Posted on: 9 czerwca 2020 Posted by: Michał Rychert Comments: 0

Tekst Józefa Majewskiego „Pytania o antykoncepcję” (TP 20/2020) rzuca nowe światło na ocenę moralną antykoncepcji i stanowi dobrą zachętę do wznowienia poważnej dyskusji, której zabrakło w naszym polskim Kościele. Zanim Paweł VI ogłosił „Humane vitae”, kwestia antykoncepcji była już przedmiotem nauczania papieskiego. W encyklice „Casti Connubi” z 1930 roku papież Pius XI nauczał że: „Ktokolwiek użyje małżeństwa w ten sposób, by umyślnie udaremnić naturalną siłę rozrodczą, łamie prawo Boże oraz prawo przyrodzone i obciąża sumienie grzechem ciężkim”. W tym też duchu wypowiadały się również episkopaty różnych krajów, nie brakowało jednak głosów krytyki i wątpliwości. Postawienie kwestii antykoncepcji nie jako na nowo przez Pawła VI zwolennikom liberalizacji dawało nadzieję na oficjalną zmianę optyki. Jednakże „Humane vitae” potwierdziło dotychczasowe stanowisko Kościoła. Jak pokazuje to tekst Majewskiego, dyskusja nie jest zamknięta i wywołuje wiele pytań. Podstawowym jest: czy uwzględnienie rangi nauczania encykliki nie niesie ze sobą konieczności zrewidowania przyjętej przez Episkopat Polski oceny winy moralnej anykoncepcji, a co za tym idzie, klasyfikacji grzechu, jeśli w ogóle może być mowa o grzechu?

Obok prawd z całą pewnością należących do depozytu Objawienia (dogmaty), są inne, w odniesieniu do których takiej absolutnej pewności nie mamy. Jest tak dlatego, że prawdy te nigdy nie były przez Nauczycielski Urząd Kościoła ostatecznie zdefiniowane. Tak jet również w przypadku antykoncepcji.

„Religijne posłuszeństwo rozumu …”

Tymi słowami Jan Paweł II w Liście Apostolskim „W obronie wiary”opisuje postawę, której Kościół oczekuje od wierzących wobec swojego autentycznego nauczania. W jaki sposób rozum można zobowiązać do posłuszeństwa wiary? Zobowiązanym w sumieniu do respektowania danej zasady moralnej można czuć się wówczas, gdy angażując swój własny rozum rozpozna się ją jako prawdziwą. Wymaganie posłuszeństwa musi zatem iść w parze z osobistym zaangażowaniem wiernych, aby każdy w ramach swoich możliwości, starał się rozpoznać racje, które stoją za nauczaniem, jakie Kościół przekazuje do wierzenia, i którymi wiąże ich sumienia. Wiara wszakże potrzebuje zrozumienia, a nie ślepego posłuszeństwa. Tym bardziej, że chodzi o kwestię, która nie została ostatecznie zdefiniowana. W nauczaniu autentycznym (o najniższej randze), do którego należy „Humane vitae”, „biskupi – jak mówi Jan Paweł II w Liście Apostolskim „W obronie wiary” – nie zamierzają przedstawić [prawdy (MR)] w sposób ostateczny”. Niezwykle ważne zatem staje się, aby przy ogłoszeniu każdego aktu normatywnego z jednej strony została dochowana szczególna staranność – w co nie wątpię – ale też niezwykła powściągliwość, aby do wierzenia podawać tylko to, co jest absolutnie konieczne, aby nie obciążać sumień wiernych pod rygorem grzechu ciężkiego lub śmiertelnego, gdy nie mamy do czynienia z prawdami wiary objawionej lub z nauczaniem ostatecznym.

Wierni ponadto powinni być informowani, z jaką rangą nauczania mają do czynienia i jakie obowiązki i konsekwencje z tego faktu wypływają, a zatem czy mają do czynienia z nauczaniem o najwyższej randze – nieomylnym – przekazującym prawdy objawione i definitywne, której odrzucenie osłabia jedność z Kościołem, albo prowadzi do jej zerwania – jest herezją, czy też z nauczaniem o najniższej randze – autentycznym – które dopuszcza dalsze poszukiwania, pluralizm stanowisk, wymaga rozpoznania.

