Religia upolityczniona

EWANGELIARZ NIEDZIELNY, 15 lipca 2018

XV NIEDZIELA ZWYKŁA

Mk 6,7-13

Jezus przywołał do siebie Dwunastu i zaczął rozsyłać ich po dwóch. Dał im też władzę nad duchami nieczystymi. I przykazał im. żeby nic z sobą nie brali na drogę prócz laski: ani chleba, ani torby, ani pieniędzy w trzosie. „Ale idźcie obuci w sandały i nie wdziewajcie dwóch sukien”. I mówił do nich: „Gdy do jakiego domu wejdziecie, zostańcie tam, aż stamtąd wyjdziecie. Jeśli w jakim miejscu was nie przyjmą i nie będą was słuchać, wychodząc stamtąd strząśnijcie proch z nóg waszych na świadectwo dla nich”. Oni więc wyszli i wzywali do nawrócenia. Wyrzucali też wiele złych duchów oraz wielu chorych namaszczali olejem i uzdrawiali. Czytaj więcej »

Nieśmiertelność

EWANGELIARZ NIEDZIELNY, 1 lipca 2018

XIII Niedziela zwykła

Mk 5,21-43

Gdy Jezus przeprawił się z powrotem łodzią na drugi brzeg, zebrał się wielki tłum wokół Niego, a On był jeszcze nad jeziorem. Wtedy przyszedł jeden z przełożonych synagogi, imieniem Jair. Gdy Go ujrzał, upadł Mu do nóg
i prosił usilnie: „Moja córeczka dogorywa, przyjdź i połóż na nią ręce, aby ocalała i żyła”. Poszedł więc z nim,
a wielki tłum szedł za Nim i zewsząd Go ściskali. A pewna kobieta od dwunastu lat cierpiała na upływ krwi. Wiele przecierpiała od różnych lekarzy i całe swe mienie wydała, a nic jej nie pomogło, lecz miała się jeszcze gorzej. Słyszała ona o Jezusie, więc zbliżyła się z tyłu między tłumem i dotknęła się Jego płaszcza. Mówiła bowiem: „Żebym się choć Jego płaszcza dotknęła, a będę zdrowa”. Zaraz też ustał jej krowotok i poczuła w ciele, że jest uzdrowiona z dolegliwości. Jezus także poznał zaraz w sobie, że moc wyszła od Niego. Obrócił się w tłumie i zapytał: „Kto dotknął się mojego płaszcza?” Odpowiedzieli Mu uczniowie: „Widzisz, że tłum zewsząd Cię ściska, a pytasz: „Kto się Mnie dotknął?”. On jednak rozglądał się, by ujrzeć tę, która to uczyniła. Wtedy kobieta przyszła zalękniona i drżąca, gdyż wiedziała, co się z nią stało, upadła przed Nim i wyznała Mu całą prawdę. On zaś rzekł do niej: „Córko, twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju i bądź uzdrowiona ze swej dolegliwości”. Gdy On jeszcze mówił, przyszli ludzie od przełożonego synagogi i donieśli: „Twoja córka umarła, czemu jeszcze trudzisz Nauczyciela ?” Lecz Jezus słysząc, co mówiono, rzekł przełożonemu synagogi : „Nie bój się, tylko wierz”. I nie pozwolił nikomu iść z sobą z wyjątkiem Piotra, Jakuba i Jana, brata Jakubowego. Tak przyszli do domu przełożonego synagogi. Wobec zamieszania, płaczu i głośnego zawodzenia wszedł i rzekł do nich: „Czemu robicie zgiełk i płaczecie? Dziecko nie umarło, tylko śpi”. I wyśmiewali Go. Lecz On odsunął wszystkich, wziął z sobą tylko ojca, matkę dziecka oraz tych, którzy z Nim byli, i wszedł tam, gdzie dziecko leżało. Ująwszy dziewczynkę za rękę, rzekł do niej: „Talitha kum”, to znaczy: „Dziewczynko, mówię ci, wstań”. Dziewczynka natychmiast wstała i chodziła, miała bowiem dwanaście lat. I osłupieli wprost ze zdumienia. Przykazał im też z naciskiem, żeby nikt o tym nie wiedział, i polecił, aby jej dano jeść.

