Posted on: 8 czerwca 2018 Posted by: Marcin Pera Comments: 0

Staram się unikać słów wzniosłych i patetycznych. Wszystko, co napisałem powyżej o ks. Andrzeju Perzyńskim to prawda (łącznie z wiekiem;)) – takiego Andrzeja znam i myślę, że podobnie widzą go pozostali klubowicze. Mógłbym zresztą pisać o Andrzeju naprawdę długo, choć znamy się niespełna 10 lat. Nie w tym jednak rzecz, by pisać jego biografię – na to jeszcze nadejdzie czas (a będzie to wówczas lektura obowiązkowa dla każdego klubowicza). Pozwolę sobie natomiast na kilka osobistych refleksji.

Szczególnie urzeka mnie jego skromność. Andrzej stroni od pierwszego planu. Nie oznacza to, że nie potrafi zabrać głosu – robi to zawsze, gdy uzna za niezbędne, lub gdy go o to poprosimy. Mam jednak wrażenie, że najlepiej czuje się z dala od jupiterów. Na większości oficjalnych wydarzeń widziałem go co najwyżej w środkowych, często w ostatnich rzędach. Znacznie lepiej czuje się w kuluarach, w których bardzo chętnie podejmuje dyskusje na przeróżne tematy. Bez wątpienia ma ugruntowane poglądy, potrafi wypowiadać się stanowczo, choć zawsze czyni to w sposób możliwie delikatny. Nigdy nie posądzałbym go o usilne „nawracanie” kogokolwiek na swoje myślenie, ale z lubością przypominam sobie jego opowieści o tym, jak swoim kolegom księżom przesyła linki do co ciekawszych artykułów z „Więzi” czy „Tygodnika Powszechnego”. Tamci oczywiście nie pozostają dłużni.

ks. Andrzej Perzyński, Anna Wallentin i Joanna Rózga / Fot. Adam Walanus

Skromność nie przeszkadza mu w byciu bezpośrednim, w jak najlepszym tego słowa znaczeniu. Nie widziałem dotąd Andrzeja zdenerwowanego czy obrażonego. Nigdy też nie zauważyłem, by afiszował się ze swoimi tytułami – rzekłbym nawet, ze pobił rekord Guinessa w kategorii „Ksiądz przechodzący z nowopoznanymi ludźmi na Ty”.

Ta bezpośredniość świetnie łączy się z chęcią, a może nawet potrzebą działania. Dla Andrzeja słowo „problem” nie istnieje – gdy tylko pojawiają się komplikacje natychmiast szuka wyjścia z sytuacji. Przyzwyczaił nas do szybkiego, sprawnego podejmowania decyzji. Co ważne, nie boi się brać odpowiedzialności na siebie w sprawach trudnych. Przeżywaliśmy już różne trudne momenty – od pierwszego zakazu dla ks. Adama Bonieckiego, przez różne perturbacje klubowe. Andrzej zawsze był na miejscu.

Dziś środowisko tygodnikowe (redakcja – czytelnicy – kluby) odbieram bardziej jako miejsce spotkania i wspólnotę, która ukazuje chrześcijaństwo jako żywe wydarzenie obecne w historii – pisał w 2010 r. ks. Andrzej Perzyński. To zdanie wydaje mi się być ważne, ponieważ pokazuje, że Andrzej założył pierwszy Klub „TP” w swojej Łodzi nie jedynie po to, by czytelnicy pisma, ludzie podobnie myślący mogli się od czasu do czasu spotkać, podyskutować, czasem ponarzekać. Andrzej od samego początku podkreślał, jak ważna jego zdaniem jest formacja. Uczciwie trzeba przyznać, że było z nią w klubach różnie. Jednak to dzięki jego uporowi i cierpliwości stopniowo coraz lepiej rozumieliśmy wagę kształtowania naszej „Tygodnikowej” i chrześcijańskiej tożsamości oraz rolę, jaką Kluby „TP” powinny spełniać w społeczeństwie. W pierwszej wzmiance o powstaniu łódzkiego Klubu „TP” czytamy m.in.: Chodzi o stworzenie warunków do powszechnej debaty społecznej, w której dziś dominuje agresja i kwalifikowanie rozmówcy według klucza preferencji politycznych. Trzeba gromadzić ludzi słuchających argumentów i chętnych do – jak mawiał ks. Józef Tischner – uczenia się także od tych, z którymi pozostaje się w zasadniczym sporze. Nie wiem, czy autorem tych słów jest ks. Andrzej Perzyński, ale jestem przekonany, że oddają one Jego wizję Klubów. Takich warunków trzeba było i potrzeba nadal w Polsce (znamienne, że w tekście z 2007 r. pojawia się informacja o dominacji agresji w debacie publicznej), a do ich zbudowania niezbędne jest też to, co wymieniłem wcześniej – ugruntowana, silna tożsamość.