Warto przy tej okazji wspomnieć o soborowej zasadzie hierarchii prawd wiary, która powinna mieć znaczenie nie tylko w dialogu ekumenicznym, ale również w wewnętrznym dialogu pomiędzy Magisterium i ludem Bożym. Również wierni świeccy powinni pamiętać „o istnieniu porządku czy „hierarchii” prawd w nauce katolickiej, ponieważ różne jest ich powiązanie z zasadniczymi podstawami wiary chrześcijańskiej. W ten sposób utoruje się drogę, która dzięki temu bratniemu współzawodnictwu pobudzi wszystkich do głębszego poznania i jaśniejszego ukazania niedościgłych bogactw Chrystusowych” (Dekret o ekumenizmie 11).

Wierni świeccy nie są zwolnieni z odpowiedzialności za rozwój swojej wiary, stąd są zobowiązani do osobistego poszukiwania i zgłębiania prawd wiary. Tylko w oparciu o sensus fidei, a więc wówczas, gdy od biskupów do ostatniego z wiernych, ujawnia się zgodność w sprawach wiary i moralności (por Veritatis splendor 109), można mówić o wierze Kościoła w sposób ostateczny i nieomylny wyrażonej.

Jak to było z „Humane vitae”

Każdy dokument tej rangi, zwłaszcza jeżeli dotyczy tak drażliwych kwestii, powstaje w tyglu sporów i ścierających się stanowisk. Tak było z encykliką „Humane vitae”. Do końca papież Paweł VI, który mając świadomość różnicy stanowisk tak pośród teologów jak i biskupów, nie pozbył się wątpliwości, a sama publikacja dokumentu była jedną z najtrudniejszych jego decyzji.

Przy redagowaniu encykliki Paweł VI stanął wobec dwóch sprzecznych stanowisk. Jedno reprezentowało opinię „większości”, która widziała możliwość dopuszczalności antykoncepcji, przynajmniej w niektórych przypadkach. Drugie wyrażało opinię „mniejszości”, stanowczo odrzucając możliwość zmiany nauki Kościoła w sprawie oceny moralnej stosowania metod antykoncepcyjnych. Propozycja opracowana przez obrońców tradycyjnej nauki, miała charakter polemiczny i apologetyczny. Wytykano w niej wszystkie nieścisłości w argumentacji zwolenników antykoncepcji, nie wprowadzając nowych uzasadnień teologicznych. Co najważniejsze, nie przyczyniło się do lepszego zrozumienia problemu. Zwłaszcza słabe wydają się fragmenty dotyczące uzasadnienia nauki Kościoła, w myśl której antykoncepcja zawsze ciężko narusza ład moralny. Niejasne było powoływanie się na prawo naturalne. Zwolennicy dopuszczalności antykoncepcji zwracali natomiast uwagę, że stanowisko odrzucające stosowanie antykoncepcji nie jest oparte na przekonujących argumentach. Uważali, że argumenty płynące z prawa naturalnego nie są oczywiste. Przypomnijmy, że za prawo naturalne można uznać to, co jest zgodne z rozumną naturą człowieka. Stąd zwolennicy antykoncepcji  wysuwali tezę o zgodnym z rozumem zadaniu człowieka zmierzającym do podporządkowania świata w oparciu o wiedzę biologiczną. W imię tej tezy autorzy dokumentu głoszą możliwość moralnego uzasadnienia antykoncepcji przez podporządkowanie całości życia małżeńskiego naczelnej zasadzie miłości, niewykluczającej potomstwa. Omówiwszy potrzebę odpowiedzialnego rodzicielstwa, autorzy tej grupy stwierdzają, że jest rzeczą właściwą człowiekowi używanie danych natury fizycznej, aby prowadziła do pełnego dobra całej osoby.