 

Ludzie są w stanie wydać gigantyczne pieniądze, by uniknąć tego, co nieuniknione. Wszyscy słyszeliśmy legendę o tym, jak to Walt Disney został zamrożony po śmierci i czeka złotych czasów medycyny, kiedy rak płuc będzie mniej więcej tak groźny, jak grypa. Szkoda, że to tylko żart rozpowszechniany przez współpracowników Disneya (i sprostowany przez jego córkę). Według japońskiej mitologii ten, kto zjadłby ningyo (połączenie małpy i karpia) zyskałby nieśmiertelność. Nicolas Flamel, legendarny alchemik miał wynaleźć kamień filozoficzny, który także pozwoliłby na wieczne życie. Nawet teraz, w XXI w. ludzie wciąż poszukują sposobu na nieśmiertelność. Kilka lat temu Google ufundowało małą firmę „Calico”, która ma szukać rady na starzenie się i choroby z tym związane.

Skąd taki paniczny lęk przed śmiercią? Najprościej byłoby postawić diagnozę, że ludzie nie wierzą Bogu. Taka diagnoza nie byłaby jednak prawdziwa. Albo przynajmniej nie do końca prawdziwa. Czymś naturalnym bowiem są w nas: pragnienie szczęścia i wola życia. Dlatego rozumiem tych, którzy buntują się przeciwko śmierci i przemijaniu. Sam mam takie momenty, gdy zwyczajnie ogarnia mnie lęk przed śmiercią. Myślę, że problem leży gdzie indziej. Zbyt często zapominamy, że pragnienia Boga w tej kwestii są identyczne z naszymi. Bóg nie dla żartu nas stworzył, ale z autentycznej miłości i dał się za tę miłość zabić. To wszystko nie znaczy dla nas nic innego, jak tylko to, że na niczym tak Bogu nie zależy, jak na naszym szczęściu. „Dla nieśmiertelności Bóg stworzył człowieka – uczynił go obrazem swej własnej wieczności”. W głębi swojego jestestwa odczuwamy, że „śmierci Bóg nie stworzył, że weszła ona na świat poprzez zawiść diabła” i że jesteśmy powołani do istnienia. Jeśli tak, to śmierć nie jest naszym największym nieszczęściem. Po to właśnie spotykamy się na niedzielnej Eucharystii, by karmić się „pokarmem na życie wieczne” i przypominać sobie, że nasze pragnienia nie stoją w opozycji do pragnień Boga względem nas i naszego życia.

Jestem pełen podziwu wobec ludzi, którzy przez swoje decyzje, poprzez ciężko zapracowane pieniądze, poświęcony czas i siły stają po stronie skrzywdzonych, pielęgnują chorych, trzymają za rękę umierających. Jeszcze bardziej podziwiam ludzi, którzy mimo lat zmagania z chorobą, mimo doznanych niegodziwości, straty ukochanych potrafią promieniować ciepłem i optymizmem, którego często trudno się doszukać u osób mających urodę, zdrowie i pieniądze. Oni doskonale rozumieją, że największym nieszczęściem, większym niż śmierć, jest życie, które innym odbiera szczęście. Są bowiem tacy ludzi, być może nawet ich przybywa, którzy swoim życiem, w którym aż kipi od śmiercionośnego jadu, potrafią skutecznie odbierać radość, szczęście, a nawet chęć życia innym, nierzadko najbliższym.

