Głos z głębi serca

EWANGELIARZ NIEDZIELNY, 12 maja 2019

NIEDZIELA DOBREGO PASTERZA

J 10, 27-30

Jezus powiedział:

«Moje owce słuchają mego głosu, a Ja znam je. Idą one za Mną, a Ja daję im życie wieczne. Nie zginą na wieki i nikt nie wyrwie ich z mojej ręki. Ojciec mój, który Mi je dał, jest większy od wszystkich. I nikt nie może ich wyrwać z ręki mego Ojca. Ja i Ojciec jedno jesteśmy».

czytaj więcej…

Niedorzeczna gadanina kobiet

EWANGELIARZ NIEDZIELNY, 21 kwietnia 2019

ZMARTWYCHWSTANIE

Łk 24, 1-12

W pierwszy dzień tygodnia niewiasty poszły skoro świt do grobu, niosąc przygotowane wonności. Kamień zastały odsunięty od grobu. A skoro weszły, nie znalazły ciała Pana Jezusa. Gdy wobec tego były bezradne, nagle stanęło przed nimi dwóch mężczyzn w lśniących szatach. Przestraszone, pochyliły twarze ku ziemi, lecz tamci rzekli do nich: «Dlaczego szukacie żyjącego wśród umarłych? Nie ma Go tutaj; zmartwychwstał.

czytaj więcej…

Tajemnica obecności

EWANGELIARZ NIEDZIELNY, 17 marca 2019

II NIEDZIELA WIELKIEGO POSTU

Łk 9, 28b-36

Jezus wziął z sobą Piotra, Jana i Jakuba i wyszedł na górę, aby się modlić. Gdy się modlił, wygląd Jego twarzy się odmienił, a Jego odzienie stało się lśniąco białe. A oto dwóch mężów rozmawiało z Nim. Byli to Mojżesz i Eliasz. Ukazali się oni w chwale i mówili o Jego odejściu, którego miał dopełnić w Jeruzalem. Tymczasem Piotr i towarzysze snem byli zmorzeni. Gdy się ocknęli, ujrzeli Jego chwałę i obydwu mężów, stojących przy Nim.

czytaj więcej…

Ogołocić siebie

EWANGELIARZ NIEDZIELNY, 24 marca 2019

VII NIEDZIELA ZWYKŁA

Łk 6, 27-38

Jezus powiedział do swoich uczniów:

«Powiadam wam, którzy słuchacie: Miłujcie waszych nieprzyjaciół; dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą; błogosławcie tym, którzy was przeklinają, i módlcie się za tych, którzy was oczerniają. Jeśli cię kto uderzy w policzek, nadstaw mu i drugi. Jeśli zabiera ci płaszcz, nie broń mu i szaty. Dawaj każdemu, kto cię prosi, a nie dopominaj się zwrotu od tego, który bierze twoje. Jak chcecie, żeby ludzie wam czynili, podobnie wy im czyńcie.

czytaj więcej…

Cuda ludzkie i cuda Boże

EWANGELIARZ NIEDZIELNY, 20 stycznia 2019

II NIEDZIELA ZWYKŁA

J 2, 1-11

W Kanie Galilejskiej odbywało się wesele i była tam Matka Jezusa. Zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów. A kiedy zabrakło wina, Matka Jezusa rzekła do Niego: «Nie mają wina». Jezus Jej odpowiedział: «Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czy jeszcze nie nadeszła godzina moja?» Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: «Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie».

Stało zaś tam sześć stągwi kamiennych przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń, z których każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary. Jezus rzekł do sług: «Napełnijcie stągwie wodą». I napełnili je aż po brzegi. Potem powiedział do nich: «Zaczerpnijcie teraz i zanieście staroście weselnemu». Ci więc zanieśli.

Gdy zaś starosta weselny skosztował wody, która stała się winem – a nie wiedział, skąd ono pochodzi, ale słudzy, którzy czerpali wodę, wiedzieli – przywołał pana młodego i powiedział do niego: «Każdy człowiek stawia najpierw dobre wino, a gdy się napiją, wówczas gorsze. Ty zachowałeś dobre wino aż do tej pory».

Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie.

Do Kany, gdzie Go zaproszono na wesele wraz z pierwszymi uczniami, trafił Jezus trzeciego dnia po chrzcie w Jordanie. Jego Matka przybyła tam wcześniej.

