Relacja ze Zjazdu Klubów „Tygodnika Powszechnego” (Kraków 18-19 października 2014)

Zjazd rozpoczął się Mszą św. u św. Floriana, koncelebrowaną przez ks. Adama Bonieckiego i ks. Jana Kaczkowskiego. Po południu odbyła się dyskusja tematyczna: „Chrześcijaństwo nie musi być ponure, gdzie nasza chrześcijańska radość” (zapraszamy do posłuchania nagrania), w której udział wzięli: Joanna Święcicka (KIK Warszawa), ks. Jan Kaczkowski (Hospicjum Sopot), Dominika Kozłowska (red. nacz. „Znak”), Leon Knabit OSB. Prowadzenie: Kazimierz Urbańczyk. Po przerwie Kluby kolejno informowały o swej działalności (zapraszamy do posłuchania nagrania). Zabierali kolejno głos przedstawiciele klubów z Gliwic, Krakowa, Lędzina, Łodzi, Poznania, Wadowic, Warszawy i Wrocławia. Kluby z Berlina i London (Ontario, Kanada) przysłały informację, które odczytał koordynator generalny Klubów „TP”, Marcin Pera.

Drugi dzień rozpoczął się Mszą św. (zapraszamy do posłuchania nagrania). Następnie odbyło się spotkanie z Redakcją i Fundacją Tygodnika Powszechnego, reprezentowanych przez: Błażeja Strzelczyka (red.), Piotra Sikorę (red. dział „Wiara”), Michała Okońskiego (zastępca red. naczelnego, kierownik działu „Kraj” oraz członek Zarządu Fundacji Tygodnika Powszechnego), Piotra Mucharskiego (red. naczelny, kierownik działu „Kultura” oraz członek Zarządu Fundacji Tygodnika Powszechnego), Aleksandra Kardysia (jeden z prezesów Zarządu Fundacji), Annę Goc (red. z działu „Wiara”), Kalinę Błażejowską (red. działu „Kultura”). Na sali był też obecny red. senior ks. Adam Boniecki.

Poniżej zamieszczamy fragment dyskusji o radości.

Kazimierz Urbańczyk (z wprowadzenia): Temat mi nasunęła adhortacja apostolska Ewangelii gaudium: „Radość Ewangelii napełnia serce oraz całe życie tych, którzy spotykają się z Jezusem. Ci, którzy pozwalają, żeby ich zbawił, zostają wyzwoleni od grzechu, od smutku, od wewnętrznej pustki, od izolacji. Z Jezusem Chrystusem rodzi się zawsze i odradza radość”. W Piśmie świętym jest kilkaset miejsc wzywających nas do radowania się. Chyba coś z tego wynika. Papież Franciszek stwierdza: „Ewangelizator nie może mieć grobowej miny”. Jeśli mamy kogoś pociągnąć do Chrystusa, to tylko naszą radością, a nie okrzykami „precz z hedonizmem”. Gdzie zatem jest nasza chrześcijańska radość? Z drugiej strony, nie ma przecież chrześcijaństwa bez krzyża. Jak ten krzyż pogodzić z radością? Czy można radować się cierpiąc?

Joanna Święcicka: Często wchodząc do kościoła i patrząc po twarzach widzę, że wiele osób ma ponury wyraz twarzy, który niekoniecznie koresponduje z tym, co odczuwają, ale chyba jest takie poczucie, że w kościele należy mieć taką ponurą minę. Dla mnie jest wiele momentów we mszy św., które mi przynoszą radość i wtedy się uśmiecham. Pamiętam taką sytuację, kiedy na mszy św., w dobrze zżytym ze sobą środowisku, uczestnicy, w tym również koncelebrujący, wszyscy mieli grobowe miny. W pewnym momencie się uśmiechnęłam i jeden z koncelebrujących księży na to też się uśmiechnął, po czym popatrzył na kolegów i szybko przywrócił swojej twarzy „właściwą”, grobową minę.

Ja odkryłam wiarę bardzo późno, już miałam trzydzieści parę lat i pamiętam, że pierwsze moje odczucie po chrzcie, to była ogromna radość, która różniła moje bardzo szczęśliwe życie wcześniejsze od życia, kiedy odkryłam wiarę. Odkryłam radość, która płynie z poczucia wspólnoty. Jeśli się głębiej wejdzie w wiarę, to odkrywa się radość nawet ze wspólnego przyjmowania Komunii św.

Radość to nie jest wesołość. I dlatego radość może iść w parze z cierpieniem. Ja znałam takie osoby, które cierpiały i umarły, ale w pewnych momentach, między innymi właśnie dzięki wierze i związkowi z innymi ludźmi, potrafiły pomimo cierpienia czuć radość. Radość z sensu, z poczucia, że się idzie dokądś. Radość może towarzyszyć cierpieniu, bo to są rzeczy z różnych porządków.