Wiemy, że istotny wkład w przygotowanie tekstu encykliki miał kard. Karol Wojtyła.  Trudno mieć o to pretensje do kard. Wojtyły, że dążył w sposób sobie właściwy do nadania encyklice końcowego kształtu, wszak antykoncepcja odbiega od tej wizji człowieka jaką prezentował w „Miłości i odpowiedzialności”. W ramach poszukiwań i pluralizmu poglądów mógł i zgodnie ze swoim sumieniem powinien dążyć do przeforsowania swojego stanowiska.

Przypomnijmy, że wizja miłości oblubieńczej, jaką Wojtyła zaprezentował w „Miłości i odpowiedzialności”, a której wyrazem jest całkowite oddanie i przyjęcie w darze miłości odrzuca jakąkolwiek formę ingerowania w pełnię daru z siebie. Szczególnym wyrazem takiej miłości jest oddanie siebie w akcie małżeńskim, którego antykoncepcja pozbawiałaby całkowitości. Już na tym etapie mogą pojawić się pytania i trudności, bo właściwie dlaczego tylko w akcie małżeńskim mielibyśmy do czynienia z pełnią oddania? Czy seksualności nie przypisuje się zbyt wielkiej siły sprawczej, jakby tylko we współżyciu człowiek mógł się wyrazić całkowicie i bez reszty? To jest osobny temat do dyskusji. Jak wspomniałem, trudności te podnosili zwolennicy dopuszczania antykoncepcji.

Kościoła nauczanie omylne

Sobór Watykański II naucza, że „choć poszczególni biskupi nie posiadają przywileju nieomylności, to jednak głoszą oni nieomylnie naukę Chrystusową wówczas, gdy nawet rozproszeni po świecie, ale z zachowaniem więzów łączności między sobą i z Następcą Piotra, nauczając autentycznie o rzeczach wiary i obyczajów, jednomyślnie zgadzają się na jakieś zdanie, jako mające być definitywnie uznane” (KK 25). Nie każde nauczanie biskupa jest zatem nieomylne. Aby takim było, musi spełniać dwa warunki: dotyczyć wiary i moralności oraz dokonywać się w więzi z Następcą Piotra i wszystkimi biskupami.

Doświadczamy jak biskupi angażując powagę stołu Słowa Bożego, wygłaszają swoje własne poglądy i wyrażają osobiste niechęci, sięgając czasami po niewybredne metafory (np. słowa o tęczowej zarazie). Jak po takich doświadczeniach oczekiwać od wiernych prostolinijnego, bezkrytycznego „religijnego posłuszeństwa wiary”?

Z perspektywy dwóch tysięcy lat historii Kościoła wiemy, że wiele wypowiedzi, również te zawarte w encyklikach, były uwikłane w kontekst historyczny tak bardzo, że poza nim straciły na aktualności i znaczeniu, stając się tylko reliktem przeszłości. Kilka przykładów na „omylne” nauczanie.

W 1849 r. Święte Oficjum umieściło na indeksie prace ks. Antonio Rosminiego, w których przedstawił swój program reform Kościoła. W 1887 r. dekretem Oficjum potępiono 40 tez pochodzących z jego pism. Ale ostatecznie to właśnie wiele z jego sugestii znalazło uznanie w nauczaniu Soboru Watykańskiego II. Jan Paweł II w encyklice „Fides et ratio” wymieniał Rosminiego wśród największych postaci łączących filozofię z objawieniem (74), a sam Rosimini został zrehabilitowany w 2001 r. przez kard. Josepha Ratzingera, prefekta tego samego urzędu, który wcześniej potępił jego tezy. Tego rodzaju przykłady można mnożyć (H. de Lubac, Y. Congar, D. Chenu i inni).

W grudniu 1864 r. została wydana encyklika „Quanta cura”, której towarzyszyła lista osiemdziesięciu twierdzeń określanych jako niemożliwe do przyjęcia, zatytułowana „Syllabus errorum”. Dziś wiele z tych tez, wraz z kontekstem, w którym były artykułowane przeszły do lamusa. Pius XI powagą apostolską „potępił, napiętnował i odrzucił” prawo do wolności religijnej, ideę wolności sumienia, demokratyczną formę stanowienia prawa, rozdział państwa od Kościoła, a wolność słowa uznał za „szalony pomysł”.

