O tajaniu lodów. Władysławowi Bartoszewskiemu na Dziewięćdziesiątkę.

Pozwolę sobie rozpocząć od słów Tadeusza Mazowieckiego, który tak opisywał wydarzenia nocy 22 na 23 grudnia 1981 roku:

„Była to już szósta albo siódma godzina podróży czarną Wołgą, od chwili kiedy powiedziano mi, że idę do domu. […] Droga się wiła, kto zresztą rozpozna ją w nocy, kiedy z obu stron jest śnieg albo ciemna ściana lasu. […] W moich roztrząsaniach obracających się ciągle wokół jednego pytania: dokąd mnie wiozą i co tam jest, została mi już tylko jedna możliwość. […] Było już całkiem jasne, że wcale nie idę do domu, nie wiedziałem jednak dokąd mnie wiozą. […] Pozostało mi już jedynie przypuszczenie najgorsze – zwłaszcza gdy pierwszy postój w polskiej bazie wojskowej – nie okazał się celem podróży. Po skręcie raz i drugi w lewo, dojechaliśmy nagle w pustce za lasem przed jakiś dom, długi, z zewnątrz ponurawo wyglądający. Po kilkunastu minutach kazano mi wyjść z Wołgi i wejść do środka […] za biurkiem stał niski, trochę nieporadny oficer. Pan tu zostaje – mówił wolno – tu już są inni, oni mają nawet takiego starostę. Nazywa się B A R T O S Z E W S K I. Nie powiedziałem już nic, ponieważ czułem, że coś we mnie zaczyna tajać.”

Myślę, że trudno o bardziej wymowne słowa, ilustrujące to, kim jest dla wielu ludzi Władysław Bartoszewski. Przez wiele lat, niebogatej w nadzieję, peerelowskiej egzystencji, jego postać, charakterystyczny timbre głosu, humor i ponad wszystko słowa, które wypowiadał, dawały wszystkim, którzy mieli szczęście się z nim stykać, poczucie – opisane przez Mazowieckiego – topnienia jakichś wewnętrznych złogów zniechęcenia, braku wiary i zwątpienia. Nic dziwnego, że bali się go ci, którzy owo duchowe zlodowacenie szerzyli, widząc w nim gwarancję swej dominacji. Serdeczny przyjaciel Bartoszewskiego – Stefan Kisielewski „Kisiel”, wspominał: „Pamiętam, że po Październiku 1956 były sprawy sądowe o odszkodowania za więzienia. Powoływano Bartoszewskiego na świadka i kiedy sędzia się dowiadywał, że on ma być świadkiem, to nie dopuszczał do rozprawy. Przyznawał odszkodowanie, byleby on nie gadał, bo mówił jak maszyna.”