 Ks. Jan Kaczkowski: Oczywiście, że chrześcijaństwo nie może być ponure. Ale będę przekorny: głęboko sprzeciwiam się infantylnej radości, która mnie zawsze mierzi. Mnie irytowały wszelkie ruchy charyzmatyczne, a zwłaszcza love-bombingowe typu oaza (może źle prowadzona). Dla mnie to było tak odpychające, że szukając Boga, odnalazłem go w ponurym, parafialnym duszpasterstwie. To duszpasterstwo w ciągu lat wydało wielu świętych.

Jeśli idzie o radość i cierpienie – wczoraj odebrałem kolejne wyniki (niepomyślne). I nie jestem potwornie przerażony, ani nie jestem huraoptymistą. Po raz kolejny powiedziałem sobie moją ulubioną modlitwę: „Przyjmij Panie całą wolność moją, całą pamięć moją, wszystko co mam, Tobie to oddaję i całkowicie się poddaję panowaniu Twej woli”. Ale moi państwo, tego nie da się zrobić z głupkowatym uśmiechem, sorry. Nie da się powiedzieć: „Mam kiepskie wyniki. Alleluja, dobrze że jesteś!”

W sprawie liturgii uważam, że musimy pilnować, by Najświętsza Ofiara to była Najświętsza Ofiara. Trzeba pamiętać, aby być skupionym, trzeba wiedzieć co się robi. Denerwuje mnie nasza polska radość idąca w drugą stronę, gdy Eucharystię przykleja się do dożynek, do uroczystości państwowych, i różnych innych, które są w moim odczuciu najzupełniej niekompatybilne z tą rzeczywistością, która się dzieje na ołtarzu.

Nie wszystko musi być na wesoło.

Jako ten, który stoi u kresu życia i mu z tej racji więcej wolno, powiem, że najbardziej ponure dla mnie bywają listy pasterskie episkopatu, a czasem nasze kaznodziejstwo.

Dominika Kozłowska: Tydzień temu, w Lublinie, na Kongresie Kobiet brałam udział panelu na temat gender, razem m.in. z ks. Wierzbickim. Jedną z uczestniczek była Maria Pawłowska, wykładowczyni na Gender Studies na IBLu w Warszawie. Ponieważ jej wypowiedzi były dla mnie bardzo ciekawe, bo osadzone w perspektywie kogoś, kto przez wiele lat studiował nauki biologiczne zaproponowałam jej, że może kiedyś umówimy się na rozmowę do miesięcznika, albo pogłębimy ten temat wspólnie. Ona mówi: znakomicie. Bardzo się ucieszyła, ale nagle, po chwili, zasmuciła się i mówi: „Tylko wiesz, ja jestem apostatką i moja mama także jest apostatką, więc ja nie wiem, czy będziesz chciała, żebym na łamach „Znaku” się pojawiła”.

Odpowiedziałam jej: „Oczywiście że tak”. Zdarza się nam zamieszczać apostatów, zdarza się niewierzących, zdarza nam się pisać o osobach homoseksualnych, transpłciowych, i o różnych osobach, które się czują nieraz wyrzucone zupełnie na margines. Zwłaszcza w temacie, w którym wypowiadała się jako biolog. W dalszej części rozmowy powiedziała: Wiesz, gdybym spotykała w życiu więcej takich katolików radosnych, pozytywnie nastawionych do drugiego człowieka, otwartych, to może w moim życiu byłoby inaczej.

To historia, która bardzo dała mi do myślenia.

Temat radości ma bardzo duże znaczenie i naprawdę wyrasta z serca Nowej Ewangelizacji, którą Kościół odkrywa. Dlatego, że – tu powiem w imieniu ks. Hryniewicza, który wśród polskich teologów jest najbardziej uprawniony, by mówić o radości – nasza wiara jest bardzo podszyta strachem.

Dlaczego? Bo boimy się, że powiemy coś, co okaże się nieortodoksyjne, co nie będzie zgodne z opinią jednego z biskupów, arcybiskupów, czy kardynałów, boimy się być sobą ze swymi wątpliwościami, z tym co inni o nas pomyślą. Ten strach jest wszechobecny i Kościół w Polsce jest bardzo strachem podszyty.

