rozmowę, której wszyscy potrzebujemy. Nie byłoby też źle, gdyby więcej komunikatów na temat tego, co w Polsce jest dobre i ciekawe, a przede wszystkim tego co nam pomaga, mogło być propagowane nawzajem, choćby w sferze mediów katolickich. Niechby były przeglądy prasy, które nie pominą żadnego tytułu ze względów rywalizacji; niechby w „Tygodniku Powszechnym” kronika religijna powiększyła się, np. dwukrotnie, dzięki czemu sam dział „Kościół w Polsce” zawierałby wtedy więcej komunikatów tego wartych. Czy to są marzenia tylko moje własne?

Pytanie o patriotyzm

Kiedy w „Tygodniku Powszechnym” na 11 Listopada przeczytałam tekst ks. Adama Bonieckiego („Wspólnota”, „TP” nr 46, 11 listopada 2012, str. 2) zrobiło mi się żal, że autor, cytując na końcu wiersz Kasprowicza, po prostu nie przepisał go w całości. Wydaje mi się, że ta poezja jest już zupełnie zapomniana, a w każdym razie wśród setek tysięcy słów wypowiedzianych z okazji tego święta ani jedno nie było nawiązaniem do oskarżenia i wyznania sprzed tylu lat. Pewnie słusznie, bo nikt dziś zdawał się nie potrzebować w tym dniu rachunku sumienia, za to trybunów oskarżających było bez końca.

Najbardziej zdumiało mnie wyznanie pewnej posłanki biorącej udział w Marszu Niepodległości, że widziała w nim całe rzesze „wielkich patriotów”. Po czym poznaje się takich ludzi w marszu masowym, podczas którego jedynym obowiązkiem jest spektakularne kroczenie w pochodzie, ewentualnie ze skandowaniem i podnoszeniem flag? Patrząc wstecz na Dzień Niepodległości, mam wrażenie, że słowem najczęściej używanym było w nim nawet nie imię ojczyzny, lecz właśnie słowo „patriotyzm” traktowane jako wyróżnik i jako cnota najwyższego rzędu. Tylko że wszystko, co w tym słowie jest zawarte, dla wypowiadających się zdawało się realizować przede wszystkim w tym marszu. Nie we mszy za ojczyznę, nie w odwiedzinach grobów, nie w milczącym hołdzie i nie w radości, z jaką każdy – świadomy, że uroczystość casino online należy do niego i jest ogromnym darem – chce po prostu się cieszyć.

Gdybym była w stanie uczestniczyć w warszawskich wydarzeniach niedzielnych, chciałabym – odszedłszy sprzed Grobu Nieznanego Żołnierza, gdzie w dalszym ciągu i zawsze powinno się zaczynać świętowanie 11 Listopada – pójść z wieloma ludźmi podobnie jak ja czującymi, jeszcze w dwa miejsca: do podziemi katedry, gdzie spoczywają prezydenci dwudziestolecia i prymas Wyszyński, a także na Pole Mokotowskie, gdzie od niedawna dzieje się coś bardzo ważnego i wyczekiwanego: odkrywane są nareszcie szczątki ofiar stalinizmu, bohaterów najczarniejszego okresu terroru powojennego. Chciałabym pobyć tam, żeby im wszystkim podziękować za to, co dostaliśmy znowu i czego obyśmy nigdy nie zmarnowali.

Bronię kultury dyskusji

Nie mam jeszcze nowego numeru „Tygodnika Powszechnego”. Przypuszczam, że to, co było najgłośniejsze w minionych dniach „Tygodnik” skomentował. Ale ja chciałabym pierwsze linijki poświęcić samemu „Tygodnikowi”, żeby szczerze powiedzieć (a to w związku z apelem redakcji do przełożonych Redaktora Seniora – „Tygodnik Powszechny” nr 45, 4 listopada 2012, str. 3), że wcale tak bardzo się nie martwię zakazem wydanym mu przez zwierzchność rok temu, żeby nie występował w telewizji ani radiu.

Awantury, które zaprezentowały oba media w ostatnich dniach, kiedy dziennikarze bez najmniejszych zahamowań wrzeszczeli na siebie nie pozwalając na żadną dyskusję, a gospodarze programu nie był w stanie nad nimi zapanować, postawiły kropkę nad i wobec poczucia, że wypowiedzi przed kamerami i mikrofonami to marnowanie czasu. Jeżeli ktoś, kto stanowi autorytet duchowy i umysłowy, może zamiast udziału w takich gremiach napisać jeszcze parę książek, które będą czytać bodaj i nasze wnuki, to naprawdę nie warto się martwić. No i na pewno nie warto używać w „Tygodniku” nieuprzejmych form interwencji, zwłaszcza na terenie tak delikatnym, jak przełożeństwo i posłuszeństwo w zakonie. I na pewno również nie warto obdarzać prawem publikacji listów, których autorzy nie mają odwagi podpisać się nazwiskiem, o podaniu nazwy miejscowości nie wspominając.

Ja wiem, że kultura publicznej dyskusji już prawie zanika, ale trzeba jej bronić na takich łamach jak „Tygodnik”, cokolwiek by się działo.

A drugą uwagę odnieść chcę właśnie do tego tematu, który w ostatnim tygodniu spowodował największe poruszenie i zgorszenie równocześnie. To nie policzone sytuacje wytykania przez polityków, dziennikarzy i odbiorców, kto powinien był zjawić się na pogrzebie prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego w świątyni Opatrzności Bożej, a kto się nie zjawił. Każdy, kto zabierał głos, demonstrował najwyższy stopień zgorszenia, oburzenia, gniewu i pretensji. Także ci, którzy sami na pogrzebie nie byli. I jak gdyby nikt nie zdawał się ani przez chwilę pamiętać, że gdyby tam zjawili się ci wszyscy przedstawiciele władzy (którzy nota bene reprezentowani byli każdy przez swego zastępcę), nikt pewnie nie byłby w stanie zapewnić, że powagi żałobnej nie zdepcze buczenie, obelżywe okrzyki, znieważające transparenty i że po prostu najbliższa rodzina zmarłego tego właśnie nie chciała i na to nie zasługiwała.

Na koniec jedno życzenie, prawie modlitwa: żeby w tym roku Święto Niepodległości nie zostało sprofanowane jak w zeszłym.