Możemy stracić mnóstwo sił i pieniędzy szukając sposobu uniknięcia tego, co nieuniknione. Możemy też uwierzyć Bogu, który bardziej niż my sami pragnie naszego szczęścia i pomyślności. Możemy zaufać Bogu, który obiecuje nam nieśmiertelność za darmo. Zaoszczędzone siły i pieniądze możemy natomiast przeznaczyć, by żyło się lepiej, szczęśliwiej i pomyślniej tym wszystkim, których codzienny los gnębi, maltretuje i uśmierca. W myśl nauczania św. Pawła: „Teraz więc niech wasz dostatek przyjdzie z pomocą ich potrzebom”
(2 Kor 8,14).

Nie trać nadziei!

EWANGELIARZ NIEDZIELNY, 17 czerwca 2018

XI NIEDZIELA ZWYKŁA

 

Mk 4, 26-34.

Jezus mówił do tłumów: „Z królestwem Bożym dzieje się tak, jak gdyby ktoś nasienie wrzucił w ziemię. Czy śpi, czy czuwa, we dnie i w nocy, nasienie kiełkuje i rośnie, sam nie wie jak. Ziemia sama z siebie wydaje plon, najpierw źdźbło, potem kłos, a potem pełne ziarno w kłosie. Gdy zaś plon dojrzeje, zaraz zapuszcza sierp, bo pora już na żniwo”. Mówił jeszcze: „Z czym porównamy królestwo Boże lub w jakiej przypowieści je przedstawimy? Jest ono jak ziarnko gorczycy; gdy się je wsiewa w ziemię, jest najmniejsze ze wszystkich nasion na ziemi. Lecz wsiane, wyrasta i staje się większe od innych jarzyn; wypuszcza wielkie gałęzie, tak że ptaki podniebne gnieżdżą się w jego cieniu”. W wielu takich przypowieściach głosił im naukę, o ile mogli ją rozumieć. A bez przypowieści nie przemawiał do nich. Osobno zaś objaśniał wszystko swoim uczniom.

 

Na początku Mszy św. sprawowanej w rycie trydenckim, pierwszym który przyznawał się Bogu i Kościołowi („vobis fratres” – „wam, bracia”), do tego, że jest grzeszny, był prezbiter i biskup. W odpowiedzi ministranci mówili: „Niech się zmiłuje nad Tobą wszechmogący Bóg, a odpuściwszy ci grzechy twoje, niech cię doprowadzi do żywota wiecznego. Dopiero po takim rozgrzeszeniu, jakiego ministranci udzielali celebransowi, sami ministranci w imieniu Kościoła spowiadali się Bogu, i tobie Ojcze” („et tibi Pater”) i otrzymywali rozgrzeszenie. W ten sposób Kościół przypominał, że nikt z chrześcijan, bez względu na to, jaki pełni urząd czy posługę, nie może zapominać, że jest z tej samej gliny, co wszyscy inni ludzie. Myślę, że dzisiaj podobnie ten fakt wybrzmiewa w liturgii sprawowanej przez wspólnoty neokatechumenalne.

Wszyscy jesteśmy grzesznikami. Są w naszym życiu takie okresy, kiedy z Bogiem łączy nas wyjątkowo mocna więź. Ale są też takie okresy, gdy od Boga jesteśmy daleko. Co zatem robić? Św. Paweł podpowiada: „Dlatego też staramy się Jemu podobać, czy to gdy z Nim, czy gdy z daleka od Niego jesteśmy” (2 Kor, 5,9). To przypodobywanie się Bogu ma szczególny wydźwięk właśnie wtedy, gdy człowiek znajdzie się daleko od Boga i to z własnej winy. Bo być daleko od Boga to jeszcze nie największa tragedia. Być daleko od Boga i o Nim zapomnieć, to dopiero prawdziwy dramat. Zdarza się, że są w nas rozmaite trudności, mniej lub bardziej zależne od nas wewnętrzne granice, które skutecznie nas blokują i nie pozwalają powrócić do Boga. Na szczęście jednak nie powodują, że o Bogu zapominamy. Znam niemało ludzi, którzy mają w sobie ogromne pragnienie, by pojednać się z Bogiem w sakramencie pokuty, ale z powodu różnych przeszkód nie mogą otrzymać rozgrzeszenia. Mimo to, pozostają blisko Kościoła i na tyle, na ile mogą, blisko Pana Boga. Przywołana wypowiedź św. Pawła daje nam nadzieję, że i ten, kto z dala od Boga trudzi się na tej ziemi, w jakiś – Bogu tylko wiadomy sposób – trudzi się razem z Bogiem.