We wszystkich tych kwestiach Sobór Watykański II przyjął zupełnie nowe, przeciwne do „Quanta cura” stanowisko.

Podobnie miała się kwestia w sprawie Deklaracji praw człowieka z 1789r. Przez cały XIX w. papieże potępiali Deklarację, gdyż postrzegali ją, zresztą nie bez racji, jako drogę do emancypacji społeczeństw spod wpływu Kościoła. Dopiero Jan XXIII, encykliką „Pacem in terris” (1963 r.) uznał, że prawa człowieka mogą służyć dobru wszystkich ludzi i społeczeństw.

Innym przykładem dotykającym poruszanej kwestii jest rozwój doktryny Kościoła dotyczącej celów małżeństwa. Papież Pius X we wspomnianej już encyklice o małżeństwie chrześcijańskim „Casti connubi” wskazał, że pierwszorzędnym celem małżeństwa jest potomstwo, jako drugorzędny cel małżeństwa wskazywał uśmierzanie pożądliwości ciała (sic!). Pod wpływem nauczania ostatniego soboru Kodeks Prawa Kanonicznego z 1983r. dokonał pewnej roszady stanowiąc, że istotnymi celami małżeństwa jest dobro małżonków oraz dobro potomstwa. Tym samym miłość stała się celem małżeństwa i jest traktowana na równi z celem prokreacyjnym. Czy będziemy mieli do czynienia z równie dobitną, wyrażoną oficjalnie, zmianą stanowiska w sprawie antykoncepcji?

Może zdumiewać fakt, że we wszystkich tych przypadkach Kościół nie obawiał się angażować swojego autorytetu, ale też zaufania wiernych, którzy z oddaniem i pasją stawali w obronie nauczania Kościoła. Choć należy również odnotować, że wszystkie wymienione przykłady nie kwestionują w swojej istocie nieomylności nauczania papieża i biskupów, gdyż wymienione powyżej kwestie nie należą do depozytu wiary.

Pytania nie retoryczne

W świetle tekstu Józefa Majewskiego „Pytania o antykoncepcję”, nasuwa się wiele kolejnych kłopotliwych pytań. Na tym etapie dyskusji mają one raczej charakter retoryczny, jednakże w ostatecznym rozrachunku domagają się nie tylko odpowiedzi, ale również nowych „Wytycznych” dla spowiedników, a przede wszystkim oficjalnej wykładni uwzględniającej z jednej strony rangę nauczania zawartego w encyklice a z drugiej wolność sumienia i zaufanie do wiernych.

Dlaczego Episkopat Polski w swojej wykładni „Humane Vitae” poszedł rygorystyczną ścieżką, czyniąc z kwestii antykoncepcji „być albo nie być”, czy tym samym nie naraża się na krytykę samego Jezusa: „Wiążą ciężary wielkie i nie do uniesienia i kładą je ludziom na ramiona, lecz sami palcem ruszyć ich nie chcą” (Łk 23,4). Tym bardziej, że episkopaty innych krajów jak wynika z tekstu Majewskiego w sposób bardziej liberalny, lub przynajmniej mniej rygorystyczny interpretowały główny przekaz encykliki. Dlaczego z dość peryferyjnej teologicznie kwestii antykoncepcji czyni się kryterium trwania w łasce Bożej wymagając realizacji nauczania pod rygorem grzechu ciężkiego lub śmiertelnego? Zgodnie z wykładnią Kongregacji Nauki Wiary w przypadku odrzucenia nauczania autentycznego możemy (nie musimy) mieć do czynienia z błędem, lub niebezpieczną nauką, a nie z herezją, czy zerwaniem komunii z Kościołem (zob. Wyjaśnienia doktrynalne dotyczące końcowej części formuły „Wyznania wiary” 10), trudno w takim wypadku mówić o grzechu ciężkim.

Czy wykładnia zasad moralnych przedstawionych w encyklice nie jest przejawem nadgorliwości powodowanej lękiem przed wolnością sumienia i niedojrzałością wiernych?