Dlaczego? Bo mimo, iż uznajemy na poziomie teologicznym, że człowiek jest istotą grzeszną, to tak bardzo się boimy popełniać błędy. Mamy bardzo mało wyrozumiałości, bardzo mało zrozumienia i cierpliwości dla naszych błędów, które w życiu popełniamy, a które są nieuniknioną stroną tego, że jeśli decydujemy się coś zaryzykować, w imię naszej wiary, to będziemy stawiać kroki, które po jakimś czasie, na późniejszym etapie rozwoju duchowego ocenimy jako niewłaściwe, jako błędne. Ale nieraz trzeba je postawić. Wydaje mi się, że nie mamy tu nawzajem, dla siebie, w Kościele dla naszych błędów takiej po prostu cierpliwości ludzkiej.

Dlaczego? Bo bardzo często Kościół doświadczamy jako instytucję, jako korporację, również my, jako świeccy. Natomiast może za rzadko, nie na co dzień, nie w każdej chwili, doświadczamy że Kościół to przede wszystkim wspólnota. Ale wspólnota to nie jest abstrakcyjne pojęcie. Dla mnie podstawowym doświadczeniem Kościoła to przede wszystkim moja rodzina, przyjaciele, znajomi, z którymi jestem na dobre i na złe. I czuję się z moim Kościołem rzymsko-katolickim zrośnięta na dobre i na złe. Tak jak jest się zrośniętym z rodziną. Ale myślę, że im dalej od najbliższych, z którymi nas łączą więzi nie do zerwania, tym mniej tego poczucia wspólnotowości.

Dlaczego? Myślę, że jest w nas za mało nie tyle radości, ale czegoś innego. Bo radość jest owocem nadziei i wzajemnej miłości. Nie takiej miłości naiwnej, o której mówił ks. Kaczkowski – „Alleluja i do przodu, będzie dobrze”. Ale wyrastającej z tego, że zależy nam na sobie nawzajem, że chcemy żeby każdy człowiek mógł w Kościele znaleźć swoje miejsce, żeby każdy człowiek mógł odnaleźć drogę do Pana Boga, a także zależy nam na sobie w takim sensie, że chcemy ze sobą być, spotykać się na niedzielnej liturgii, spotykać się we wspólnotach, także takich jak Klub Tygodnika. Miłości, jaka na co dzień jest w domu i z której bierze się radość, taka jaką się odczuwa wracając do domu.

Mam nadzieję, że Kościół, który odbywa synod poświęcony rodzinie, poza problemami, którymi się zajmie – podkreśli i ten wątek, że nie ma Nowej Ewangelizacji bez bycia we wspólnocie, a nie ma bycia we wspólnocie, bez bycia w bardzo konkretnych relacjach.

Dlaczego nieraz nie ma tej miłości? W perspektywie wiary odpowiedź jaką nam Kościół daje, to jest odpowiedź, że nie doświadczyliśmy my, jako ludzie, spotkania z Chrystusem, nie doświadczyliśmy miłosierdzia, które zmienia całkowicie nasze życie. Wracając do Nowej Ewangelizacji, którą, jak wierzymy, dziś Duch Święty daje Kościołowi, Nowa Ewangelizacja w samym centrum stawia tę definicję Kościoła o której mówił sobór Watykański II.

Kościół jest w Chrystusie jakby sakramentem tzn. znakiem zjednoczenia człowieka z Bogiem.

Bez odkrycia Chrystusa, bez odkrycia Boga, który jest Bogiem miłosiernym nie ma miłości, bez miłości nie ma wspólnoty, bez wspólnoty nie ma wyrozumiałości dla błędów które popełniamy, bez poczucia wyrozumiałości otwartości na ludzi, którzy błądzą, pozostaje jedynie strach.

Tak więc mamy receptę, trzeba ją tylko stosować.

O. Leon Knabit: Ja się do tego spotkania przygotowywałem przez 84 lata mniej więcej, żadnego specjalnego przygotowania nie potrzebowałem. Widzę tu takie płaszczyzny, na których ta radość występuje, o której mówimy. Po pierwsze, moja osobista radość, którą każdy człowiek jakoś ma i to życie, które się zaczęło, ale się nie skończy, dlatego tak ważne jest jak je kształtujemy w duchu radości, czy do niej dochodzimy. Po drugie, moja najbliższa rodzina – ale można to rozciągnąć na pracę, sąsiedztwo, dalszą rodzinę itd. I wreszcie to, co wśród katolików nie może być pominięte, co wszędzie występowało – wspólnota radosna w liturgii. Nie możemy sobie wyobrazić dyskusji na te tematy, bo jeśli liturgia ostatecznie jest szczytem i źródłem, i ona u człowieka nie może być i nie jest na marginesie. Jeśli jest na marginesie, to to nie daje radości, ten człowiek nie jest przesiąknięty radością.