Wszelki dobry wysiłek i pożyteczny trud, jaki podejmujemy na tej ziemi jest budowaniem Królestwa Bożego, o którym mówi Jezus w dzisiejszej Ewangelii. To Królestwo budujemy zwyczajnie, troszcząc się o dobro i miłość pomiędzy nami, niezależnie nawet od naszych przekonań religijnych czy wyznawanych filozofii życia. Czy chcemy, czy nie chcemy Królestwo Boże wzrasta, a podłożem wzrostu jest gleba naszych serc. Oczywiście, większa odpowiedzialność spoczywa tutaj na Kościele i chrześcijanach. W Kościele bowiem i w życiu chrześcijan, Królestwo Boże powinno najbardziej się objawiać. Wszak Kościół i chrześcijanie są tymi, którzy mają dawać nadzieję tam, gdzie jej brak.

Czasami, gdy patrzę na moje życie, na Kościół, na parafię, za którą jestem odpowiedzialny, popadam w pesymizm. Dzisiaj jednak Bóg uświadamia mi, że jedyne, co powinienem robić, to po prostu wierzyć, że ziarno zakiełkuje nawet tam, gdzie po ludzku nie powinno nic wyrosnąć, nawet w najbardziej bezpłodnym ludzkim sercu. Nie wymaga się ode mnie wymyślania kolejnych projektów i aktywności duszpasterskich. Wystarczy, jeśli nie będę hamował inicjatyw rodzących się w głowach innych ludzi, nawet tych, którzy choć daleko od Boga, to jednak starają się Mu przypodobać. Oni też służą królowaniu Boga i ich małe ziarno też chce rosnąć. Tym, kto daje wzrost, jest sam Bóg. On „poniża drzewo wysokie, drzewo niskie wywyższa. Sprawia, że drzewo zielone usycha i zieloność daje drzewu suchemu” (por. Ez 17,24). Sporo na tym świecie zależy od nas, ale naprawdę wszystko zależy od Boga. Warto o tym pamiętać także wtedy, gdy ogarnia nas frustracja czy przygnębienie, że wciąż jesteśmy grzeszni i słabi, a nasze działania są dalekie od doskonałości. Bo choć wszyscy jesteśmy grzesznikami, to jednak nawet wtedy, gdy z dala od Boga trudzimy się na tej ziemi, w jakiś – Bogu tylko wiadomy sposób – trudzimy się razem z Bogiem. Nie traćmy nadziei!

Wspólnota

EWANGELIARZ NIEDZIELNY, 27 maja 2018

Uroczystość Najświętszej Trójcy

Mt 28, 16-20.

Jedenastu uczniów udało się do Galilei, na górę, tam gdzie Jezus im polecił. A gdy Go ujrzeli, oddali Mu pokłon. Niektórzy jednak wątpili. Wtedy Jezus podszedł do nich i przemówił tymi słowami: „Dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi. Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata”. Czytaj więcej »

Znaki, cuda, dowody

EWANGELIARZ NIEDZIELNY, 13 maja 2018 roku

WNIEBOWSTĄPIENIE PAŃSKIE

Mk 16, 15-20.