Wesele było już rozkręcone na całego (trwało zazwyczaj siedem dni, prawdopodobnie był to schyłek weselnego tygodnia), gdy wydarzyła się przykra niespodzianka. Miriam (być  może pomagająca w kuchni) zobaczyła pustą spiżarnię. Ani jednego dzbana. Weselnicy wysuszyli wszystko do ostatniej kropelki, w czym niemały był udział krzepkich rybaków z Betsaidy i ich kolegów.

Właściwie nie Ona była za to odpowiedzialna, ale miała współczujące serce. Co za wstyd dla Pana Młodego, wobec zgromadzonych gości! Czego, jak czego, ale wina – napoju życia i radości, tak cenionego przez żydowską społeczność, niemal świętego – nie mogło na weselu zabraknąć.

Co robić? Do kogo się zwrócić po pomoc? Starosta dba o organizację i czuwa nad wszystkim, ale nie do niego należy przygotowanie odpowiedniej ilości trunku. Pan Młody? Przecież to jego Święto, zapatrzony w młodą żonę nie może być obarczony tym obowiązkiem. Więc kto? Skąd przyszło jej do głowy, że Syn może coś poradzić? Nie miał pieniędzy, nie mógł dokupić wina. Jednak wbrew rozsądkowi zgłosiła się do Niego. O nic nie prosiła. Zawiadomiła krótko o nieprzyjemnej sytuacji. Wiedziała, że taka informacja skierowana imiennie-obliguje.

Odpowiedź usłyszała szorstką i nieuprzejmą. „Kobieto nie nasza sprawa! Jeszcze nie czas!”

A jednak to Jej inicjatywa sprowokowała cud. Ona widziała brak. Ona powiedziała synowi. A odpowiedź zrozumiała po swojemu: „Nie nasza sprawa? No to już jest nasza! Nie nadeszła godzina? No to właśnie nadeszła”

Nie wdając się w dalsze przekonywania i argumenty spokojnie podpowiedziała sługom, żeby robili, co każe. Była pewna, że Syn do nich podejdzie? Może oni podeszli do Niego? Ona w każdym razie zrobiła, co do niej należało. I być może bardzo spokojnie, z wielką ufnością, znów poszła do kuchni, dajmy na to, pozmywać naczynia.

Słudzy jej posłuchali. Wbrew rozsądkowi nalali do pustych stągwi (one też już były opróżnione?) wody po brzegi. Woda w stągwiach być powinna, więc to jeszcze nic takiego. Jednak potem posłuchali Jego rozkazu, żeby tę wodę w dzbanach zanieść na stół. Nie mieli żadnej pewności, co się potem stanie, ale zaufali i przynieśli. No i – zbaranieli. Bo tylko oni wiedzieli, jak było naprawdę.

Sama zamiana wody w wino jest znakiem wielkim, bogatym w znaczenia, odwołującym się do symboliki Starego Testamentu, tradycji i obyczaju. Można o tym przeczytać w rożnych opracowaniach. Skupmy się tutaj na ludziach, dzięki którym mogła się ona  dokonać.

Bo to, że Miriam podeszła z informacją właśnie do Syna- to był cud. Musiało w Niej zapalić się światełko i Ktoś pokierował Jej krokami. To, że wbrew rozsądkowi słowa Syna wytłumaczyła sobie akurat odwrotnie, nie zważając na ich szorstkość – to też cud. Robiła dokładnie coś przeciwnego, niż powiedział, pewna, że właśnie to właściwe działanie. Słudzy posłuchali kobiety, która nie była gospodynią tego wesela – to też cud. Natrudzili się, nosząc do stągwi około 700 litrów wody (to musiało potrwać) i nie zachwiali się w tym, nie napełnili na przykład tylko jednej stągwi, na próbę, ciekawi, co się dalej stanie, ale karnie nanosili wody do sześciu – cud. Potem wbrew rozsądkowi zanieśli w dzbanach wodę na stół, wiedząc, jakie nieprzyjemne dla nich mogą być konsekwencje takiego niewczesnego żartu – też cud. I dopiero te wszystkie poszczególne małe cuda, które dokonały się w sercach zwykłych ludzi i dzięki ich wysiłkowi zamieniły się w czyn – umożliwiły dokonanie przez Jezusa Wielkiego Cudu.

Bóg posługuje się nami, by z naszych małych kroczków stworzyć rzeczy wielkie. Potrzebuje naszych decyzji, naszych czynów i naszej ufności i odwagi, żeby sprawić cud. Dopuszcza nas na różne sposoby do współpracy z Sobą, nawet, gdy dla Niego nie jest to konieczne. Przecież wiedział, że nie ma wina – ale zaangażował Matkę, aby Mu to powiedziała. Mógł Jej delikatnie wyjaśnić, co ma powiedzieć służbie, ale wystawił Ją na próbę i nie ułatwił zadania. Mógł jednym swoim słowem wypełnić stągwie wodą, albo od razu winem – a jednak zaangażował ręce i grzbiety sług, a dopiero, gdy się namęczyli zamienił ich wysiłek w słodycz.