Andrzej ma spore doświadczenie z Włoch, gdzie bacznie przyglądał się ruchowi Comunione e Liberazione, którego założycielem był z kolei ks. Luigi Giussani. To istotne także dlatego, że jedną z pierwszych wspólnych lektur, które zaproponował członkom klubów była książka tego włoskiego duchownego. Wiedza przywieziona z Włoch, ale też – tak sądzę – świetna intuicja, pomagały Andrzejowi nas świetnie prowadzić, także popychać w momentach zastoju. To on zapoczątkował ideę Zjazdów Klubów „Tygodnika Powszechnego” oraz rekolekcji klubowych. Co symptomatyczne, z obu tych inicjatyw bardzo szybko wycofał się na ich obrzeża, oddając organizację innym.

ks. Andrzej Perzyński, ks. Adam Boniecki, o. Marcin Mogielski, ks. Michał Czajkowski i Piotr Białkowski / Fot. Adam Walanus

Podobnie zresztą było w działalności Klubowej. Uczciwie mówiąc, zakładaliśmy Klub „TP” w Poznaniu z przekonaniem, że jesteśmy pierwsi. Oświecił nas – oczywiście przypadkiem – Internet. Z Andrzejem, ale też innymi łódzkimi klubowiczami stworzyliśmy bardzo szybko niezwykle bliskie, wręcz przyjacielskie relacje, a wspólną linię klubową (przez długi czas istniały tylko dwa kluby) budowaliśmy w pełnym partnerstwie. Nam, młodym (w Poznaniu Klub zakładało 10 osób, nie wiem czy ktokolwiek wówczas przekraczał trzydziestkę) bardzo imponowało, że mamy w Klubach zacnego księdza profesora. Ale Andrzej natychmiast zniósł wszelkie bariery, traktował nas jak równych partnerów w dyskusji, nie tylko o klubach.

Gdy powstawać zaczęły kolejne kluby, rozpoczęły się moje i Andrzeja pielgrzymki. Rozpoczęliśmy od Berlina, Krakowa i Warszawy, później były wizyty w innych miastach. Nie wszędzie udało się założyć klub, w niektórych miejscach inicjatywa nie przetrwała próby czasu. Nie mam jednak wątpliwości, że Klub warszawski istnieje dziś i świetnie się rozwija dzięki determinacji Andrzeja. To on, gdy klub był w rozsypce, nie wahał się zainspirować Joannę Rózgę do objęcia sterów stołecznego klubów. I tak klub, który od początku borykał się ze sporymi problemami organizacyjnymi jest dziś w czołówce jeśli chodzi o liczbę spotkań, pomysłów na nowe klubowe inicjatywy, a Joanna jest jedną z najaktywniejszych osób na polu współpracy międzyklubowej.

ks. Andrzej Perzyński i ks. Arkadiusz Lechowski / Fot. Adam Walanus

Trudniejsze czasy dla łódzkiego Klubu „TP” nastały wraz z poprzednią zmianą abpa Archidiecezji Łódzkiej. To paradoksalne, bo wielu łódzkich księży wiązało nadzieje z nachodzącą wielkimi krokami zmianą. Nawet gdy poznali nazwisko następcy abp. Ziółka nie przeczuwali tego, co ostatecznie nadeszło. Choć zbyt wiele o tym nie mówił, był to dla Andrzeja trudny czas. Trudny, ale nie bezowocny. Kluby nadal pozostały dla niego ważne, choć postanowił się, w swoim stylu, usunąć w cień. Tak się złożyło, że na UKSW powierzono mu katedrę ekumenizmu i to właśnie temu tematowi, jakże bliskiemu także klubom, poświęcił się bez reszty. Klub łódzki nieco ucichł, ale na pewno nie zniknął z klubowej mapy – łódzcy klubowicze nadal organizowali spotkania, przyjeżdżali też na zjazdy i rekolekcje klubowe. Bogu dzięki, doczekali odwilży.

Dla wielu to rzecz oczywista, ale niewtajemniczonym wskaże na jeszcze jeden talent Ks. Perzyńskiego – ma bardzo dobre pióro. Regularnie, raz w miesiącu możecie czytać jego rozważania do Słowa, które publikuje na naszym portalu w rubryce „Ewangeliarz niedzielny”. Nie brakuje również innych tekstów publicystycznych i przede wszystkim naukowych jego autorstwa.

Piszę wszystko powyższe głównie dlatego, by samemu Andrzejowi uświadomić, jak bardzo jest dla nas ważny i nam potrzebny. Andrzeju, Kluby są Twoim, mam nadzieję ciągle pięknym dziełem, które wymagają jednakowoż ciągłego rozwoju. Zrobiłeś dla ruchu klubowego wiele, ale równie dużo, a być może nawet więcej zadań ciągle przed nami, ciągle przed Tobą.

ks. Andrzej Perzyński, Aleksander Kardyś (Fundacja TP) i Wojciech Bonowicz podczas Zjazdu Klubów „TP” we Wrocławiu / Fot. Adam Walanus

Na koniec anegdota. Podczas jednych z rekolekcji klubowych, przy obiedzie Andrzej, jak to ma w zwyczaju, opowiadał nam różne swoje, zwłaszcza włoskie (choć ma też kilka anegdot wojskowych w zanadrzu) historie. Dyskusja, nie wiedzieć czemu, zeszła na Opus Dei. Andrzej rzucił więc, że grób o…… założyciela tej zasłużonej dla Kościoła instytucji znajduje się w Rzymie. Jednak próżno na nim szukać zwyczajowych informacji, bo na marmurze widnieje tylko napis „Il Padre”, co znaczy oczywiście „Ojciec”. Nigdy nie miałem okazji zweryfikować tych słów. Zapewne jednak nie muszę dodawać, że dla słuchających tej historii klubowiczów Andrzej od tego momentu stał się właśnie „Il Padre”.

comments

Leave a Comment