Czy za tą postawą nie kryje się kompletny brak zaufania, tak jakby samym małżonkom, bardziej niż innym, nie zależało na szczęściu, miłości, autentyczności więzi? Czy za tą postawą nie kryje się fałszywa antropologia zakładająca, że natura ludzka jest tak bardzo skażona grzechem pierworodnym, że człowiek sam z własnej woli, a nawet pod wpływem łaski Bożej nie jest w stanie poszukiwać tego, co prawdziwe i dobre, a jedynym pragnieniem świeckich wiernych jest hedonistyczna rozwiązłość i chęć przedmiotowego traktowania drugiego, w związku z czym trzeba nakazać, zakazać, pouczyć, zastraszyć potępić. Czy nie mamy tu do czynienia z manipulacją powodowaną ową nadgorliwością, a ostatecznie z kolejną formą klerykalizmu?

Czy z de sexto, z moralności dotyczącej wszystkiego, co łączy się z szóstym przykazaniem, nie uczyniono w Kościele bożka, któremu należy służyć bardziej niż Bogu i  człowiekowi? Wszak rozumna służba Bogu (por. Rz 12,1-2), o której pisze Paweł Apostoł owszem – domaga się pełnego zaangażowania wiary, rozumu i woli, ale tylko wówczas, jak zauważa słusznie Gerhard Lohfink („Czy Bóg potrzebuje Kościoła?”), gdy mamy moralną pewność, że chodzi o wolę Bożą. Ta wskazówka jest niezwykle aktualna, gdy stajemy wobec domagania się przez autorytet Kościoła posłuszeństwa. Czy wolno domagać się jej w sprawach, co do których nie ma pewności, że są wyrazem woli Boga?

Jest rzeczą oczywistą, że Kościół zarówno jako całość, jak i każdy z nas z osobna jest wezwany, aby nieustannie poszukiwać, co jest wolą Bożą, „co jest dobre, co Bogu przyjemne i co doskonałe”(Rz 12,2), aby z wiarą żyć według tego, co za takie zostało rozpoznane.

Kto ponosi odpowiedzialność za dylematy moralne ocierające się o cierpienie duchowe tych, którzy nie mogli z różnych przyczyn sprostać rygorystycznym wymogom stawianym ich sumieniu pod sankcją grzechu ciężkiego lub śmiertelnego? Kto – za wyrzuty sumienia, obarczanie się winą, za lęki przed skutkami grzechu? Kto odpowie za tych, którzy doświadczając swojej „słabości”, doszli do wniosku, że skoro nie są w stanie podołać wymogom jakie Kościół przed nimi stawia, stanęli z boku, lub poza nim? Kto wreszcie zda sprawę za tych, którzy na własną rękę „zrelatywizowali” nauczanie Kościoła, którego ciężaru nie byli w stanie unieść, a potem, już za ciosem, poddawali analogicznej interpretacji inne absolutnie wiążące dla wiary prawdy i zasady? Z danych przytoczonych w artykule Majewskiego wynika, że w Polsce aż 75% nie stosuje się do wskazań encykliki.

Jak żądać od katechetów, księży i świeckich, którzy nauczanie Kościoła mają przekazywać z zaangażowaniem posłuszeństwa ”rozumu i woli” wobec kolejnych „autentycznych” prawd, które znajdą swój wyraz w dokumentach Kościoła? Czy ci wszyscy nie mają prawa czuć się oszukani i zwiedzeni (że tacy są wiem z rozmów z katechetami)? Przecież to, czego nauczali w oparciu o udzieloną im misję kanoniczną, firmowali również swoją twarzą, nie tylko autorytetem Kościoła, w przeciwnym wypadku nie powinni w ogóle nauczać.

Nasuwa się pewien praktyczny postulat, aby ogłoszenie tego rodzaju dokumentów było poprzedzone jeszcze szerszymi konsultacjami, tak aby nie dekretować spraw, co do których nie ma wystarczającego konsensusu nie tylko wśród biskupów i teologów, ale również pośród wiernych. Nie chodzi o to, aby zacierać granice pomiędzy Magisterium a ludem wiernym, ale aby stosować odwieczną zasadę, że łaska buduje na naturze, a wiara winna szukać zrozumienia, aby była przyjęta i wyznawana.

comments

Leave a Comment