A po fakcie każdy mógł powiedzieć, albo przynajmniej sobie pomyśleć: „Ach, ten Rabbi to cudotwórca, ale beze mnie nic by nie zrobił.”

 

Jak słodko jest współpracować z Panem w cudzie! Niestety, często nie odpowiadamy na  zaproszenie, szczególnie, gdy jest ono nieoczywiste, gdy zostawia przestrzeń na naszą wolę i decyzję. Wahamy się, boimy, niepokoimy, nie mamy pewności.

Panie! Zapraszając nas do Swego działania, daj nam siłę, odwagę, ufność, abyśmy bez wahania spełniali, co nam powiesz.  Poszerzaj i rozpalaj nasze serca do Twoich zadań!

Miriam, pomóż! Naucz, jak bez zbytniego wielosłowia wchodzić w Boże zaproszenie! Jak angażować się w Jego cud!  Amen.

 

 

Tajemnica, odwaga i cichość

EWANGELIARZ NIEDZIELNY, 23 grudnia 2018

IV NIEDZIELA ADWENTU

Łk 1, 39-45

W tym czasie Maryja wybrała się i poszła z pośpiechem w góry do pewnego miasta w ziemi Judy. Weszła do domu Zachariasza i pozdrowiła Elżbietę.

Gdy Elżbieta usłyszała pozdrowienie Maryi, poruszyło się dzieciątko w jej łonie, a duch Święty napełnił Elżbietę. Wydała ona głośny okrzyk i powiedziała: «Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona. A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie? Oto bowiem, skoro głos Twego pozdrowienia zabrzmiał w moich uszach, poruszyło się z radości dzieciątko w moim łonie. Błogosławiona jest, która uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Jej od Pana».

 

Jak opisać takie spotkanie? Ewangelista mógłby zaangażować wymiar kosmiczny. „Mgławice zadrżały w tym Dniu, dalekie słońca przygasły wobec blasku tego Poczętego, który wkroczył w łonie Matki do domu krewnej. Konstelacje zmieniły swoje konfiguracje, a muzyka sfer niebieskich zagłuszyła wszystko inne”. A jeśli nie kosmos, to choć naszą planetę „Na Ziemi oceany wytrysnęły w niebo jak fontanny, pustynia zakwitła bujną roślinnością, zwierzęta zatrzymały się w biegu, a wszyscy ludzie odczuli głęboką radość.”  Albo co najmniej, „Orszak królewski towarzyszył Dzieweczce, a trąby anielskie grzmiały”.

Ale przecież tak nie było.

Spotkanie wydarzyło się w cichym zakątku globu, w małym miasteczku o nieustalonej nazwie, na podwórku lub na progu całkiem zwykłego domu, całkiem zwykłej rodziny. Wydarzyło się między dwoma nieznanymi w świecie, ani na królewskich dworach, cichymi, prostymi kobietami. Młodsza pobiegła w góry, do swojej starszej krewnej. Z nowiną? Po radę? Po wsparcie? Biegła sto pięćdziesiąt kilometrów z Nazaretu do Ain -Karim, (jak chce tradycja, choć w ewangelicznym opisie nie ma tej nazwy). Łukasz nie pisze nic o trudach i niebezpieczeństwach podróży, która musiała trwać co najmniej pięć dni. I pięć nocy. Jednym zdaniem, jak skokiem, pokonuje góry, zbójnickie jaskinie, dzikie zwierzęta. I już Miriam stoi przy furtce, już wita krewną. I od razu słyszymy niezwykłe słowa Elżbiety. Skąd ona to wszystko wie? Miriam nie zdążyła jeszcze wspomnieć o swoim zdumiewającym spotkaniu z  Bożym Posłańcem i jeszcze daleko do czasu, gdy jej brzemienność będzie widoczna. A Elżbieta woła „Matka mojego Pana!” Bo dzieciątko poruszyło się w jej łonie? To chyba nie aż taki dziw w szóstym miesiącu ciąży. Kopie, przesuwa się, zmienia położenie – normalka!