Jezus, ukazawszy się Jedenastu, powiedział do nich: „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu! Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony. Te zaś znaki towarzyszyć będą tym, którzy uwierzą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, a ci odzyskają zdrowie”. Po rozmowie z nimi Pan Jezus został wzięty do nieba i zasiadł po prawicy Boga. Oni zaś poszli i głosili Ewangelię wszędzie, a Pan współdziałał z nimi i potwierdzał naukę znakami, które jej towarzyszyły.

Ma na imię Artur. Przed rokiem musiał zmierzyć się ze śmiercią. Wizyta u lekarza, szczegółowe badania i przerażająca diagnoza: nioperowalny rak krtani, a dokładniej rak podgłośnia. Nowotwór zaliczany do najrzadszych, cechujący się niewielką dynamiką i długo przebiegający bezobjawowo. Wyrok: maksymalnie miesiąc życia. Niewiele możne zrobić człowiek znajdujący się w tak beznadziejnym położeniu. Więcej mogą zrobić jego bliscy. Brat wyrusza w XXVI Szczecińskiej Pielgrzymce Rowerowej na Jasną Górę. Intencja, jaka mu towarzyszy jest oczywista – ocalenie brata od śmierci. Wraz z pątnikami na Jasną Górę pielgrzymują także relikwie św. Szarbela z naszej londyńskiej parafii. Codzienna wytrwała i ufna modlitwa za wstawiennictwem Świętego Pustelnika z Libanu przynosi owoce. Wkrótce okazuje się, że Artur został całkowicie uzdrowiony. To kolejny cud za wstawiennictwem naszego Świętego Patrona.

Czasami mamy pretensje do Boga. „Boże, dlaczego mnie to spotkało?!” – wołamy w nieszczęściu. Traktujemy Boga, jakby to, co się z nami dzieje, tylko nas dotyczyło i w ogóle nie interesowało Boga. Traktujemy Go jako kogoś spoza tego świata, stojącego z boku, poza, ponad i tylko od czasu do czasu, ulegając usilnym prośbom, na zasadzie wyjątku, włączającego się w bieg rzeczy i nurt naszego życia. Tymczasem nie ma dwu światów, ale jeden, pospołu zamieszkiwany przez Boga i ludzi, przez Stwórcę i stworzenie. Więcej nawet – to zamieszkiwanie nie jest przebywaniem obok siebie, po sąsiedzku. Bóg i ludzie, Stwórca i stworzenie tworzą organiczną jedność, niemożliwą do naruszenia. Bóg wypełnia całe stworzenie. On naprawdę jest obecny, wrażliwy na nasz los i wyczulony na nasze cierpienie.

„Im też po swojej męce dał wiele dowodów, że żyje: ukazywał się im przez czterdzieści dni i mówił o królestwie Bożym” (Dz 1,3). Możemy dzisiaj zapytać siebie: Jakie dowody daje mi Jezus, że żyje? Każdy z nas ma z pewnością w historii swojego życia dowody na to, że Bóg jest, że nie umarł, że żyje, że wciąż się o nas troszczy i zależy Mu na naszym szczęściu. Gdybyśmy tych dowodów nie mieli, nasza obecność na niedzielnej Eucharystii byłaby czymś irracjonalnym. Jeśli nawet w wymiarze życia osobistego mamy znikome doświadczenie Bożego działania, to jednak w wymiarze życia wspólnotowego – naszej parafii – tych dowodów jest wiele i wciąż pojawiają się nowe, jak uzdrowienie Artura. To wszystko są dowody Bożej miłości. Bóg nie daje nam ich dlatego, że szczególnie nas wybrał. Myślę, że daje nam je dlatego, ponieważ wie, jak mizerna i krucha jest nasza wiara. To dlatego modląc się za wstawiennictwem św. Szarbela, wpatrzeni w jego relikwie, powtarzamy wezwanie: „Umocnij naszą wiarę”.