Przytoczę ks. Alessandra Pronzato, on powiedział: „Proszę Państwa, bądźmy poważni – zacznijmy się śmiać”. Człowiek zawsze poważny nie zasługuje na to, by go poważnie traktować. Człowiek który jest jak nadęta purchawka, nadęta pychą, czy nadęta pesymizmem i obnosi się ze swą poważną twarzą aż kusi, żeby szpileczką przekłuć tę nadętość żeby to psssss, powietrze wyszło i oblicze się uśmiechnęło.

Zacznę tam, gdzie skończyła pani redaktor, tzn. zgodzę się, że podstawą radości człowieka wierzącego jest ścisła więź z Jezusem. Ścisła więź z Jezusem, by nie powiedzieć mistyczna. Ja jeszcze mistyki nie zaznałem, może zdążę przed śmiercią. No ale naprawdę, traktowanie Jezusa jako mojego Pana i Zbawcę, a nie przyjaciela, któremu na mnie zależy, który, jak przypomniał papież Franciszek, nigdy się nie męczy przebaczaniem. Ja się mogę męczyć sobą, wściekam się na siebie, a czemu jestem zły – bo jestem pyszny. Im bardziej pokornym, tym bardziej… przepraszam… po mnie można spodziewać się czegoś więcej, a to przyjmuję ze spokojem, bo Jezus wie czego się po mnie spodziewa i nie przestaje mnie kochać. I tutaj w Polsce nam pomaga św. siostra Faustyna. Jezus jej powiedział: gdyby ci biedni grzesznicy wiedzieli jak ich kocham. A gdy się wie, że ktoś cię naprawdę kocha, nie dlatego że jestem taki, czy taki, ale że jestem w ogóle, to wtedy nie mam się czego przejmować za bardzo, owszem trzeba być realistą. Śmiej się ze śmiejącymi i płacz z płaczącymi. Ale gdy człowiek jest kochany, nie ma miejsca na rozpacz, na narzekanie, na marudzenie na stres. Owszem, ks. bp Ryś mawiał, że doskonałość jest na końcu, nie na początku. Dlatego dochodzimy do tego, jeden wcześniej, drugi później, ale jesteśmy na drodze ku poszerzeniu się radości, ku rozumieniu coraz głębiej naszej religii.

Bóg stara się abyśmy robili dobro i poprzez nas dużo dobra czyni.

[…]

Nie wiem czy państwo wiecie, że na Uniwersytecie Śląskim odbywa się Międzynarodowe Sympozjum Humorologiczne. Humor i radość są to pojęcia bliskoznaczne, ale niezupełnie pokrywają się. Językowo i pojęciowo jest różnica. Jednak temat Sympozjum bardzo podobny do naszej dyskusji o radości. Mnie tam kiedyś poprosili. Pytali mnie: „jak to może być mnich i radość?” Rzeczywiście napisano: „Śmiechu częstego i zbyt głośnego unikaj”. Nie pozwala się rozmawiać. A tu mnich się śmieje, jest radosny i pogodny. I nawet studenci wymyślili 40 lat temu: „Że Bóg jest dowcipny, każdy się przekona/ Bo stworzył żyrafę i ojca Leona”.

I tam, na tym sympozjum humor, dowcipy, przytaczali ludzi, którzy mieli poczucie humoru, próbują analizować pojęciowo, to są referaty przez cztery dni. Patrzę na tych ludzi, jacy tam są. To bardzo pogodni ludzie, na szczęście. Bo gdyby ponuraki o radości rozmawiali, to byłaby makabra nie do zniesienia.

Wracam do tego, na czym pani redaktor skończyła: bycie blisko Jezusa. Jestem z Jezusem i jak mówi św. Paweł: jestem wylewany na ofiarę, szlag mnie trafia, koniec ze mną ale się cieszę, bo radość i cierpienie absolutnie się nie wykluczają. Radość i smutek się wykluczają. Ale miłość i smutek się nie wykluczają.

Wierzę w Jezusa i że chce On mojego dobra i w każdej sytuacji, w każdym położeniu dziękuję Panu Bogu. Łatwo gdy się wygra w toto-lotka, zdało egzamin, ale gdy dziecko ma raka mózgu, nie zdałem egzaminu, ktoś mnie nabrał i straciłem 100 tys zł i wtedy też mamy dziękować? Ja w każdym wydarzeniu, nawet najgorszym, widzę tylko czubek góry lodowej. Nie widzę całości, nie widzę całego planu Boga. Ale dzieje się wola Boża. Będę smutny z powodu tego co się stało, nawet sobie popłaczę, ale mam tę refleksję, że jestem z Jezusem i smutek minie.

Tekst i transkrypcja: Kazimierz Urbańczyk.

 

Relacje Klubów:

Dyskusja o radości:

Msza św.:

Spotkanie z redakcją „TP”:

 

Zdjęcia: Adam Walanus

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.