Nasz Profesor

Choć niewielu z nas – Klubowiczów – należało kiedyś do grona Pańskich studentów, był Pan Naszym Profesorem.

 

 

 

 

6 kwietnia wspólnota Klubowa pożegnała prof. Mieczysława Inglota – historyka literatury, edytora, emerytowanego pracownika Uniwersytetu Wrocławskiego, członka Klubu „Tygodnika Powszechnego” we Wrocławiu. Publikujemy treść wystąpienia koordynatora Klubu Konrada Stanowicza wygłoszonego podczas uroczystości pogrzebowych Profesora we wrocławskim kościele uniwersyteckim Najświętszego Imienia Jezus.

Drogi i Szanowny Panie Profesorze!

Spotkaliśmy się z Klubem dwa dni po Pana śmierci. W Tajnych Kompletach, w których czuł się Pan tak dobrze i nazywał już „naszymi Tajnymi Kompletami”. Wszyscy już wiedzieliśmy, co się wydarzyło, i po chwili ciszy zaczęliśmy Pana wspominać. Padło wiele pięknych słów, jednak nie były one – musi Pan wiedzieć – utrzymane w konwencji zwyczajowej kurtuazji, ale zawierały w sobie pokłady autentycznego ciepła i ogromnego szacunku. Trudno nam było przejść do rozmowy o książce, która jest teraz tematem naszych dyskusji, ale wiadomym było, że trzeba. Że Panu też przecież zależałoby na tym, żebyśmy nie pominęli tematu spotkania. Rozmawialiśmy o kościelnych snach o potędze. O tym, czy Kościół jest w świecie bardziej odbiciem Pankratora czy Sługi. Czy powinien wyraźnie panować, by unaoczniać królowanie Chrystusa, czy jednak służyć, naśladując Jego uniżenie? Tak się złożyło, że usiadłem tego dnia w miejscu, które zwyczajowo to Pan zajmował. Być może w pewien sposób doświadczałem Pańskiej obecności, ale jednak z każdą kolejną minutą czułem, jak bardzo Pana brakuje. Jak bardzo Pański głos, Pańska perspektywa, Pańskie doświadczenie Kościoła przedsoborowego i zdolność odczytywania przez jego pryzmat znaków współczesności byłyby w tamtej chwili przydatne.

Przypada mi dzisiaj żegnać w imieniu wrocławskiego Klubu „Tygodnika Powszechnego” wyjątkowego przedstawiciela naszego środowiska. Wybitnego humanistę, wielkiego erudytę i prawdziwego polskiego inteligenta, szczerze zatroskanego o losy wspólnot, w których uczestniczył nie tylko nominalnie, ale które realnie współtworzył. W trosce o ich dobro. Z prawdziwym zaangażowaniem i z pragnieniem zachowania wpływu na ich kształt. Począwszy od tych małych wspólnot, jak nasz Klub, po te duże – Kościół i Polskę. Nie zapomnę tego rodzaju wrażliwości, tych pełnych przejęcia telefonów w reakcji na ważne wydarzenie, przeczytany artykuł, czy wywiad, który szczególnie Pana Profesora poruszył. Tej nieustannej czujności wbrew coraz bardziej zobojętniałemu światu.

Drogi nam wszystkim Panie Profesorze,

dziękujemy. Za Pańską ochoczo przekazywaną wiedzę, za Pańską wypływającą z serca aktywność, za obecność pośród nas. Za Pańskie opowieści o Lwowie, o traumie okupacji, o Pańskich przyjaźniach ze Skwarnickim, Susułem i Mamoniem czy spotkaniach z Turowiczem, Bartoszewskim i Kisielem. Dziękujemy za Pański dialog z ojcem Ziębą, który był prawdziwą intelektualną ucztą, i za spotkanie poświęcone Różewiczowi, którego nikt z nas nie poprowadziłby przecież lepiej. Dziękujemy za każdy wyjątkowy głos w dyskusjach, ale też za ciekawość słuchania nas. Za pomoc, za inicjatywę i za otwartość na propozycje. Za nieodłączny humor.
Choć niewielu z nas – Klubowiczów – należało kiedyś do grona Pańskich studentów, był Pan Naszym Profesorem.

Był Pan człowiekiem o ugruntowanych poglądach, lecz jednocześnie cechowała Pana naturalna otwartość na dialog. Najlepiej oddają tę postawę słowa z pierwszego Pańskiego wystąpienia przygotowanego dla Klubu, w których odnaleźć można zarys swoistego duchowego testamentu: „Najogólniej rzecz ujmując – osobiście jestem za kultem wartości. I przeciw relatywizmowi. Zarazem jednak nie traktuję życia jako klatki przez wartości zamykanej. Wartości nie można traktować jak krat! Uważam je za okna szeroko otwarte na zmieniający się świat, z którym winny być one bezustannie konfrontowane”.

Żegnam dziś Pana, Panie Profesorze, z ogromnym smutkiem w imieniu naszego środowiska, ale też w imieniu własnym. Pochodzącemu z niedużego miasta młodemu studentowi, mieszkającemu we Wrocławiu od niedawna, nie było łatwo budować tu Klub „Tygodnika” i próbować mu przewodniczyć, kiedy wszyscy Państwo, z Panem Profesorem na czele, dysponowali zdecydowanie większą wiedzą, doświadczeniem i umiejętnościami. Pan nigdy mojej roli nie umniejszał, a dodatkowo ją podkreślał. I zawsze traktował po partnersku. Myślę, że to postawa, na którą stać naprawdę wielkich ludzi. Dziękuję za Pańską wiarę, zaufanie, nieocenioną pomoc i zaszczyt współpracy z Panem.

Drogi Profesorze!

Trudno dziś się z Panem żegnać, choć żegnaliśmy się stopniowo. Najpierw musiał Pan zrezygnować z naszych wspólnych kolacji u pani doktor Sycińskiej, naszej Pani Ani, które tak bardzo Pan lubił, ale w pewnym momencie na przeszkodzie stanął brak windy. Nieco później wygłosił Pan w Klubie ostatni odczyt – nomen omen o zaświatach w anegdocie. Kwietniowe spotkanie z księdzem Bonieckim było ostatnim, na którym się Pan pojawił. Mieliśmy poczucie, że Pańska twórcza obecność w Klubie była ważną częścią końcowego etapu życia, i że to wymuszone pożegnanie było także dla Pana czymś trudnym. Potem pozostał sporadyczny kontakt prywatny. Żegnamy się dzisiaj na dłużej, ale – miejmy nadzieję – nie na zawsze. A Pańskie wyjątkowe wsparcie tam z góry bardzo nam się tutaj przyda.

 

 

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.