W jaki sposób leciwa matka miałaby wyjaśnić, że zamknięte w łonie dziecko przekazało jej pełną i niezwykłą informację? Sama tego nie wie! „Błogosławiona, któraś uwierzyła w Słowo dane ci od Pana” – mówi do dziewczątka. Tak, to był cud, i ten przekaz niebiański i szalona wiara i odwaga Miriam, która zgodziła się na wszystko i to, że Słowo było zarazem poczęciem i ten nieulękły bieg przez góry… o tak, błogosławiona! Lecz i Elżbieta błogosławiona, bo uwierzyła w wiadomość przekazaną z wnętrza, skąd raczej nie przenikają aż tak dokładne informacje. Dziecko nienarodzone powiedziało jej, jak wielka Tajemnica weszła w progi tego domu, a ona uwierzyła!

Ten dialog zapiera dech. Rozmawiają najpierw ci Dwaj, Prorok i Zbawiciel, jeszcze fizycznie nie gotowi do przyjścia na świat. Młodszy nawet jeszcze nieukształtowany cieleśnie, dla samej Matki jeszcze nie wyczuwalny!

Dwie przyszłe matki, wyrażają w natchnieniu wszystko, czego się dowiedziały w sposób niezwykły, wszystko, czego doświadczają, w co są zaangażowane, co je przerasta, wyśpiewując hymny i błogosławieństwa!

Jedyny taki moment całkowitego zrozumienia, wspólnego uniesienia i radości.

Co się dzieje potem? Nic niezwykłego. Miriam zostaje u ciotki, może jej pomaga, aż do chwili porodu. I dalej o Elżbiecie, ani nawet o jej dziecku (oprócz imienia) nie ma ani słowa, aż do jego dorosłości, gdy odziany w skóry prorokuje na pustyni. Życie Proroka między tym dniem, gdy przemówił do Matki z jej wnętrza, a dojrzałym życiem pustelniczym, wydaje się być zwykłym życiem, zwykłego niemowlaka, dziecka, młodzieńca, mężczyzny. Życie jego Matki upływa w milczeniu.

A Miriam? Jeszcze sen Józefa, który chroni ją przed wygnaniem, a potem wielkie wydarzenie Narodzenia, na które tak niecierpliwie teraz czekamy, o którym trzeba mówić osobno. Jeszcze dziwne zdarzenie w Świątyni, może jedno słowo w Kanie – a poza tym zwykłe życie. Do czasu.

Elżbieta być może nie dożyła dnia, w którym Jan poszedł na pustynię. Miriam towarzyszyła Synowi do Jego śmierci, lecz wiele wskazuje na to, że prócz kilku przebłysków,  nie zawsze pamiętała o Jego niezwykłym pochodzeniu i misji. Dopiero na starość opowiada o tym Łukaszowi, jakby chcąc przywołać postać swojej krewnej i oddać jej należną pamięć.

Być może te dwie kobiety już nigdy potem się nie spotkały. Może nie miały nigdy okazji wspólnie wspominać i cieszyć się raz jeszcze tym wydarzeniem, patrząc na swoich dorastających synów.

To był moment wybrany przez Pana. Moment, w którym wicher Ducha tańczył i buzował między kobietami i ich dziećmi. A potem –  życie zwyczajne, ciche, monotonne, wypełniane obowiązkami i zadaniami na każdą godzinę dnia.

*    *   *

Jakże często my, jeśli wydarzy nam się w życiu moment olśnienia, ekscytacji, nagłego otwarcia się Tajemnicy (którym to momentom przecież daleko do tego, co One przeżyły), przy każdej okazji karmimy się wciąż bledniejącym jej blaskiem, wyciskamy do dechy wszystkie, z czasem słabnące, emocje,  przypominamy i przypominamy, wreszcie wspominamy wspomnienie, bo źródło wyblakło.

Może warto przechowywać wszystko w swoim sercu? Może dopiero z czasem, po latach zachowując taki skarb w milczeniu, zobaczymy nie tylko błysk, ale trwałą jasność? Może, gdy zaprzestaniemy ekscytacji i oprzemy się powierzchownej potrzebie ciągłego wydobywania emocji ze wspomnienia, jaśnieć będzie ono coraz jaśniej? Aż zobaczymy Twarzą w Twarz?

Miriam! Dziewczynko mądra i natchniona! Elżbieto! Pani, późno pobłogosławiona! Pomóżcie mi odważnie wchodzić w niezrozumiałą Tajemnicę. Strzeżcie mego języka, trzymajcie na wodzy moje łatwe i szybkie emocje! Aby Tajemnica we mnie, dana mi przez Pana, zjaśniała we właściwym czasie pełnią blasku! Amen.