Kościół w oczach młodego kapłana

Z ks. Bartoszem Rajewskim, członkiem poznańskiego Klubu „Tygodnika Powszechnego”, który po roku posługi w Polsce został przeniesiony na misję do Anglii i Walii, rozmawiamy o Kościele widzianym oczami młodego księdza.

Przyszedłeś do Miłosławia jako neoprezbiter. Jaki był dla Ciebie ten pierwszy rok kapłaństwa?

Z pewnością był to rok wyjątkowy, cudowny, niezapomniany. Był to czas, w którym musiałem tworzyć wszystko od podstaw. Mam tu na myśli pewne struktury funkcjonowania neoprezbitera w duszpasterstwie, tzn. wypracowanie konkretnego planu działania, własnego stylu, przyjrzenie się wszystkim obowiązkom i umiejętne ich godzenie. Poza tym był to także czas uczenia się wielu duszpasterskich zadań, jak np. organizowanie liturgicznej służby ołtarza, prowadzenie Apostolstwa Dobrej Śmierci – wspólnoty, o której wcześniej nic nie wiedziałem, reorganizacja duszpasterstwa młodzieży i przekształcenie Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży w witalną wspólnotę ukochanych, czyli „Amadosów”. Był to rok bardzo intensywnej pracy, zbierania nowych doświadczeń, szukania nowych form duszpasterstwa. Był to także czas, w którym Bóg postawił na mojej drodze wiele wyjątkowych osób, z którymi się zaprzyjaźniłem. Cieszę się, że mogłem ten rok spędzić w Miłosławiu.

Dlaczego odchodzisz z Miłosławia?

Tak sformułowane pytanie należałoby raczej zadać Panu Bogu, chociaż dotychczas sam się nad tym nie zastanawiałem i tego pytania nie postawiłem. Osobiście widzę w tym „palec Boży”, ponieważ wierzę, że nic bez woli Pana Boga się nie dzieje. Ksiądz Prymas, któremu przysięgałem posłuszeństwo, widzi mnie w nieco innej roli i w innym miejscu. Zawsze traktowałem decyzje Kościoła jako wyraz woli Bożej. Staram się postępować zgodnie z moim prymicyjnym wezwaniem: „Ci, co zaufali Panu, odzyskują siły, otrzymują skrzydła jak orły, biegną bez zmęczenia, bez znużenia idą” (Iz 40, 31). Ufam Bogu.

Będziesz tęsknił za Miłosławiem? Czego będzie Ci brakowało, co zapamiętasz w szczególny sposób?

Z pewnością będzie mi brakowało osób, które w minionym roku wiele wniosły do mojego życia. Trudno mi się rozstać z ministrantami, lektorami, lektorkami i młodymi tworzącymi „Amados”. Zostawiłem im swoje serce, ale ich serca również otrzymałem. Trudno pożegnać się ze szkołą. Uczyłem we wspaniałym gimnazjum, gdzie panowała wyjątkowo familijna atmosfera. Szkoła to przecież ludzie, którzy ją tworzą, a więc wyjątkowa Pani Dyrektor, grono pedagogiczne, pracownicy administracji, a przede wszystkim uczniowie, których nigdy nie zapomnę. Będzie mi również brakowało swoistego klimatu tego miejsca, serdeczności ludzi.
Zapamiętam Miłosław, jako najcudowniejsze miejsce na świecie. Jest też coś wyjątkowego, czego nigdy nie zapomnę, jednak – żeby dodać swoistej pikanterii naszej rozmowie – dzisiaj tego nie zdradzę. Być może napiszę o tym w mojej książce zatytułowanej „Poradniku dla neoprezbitera”. Mam już pewien plan na realizację tego pomysłu, zgromadzony materiał, tzn. wspomnienia, zapiski, własne refleksje. Teraz trzeba to wszystko tylko jakoś połączyć. Jest wiele poradników, a nikt dotychczas nie pokusił się o napisanie poradnika dla młodego księdza.

Zostajesz wysłany na Wyspy Brytyjskie. Czym jest dla Ciebie praca w Anglii i Walii? Można to nazwać nowym wyzwaniem?

Rozpoczynam kolejny etap w moim życiu. Z jednej strony nie jest to dla mnie jakieś wielkie wyzwanie, ponieważ jeszcze w czasie seminaryjnym byłem przez pół roku na Florydzie i przyglądałem się, jak tam wygląda kapłańska posługa wśród Polonii. Byłem też przez miesiąc w Polskiej Misji Katolickiej w Nottingham, w Anglii. Byłem w tych wszystkich miejscach poza Polską jako kleryk. Z pewnością tym razem będzie inaczej, bo jadę tam z konkretną misją już jako ksiądz. To nieporównywalnie większa odpowiedzialność. Misja ta będzie polegała przede wszystkim na kapłańskiej służbie tym wszystkim, do których Kościół mnie posyła. Będą to głównie Polacy, którzy wyemigrowali z kraju w poszukiwaniu pracy i lepszych warunków życia.