Zanim spotkało się go osobiście, można było pozostawać wręcz przygniecionym bogactwem jego biografii i dokonań, oczekiwało się ujrzenia kogoś na kształt żywego monumentu, wobec którego pozostanie jedynie milczące onieśmielenie. Sam czułem to, gdy jako student pierwszego roku historii na UAM czekałem wraz z moim przyjacielem na Profesora w korytarzu duszpasterstwa Dominikanów w Poznaniu. Był rok 1984, niedawno zniesiono stan wojenny, nasze kręgosłupy były przetrącone pogłębiającym się poczuciem braku szans na jakiekolwiek zmiany. Wielu jedyną szansę widziało w wyjeździe z kraju. To wtedy, gdy do Polski przyjeżdżał Jan Paweł II, słyszało się nieraz skandowanie: „zabierz nas ze sobą” zamiast rytualnego: „zostań z nami”. Bartoszewski przyjechał na spotkanie w duszpasterstwie, które było wtedy swoistą enklawą wolnej myśli, my zaś, we dwóch, postanowiliśmy przyjść wcześniej, słusznie obawiając się tłumów. Byliśmy pierwsi i ku naszemu zaskoczeniu spotkaliśmy go w korytarzu gdzie siedział przeglądając jakieś pismo. Ktoś, kto stał na placu apelowym w Auschwitz, działał w strukturach Biura Informacji i Propagandy AK, siedział w stalinowskim więzieniu, był filarem wielu środowisk opozycyjnych, dokumentował działania Polski Walczącej i dzieje akcji pomocy Żydom. To mieliśmy w głowach w tamtej chwili. Bartoszewski przywitał się i zaczął rozmowę z dwoma niedowarzonymi dziewiętnastolatkami. O dziwo po chwili dystans zniknął i pojawiło się odczucie, że rozmawiamy co prawda z człowiekiem nastawionym mocno „na nadawanie”, ale absolutnie nas nie lekceważącym. Po latach zostało wspomnienie dowartościowania, obcowania z wielkim doświadczeniem i mądrością, ale również tego, co Mazowiecki nazwał „tajaniem”. Pogłębiło się ono jeszcze po późniejszym spotkaniu w dominikańskim kościele. Gość doprowadził tłum do paroksyzmów śmiechu wspominając moment swego internowania a w ogólności mówił o niedawnych zdarzeniach z rzadko wówczas The nature of hypothecation is such that the borrower is really the free-credits-report.com or. spotykaną lekkością, humorem i dystansem. Przesłanie było jednoznaczne: wartość naszej egzystencji nadaje nie to gdzie jesteśmy i na co nam pozwalają, ale wewnętrzne poczucie przyzwoitości naszych czynów i wyborów. „Warto być przyzwoitym”, to wtedy usłyszeliśmy po raz pierwszy ulubioną frazę Profesora, użytą w tytule jednej z jego książek. Pamiętam już nie tyle konkretne słowa i zdania, ale odczucie z którym wyszliśmy z tego spotkania. Odtajało! Dziś wydaje mi się to najlepszym określeniem naszego ówczesnego stanu ducha. Później niejednokrotnie miałem okazję spotkać się z Profesorem, już ambasadorem, ministrem…, ale najważniejszym pozostało zawsze tamto wrażenie z niewesołej zimy 1984 roku.

Nikt z nas nie uważał go wówczas za postać „kontrowersyjną”, emocje, także negatywne, budzić zaczął dopiero w wolnej Polsce, szczególnie w ostatnich, naznaczonych „wojną polsko – polską”, latach. Wielu moich przyjaciół z tamtych lat jest dziś daleka od naszego ówczesnego, jednoznacznego uwielbienia dla Bartoszewskiego. Pomińmy opinie tych, którzy nie mogą dziś o nim mówić inaczej niż w tonie inwektywy, ale nawet ci, którzy nadal darzą go sympatią i szacunkiem, powiadają niekiedy: „po co się tak jednoznacznie angażuje politycznie, po co mówi o „dyplomatołkach”, dlaczego rozmienia na drobne swój autorytet w doraźnych politycznych zaangażowaniach?” Chcieliby widzieć w nim żywy pomnik, autorytet unoszący się ponad falami chaosu współczesności. Wygląda na to, że go dobrze nie znają! Ten dziewięćdziesięciolatek pozostaje człowiekiem aktywnym, pełnym emocji, chęci działania, zaskakującym siłami witalnymi. To, że nie zamyka się w wieży z kości słoniowej, pouczając naród ezopowym językiem mędrca, powinno dawać nam nadzieję, dodawać życiowego optymizmu i werwy. Ten, który „w jednym życiu przeżył żywotów wiele”, ma jeszcze energię pozwalającą mu autentycznie angażować się w sprawy współczesne, emocjonować się nimi, powinniśmy mu tego zazdrościć i na ile możemy naśladować. To, że budzi ciągle żywe emocje jest właśnie dowodem jego sukcesu, którego miarą jest istnienie od ponad dwudziestu lat suwerennego państwa. Jakże wielkie szczęście stało się jego udziałem! Nie tylko dożył, ale ma wciąż możliwość współkształtowania wolnej Polski, której tylu jego rówieśników nie było dane ujrzeć. Kształt tej państwowości budzi u wielu z nas negatywne odczucia, podobnie negatywnie odbierany bywa Bartoszewski. Cóż taka jest pewnie cena wolności i zarazem jej urok. Nie sadzę aby on sam wielce się tym martwił, nie martwmy się więc i my. Jakoś dziwnie pewnym zdaje mi się kształt pamięci o nim wśród przyszłych pokoleń. Ale póki co nie mówmy o pamięci, wiele jeszcze przed nim. Panie Profesorze: dwieście lat w zdrowiu!

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.