Świętować z wiarą Wniebowstąpienie oznacza dla wierzących uświadomić sobie swoje zadania na ziemi. Uczniowie mają głosić ludziom miłość Boga i być w świecie znakiem i narzędziem Bożej łaski i Królestwa Bożego. Czas Jezusa nie minął, ale zaczął się mój czas. Czas mojego życia. Czas mojego świadectwa. Okres wielkanocny jest w naszych parafiach pięknym czasem pierwszych komunii. Jaki jest sens posyłać dzieci do komunii, do której samemu się nie przystępuje? Po co uczyć ich, jak się przystępuje do spowiedzi, skoro samemu nie przywiązuje się do niej jakiejkolwiek wagi? Co znaczy przekazać dziecku różaniec? Kupić go – najlepiej w Rzymie, Fatimie czy Ziemi Świętej? Czy w ogóle można to zrobić inaczej, jak tylko zapraszając je do wnętrza swojego doświadczenie modlitwy różańcowej i codziennie z nim się modlić? Nie wystarczy cieszyć się doświadczeniem Bożego działania i przechowywać w sercu dowody Bożej miłości. Potrzeba jeszcze świadectwa, by innych swoim doświadczeniem wiary i Bożej miłości umacniać. Trzeba głosić Ewangelię szczerze i bez lęku, a wówczas Bóg będzie potwierdzał naszą misję znakami, także takimi cudownymi, jak uzdrowienie Jessiki, Iwony czy Artura. Tylko wówczas, gdy jesteśmy świadkami, możemy dać innym szansę na przemieniające doświadczenie Bożej obecności i miłości.

——-

W tym roku XXVII Szczecińskiej Pielgrzymce Rowerowej na Jasną Górę odbędzie się w dniach 2 – 8 lipca. Również tym razem do Duchowej Stolicy Polski będę pielgrzymowały relikwie św. Szarbela.

Dobry Pasterz

EWANGELIARZ NIEDZIELNY, 22 kwietnia 2018 roku

IV NIEDZIELA WIELKANOCNA – DOBREGO PASTERZA

J 10, 11-18.

Jezus powiedział: „Ja jestem dobrym pasterzem. Dobry pasterz daje życie swoje za owce. Najemnik zaś i ten, kto nie jest pasterzem, którego owce nie są własnością, widząc nadchodzącego wilka, opuszcza owce i ucieka, a wilk je porywa i rozprasza; najemnik ucieka, dlatego że jest najemnikiem i nie zależy mu na owcach. Ja jestem dobrym pasterzem i znam owce moje, a moje Mnie znają, podobnie jak Mnie zna Ojciec, a Ja znam Ojca. Życie moje oddaję za owce.Mam także inne owce, które nie są z tej zagrody. I te muszę przyprowadzić, i będą słuchać głosu mego, i nastanie jedna owczarnia, jeden pasterz. Dlatego miłuje Mnie Ojciec, bo Ja życie moje oddaję, aby je znów odzyskać. Nikt Mi go nie zabiera, lecz Ja sam z siebie je oddaję. Mam moc je oddać i mam moc je znów odzyskać. Taki nakaz otrzymałem od mojego Ojca”.

 

Kwiecień 2018 roku. Via Salvatore Tommasi, ukryta w jednym z zaułków, pnie się ostro w górę. Na szczycie uliczki kościół Matki Bożej z Lourdes i św. Józefa. Jak większość z 500 świątyń Neapolu, ściśle przylega do kamienic. Przed kościołem grupa ludzi. To głównie Polacy, licznie tu pielgrzymujący od czasu ukazania się bestselerowej książki Joanny Bątkiewicz – Brożek „Jezu, Ty się tym zajmij”. Z bocznej nawy rozchodzi się głośne stukanie. Od czterech dekad ludzie przychodzą tu i pukają w czarną płytę nagrobka Sługi Bożego ks. Dolinda Ruotola. „Kiedy przyjdziesz do mojego grobu, zapukaj. Nawet zza grobu odpowiem ci: ufaj Bogu” – czytamy wyryty na nim napis. To cytat z testamentu ojca Dolindo.