Jaki jest polski kościół i Kościół w oczach młodego księdza?
Zastosowałeś tu pewien skrót myślowy. Nie możemy mówić o polskim kościele, bo taki nie istnieje. Ksiądz Prymas bardzo często podkreśla w swoim nauczaniu, że mówimy o Kościele rzymskokatolickim, który jest w Polsce. Jaki on jest w moich oczach? Przeczytałem niedawno, że z najnowszych badań religijności przeprowadzonych przez Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego wynika, że w ciągu ostatnich 10 lat liczba katolików uczestniczących w niedzielnych mszach świętych spadła o 9%. Nie wiem na ile te dane są prawdziwe. Wiem natomiast, że wiele się zmienia, niekoniecznie na lepsze. Czy to powód do smutku? Myślę, że nie. Powinno to raczej zachęcić nas, księży do rachunku sumienia i do postanowienia poprawy. Powinniśmy też nieustannie poszukiwać nowych form posługi duszpasterskiej, być bliżej człowieka, otworzyć plebanie.
Co do wspólnoty Kościoła w ogólności, to chciałbym zacytować tutaj mojego ulubionego teologa – kard. Henri’ego de Lubac’a i książkę jego autorstwa, zatytułowaną „Medytacje o Kościele”: „Kościół! Kiedy go szukam i chcę zrozumieć – gdzie mogę go znaleźć? Jakimi barwami mogę odmalować jego obraz? Czy nie są to barwy, które kłócą się ze sobą? Mówi się, że jest on święty, a ja widzę, że jest pełen grzeszników. Mówi się, że jego misją jest oderwanie człowieka od trosk doczesnych i przypominanie o powołaniu do wieczności. A ja widzę, że jest on nieustannie zajęty sprawami tego świata i tego czasu. Zapewnia się, że jest on powszechny, otwarty niczym mądrość i miłość Boga. A ja stwierdzam, że jego członkowie bojaźliwie chowają się w zamkniętych kręgach”. Taki właśnie jest Kościół – bosko-ludzki, święty i grzeszny, nieomylny i omylny. Jest w nim miejsce dla każdego. W Kościele przemieniamy się z grzeszników w ludzi świętych. Aby być chrześcijaninem – napisał kiedyś J. Ratzinger – należy uznać za niemożliwą samowystarczalność oraz przyjąć własną niemoc. Wierzę w Kościół.
Nie zrozum mnie jednak źle. Daleki jestem od krytykowania i reformowania Kościoła. Bł. Matka Teresa z Kalkuty, zapytana kiedyś przez jednego z dziennikarzy o to, co powinno się zmienić w Kościele, powiedziała: „Pan i ja”. To jest właśnie istota – wszelkie zmiany trzeba zacząć od siebie. Kocham mój Kościół, dlatego zostałem księdzem.

Sympatyzujesz z „Tygodnikiem Powszechnym”, należysz do jego poznańskiego klubu, a jak wiemy pismo to jest różnie postrzegane w kręgach kościelnych. Dlaczego tak jest? Czy to Ci przeszkadza w pracy i codziennym życiu?

Cieszę się, że mogłem przez ostatni rok być „kapelanem” klubowiczów „TP”, pośród których byli ludzie o skrajnie różnych poglądach i podejściu do życia. Taka różnorodność rozwija, pozwala szerzej spojrzeć na otaczający świat, życie, Kościół.
Dobrze to ująłeś: „TP jest różnie postrzegany w kręgach kościelnych”. „Tygodnik” jest „różnie” postrzegany, podobnie jak „różnie” jest postrzegane Radio „Maryja”, Telewizja „Trwam” czy wypowiedzi poszczególnych biskupów. To dobrze, że w Kościele jest pluralizm i każdy może znaleźć coś dla siebie. Szkoda tylko, że tak często nie przestrzegamy w Kościele złotej zasady jedności w różnorodności: w tym, co konieczne – jedność; w tym, co wątpliwe – wolność; we wszystkim – miłość”.
Świadomie nie odpowiem Tobie na pytanie o „różne” postrzeganie „TP” w kręgach kościelnych, gdyż doskonałej i wyczerpującej odpowiedzi w tej kwestii udzielił ks. Adam Boniecki w swoim ostatnim felietonie, do którego odsyłam wszystkich czytelników licząc po cichu, że w ten sposób zwiększy się sprzedaż „Tygodnika” (A. Boniecki, Nie musimy kopać przepaści, TP, nr 26 z 24 czerwca 2012r.).
Co do mojego „sympatyzowania” z „TP”, to muszę przyznać, że rzeczywiście, kiedy wstąpiłem do klubu, słyszałem doradcze głosy, że „powinienem raczej interesować się piłką nożną” oraz że „to może przysporzyć mi problemów”. Wówczas śmiałem się, że pewnie wyjadę na misje. No i się sprawdziło…

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.