Kolejny już raz przywołuję historię tego niezwykłego kapłana z Neapolu, którego Ojciec Pio, jeszcze za życia, nazywał świętym. W tygodniu poprzedzającym Niedzielę Dobrego Pasterza pielgrzymowałem do jego grobu. Miałem też możliwość spotkania z Grazią Ruotolo – jego ostatnią żyjącą krewną. „Biegał w jednej, ciągle cerowanej sutannie. Gdy się ubrudziła, prał i wkładał mokrą, bo nie zdążyła wyschnąć. Połowę obiadu codziennie zanosił biednym” – mówi Grazia. „Dlaczego, według Pani, Dolindo był dobrym pasterzem?” – pytam. „On wszystko robił dla chwały Boga, pozostając blisko ludzi”.

„Ja jestem dobrym pasterzem. Dobry pasterz daje życie swoje za owce” – mówi Jezus. Po chwili dodaje: „Mam także inne owce, które nie są z tej zagrody. I te muszę przyprowadzić”. Rozważając te słowa przy grobie ks. Dolindo, uświadamiam sobie, że oddawanie życia polega także na gotowości szukania nowych dróg i nowych metod w duszpasterstwie oraz dziele ewangelizacji – zachowując wszystko, co cenne, nie zatrzymując się jednak na tym i stwarzając ludziom będącym na obrzeżach albo całkiem poza Kościołem nową szansę na spotkanie Pana i wspólnoty Jego Kościoła. Na tym także polega – tak myślę – dobre pasterzowanie. Może to przynosić i często z sobą niesie falę krytyki, fałszywych osądów, a nawet prześladowania, co zmusza do rezygnacja z siebie i oddawania życia.

Ks. Dolindo Ruotolo płacił wielką cenę za swój proroczy zmysł kościelny. 50 lat przed Soborem Watykańskim II postulował, by odprawiać Msze w języku narodowym, udzielać komunii w Wielki Piątek, pozwolić, by kapłani mogli odprawiać dwie Msze w ciągu dnia. Chciał też, by w domach było Pismo Święte. Myśli ks. Ruotola z 1918 r. o „mistycznym kapłaństwie kobiet” (termin bierze od Matki Bożej, która – jak mówił – ukazuje mu się od 13 listopada 1917 r., miesiąc po zakończeniu objawień fatimskich, do końca jego życia, a więc do 1970 r.) znajdują potem odbicie w liście do kobiet „Mulieris Dignitatem” Jana Pawła II. To wszystko sprawiało, że padre Dolindo był nie tylko niezrozumiany, ale też fałszywie oskarżany i prześladowany przez swoich braci kapłanów. „Nazywali go egzaltowanym wariatem – mówi Grazia. – Potem te jego »wariackie« pomysły zaaprobował Sobór Watykański II”.

Dziś ludzie tęsknią za dobrymi pasterzami. U grobu ks. Dolindo i przez pryzmat historii jego życia czytam dwa wyznania Jezusa: „Mam także inne owce, które nie są z tej zagrody, lecz trzeba, abym je przyprowadził” oraz „Życie moje oddaję za owce”. Myślę, że trzeba to zdanie odczytać jako zachętę do pracy tam, gdzie o Bogu się milczy albo z bólem się Go szuka. Nie przed ołtarzem, ale w kruchcie kościelnej i jeszcze dalej. Właśnie tam znajdują się owce spoza naszej zagrody. I właśnie tam trzeba zrobić to, co przychodzi najtrudniej. Oddać im własne życie. Na szczęście sporo we współczesnym Kościele takich pasterzy, którzy – zachęceni postawą papieża Franciszka – zamiast być jeszcze jednym trybem w kościelnej maszynie, decydują się na nowatorskie metody duszpasterskie i ewangelizacyjne, nawet za cenę wyśmiania, a nawet potępienia. Na tym przecież polega oddawanie życia. Dobrze pokazał to ks. Dolindo.