Wiara, nauka, etyka – spotkanie Klubu „TP” w Słupsku z Arturem Sporniakiem

W środę 25 lipca o godz. 15.30  Klub „TP” w Słupsku spotka się z Arturem Sporniakiem – publicystą i kierownikiem działu Wiara „Tygodnika Powszechnego”. Tematem spotkania będą wiara, nauka i etyka. Spotkanie odbędzie się w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Słupsku, ul. Grodzka 3.

Zapraszamy!

plakat. pdf 

Nieśmiertelność

EWANGELIARZ NIEDZIELNY, 1 lipca 2018

XIII Niedziela zwykła

Mk 5,21-43

Gdy Jezus przeprawił się z powrotem łodzią na drugi brzeg, zebrał się wielki tłum wokół Niego, a On był jeszcze nad jeziorem. Wtedy przyszedł jeden z przełożonych synagogi, imieniem Jair. Gdy Go ujrzał, upadł Mu do nóg
i prosił usilnie: „Moja córeczka dogorywa, przyjdź i połóż na nią ręce, aby ocalała i żyła”. Poszedł więc z nim,
a wielki tłum szedł za Nim i zewsząd Go ściskali. A pewna kobieta od dwunastu lat cierpiała na upływ krwi. Wiele przecierpiała od różnych lekarzy i całe swe mienie wydała, a nic jej nie pomogło, lecz miała się jeszcze gorzej. Słyszała ona o Jezusie, więc zbliżyła się z tyłu między tłumem i dotknęła się Jego płaszcza. Mówiła bowiem: „Żebym się choć Jego płaszcza dotknęła, a będę zdrowa”. Zaraz też ustał jej krowotok i poczuła w ciele, że jest uzdrowiona z dolegliwości. Jezus także poznał zaraz w sobie, że moc wyszła od Niego. Obrócił się w tłumie i zapytał: „Kto dotknął się mojego płaszcza?” Odpowiedzieli Mu uczniowie: „Widzisz, że tłum zewsząd Cię ściska, a pytasz: „Kto się Mnie dotknął?”. On jednak rozglądał się, by ujrzeć tę, która to uczyniła. Wtedy kobieta przyszła zalękniona i drżąca, gdyż wiedziała, co się z nią stało, upadła przed Nim i wyznała Mu całą prawdę. On zaś rzekł do niej: „Córko, twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju i bądź uzdrowiona ze swej dolegliwości”. Gdy On jeszcze mówił, przyszli ludzie od przełożonego synagogi i donieśli: „Twoja córka umarła, czemu jeszcze trudzisz Nauczyciela ?” Lecz Jezus słysząc, co mówiono, rzekł przełożonemu synagogi : „Nie bój się, tylko wierz”. I nie pozwolił nikomu iść z sobą z wyjątkiem Piotra, Jakuba i Jana, brata Jakubowego. Tak przyszli do domu przełożonego synagogi. Wobec zamieszania, płaczu i głośnego zawodzenia wszedł i rzekł do nich: „Czemu robicie zgiełk i płaczecie? Dziecko nie umarło, tylko śpi”. I wyśmiewali Go. Lecz On odsunął wszystkich, wziął z sobą tylko ojca, matkę dziecka oraz tych, którzy z Nim byli, i wszedł tam, gdzie dziecko leżało. Ująwszy dziewczynkę za rękę, rzekł do niej: „Talitha kum”, to znaczy: „Dziewczynko, mówię ci, wstań”. Dziewczynka natychmiast wstała i chodziła, miała bowiem dwanaście lat. I osłupieli wprost ze zdumienia. Przykazał im też z naciskiem, żeby nikt o tym nie wiedział, i polecił, aby jej dano jeść.

 

Ludzie są w stanie wydać gigantyczne pieniądze, by uniknąć tego, co nieuniknione. Wszyscy słyszeliśmy legendę o tym, jak to Walt Disney został zamrożony po śmierci i czeka złotych czasów medycyny, kiedy rak płuc będzie mniej więcej tak groźny, jak grypa. Szkoda, że to tylko żart rozpowszechniany przez współpracowników Disneya (i sprostowany przez jego córkę). Według japońskiej mitologii ten, kto zjadłby ningyo (połączenie małpy i karpia) zyskałby nieśmiertelność. Nicolas Flamel, legendarny alchemik miał wynaleźć kamień filozoficzny, który także pozwoliłby na wieczne życie. Nawet teraz, w XXI w. ludzie wciąż poszukują sposobu na nieśmiertelność. Kilka lat temu Google ufundowało małą firmę „Calico”, która ma szukać rady na starzenie się i choroby z tym związane.

Skąd taki paniczny lęk przed śmiercią? Najprościej byłoby postawić diagnozę, że ludzie nie wierzą Bogu. Taka diagnoza nie byłaby jednak prawdziwa. Albo przynajmniej nie do końca prawdziwa. Czymś naturalnym bowiem są w nas: pragnienie szczęścia i wola życia. Dlatego rozumiem tych, którzy buntują się przeciwko śmierci i przemijaniu. Sam mam takie momenty, gdy zwyczajnie ogarnia mnie lęk przed śmiercią. Myślę, że problem leży gdzie indziej. Zbyt często zapominamy, że pragnienia Boga w tej kwestii są identyczne z naszymi. Bóg nie dla żartu nas stworzył, ale z autentycznej miłości i dał się za tę miłość zabić. To wszystko nie znaczy dla nas nic innego, jak tylko to, że na niczym tak Bogu nie zależy, jak na naszym szczęściu. „Dla nieśmiertelności Bóg stworzył człowieka – uczynił go obrazem swej własnej wieczności”. W głębi swojego jestestwa odczuwamy, że „śmierci Bóg nie stworzył, że weszła ona na świat poprzez zawiść diabła” i że jesteśmy powołani do istnienia. Jeśli tak, to śmierć nie jest naszym największym nieszczęściem. Po to właśnie spotykamy się na niedzielnej Eucharystii, by karmić się „pokarmem na życie wieczne” i przypominać sobie, że nasze pragnienia nie stoją w opozycji do pragnień Boga względem nas i naszego życia.

Jestem pełen podziwu wobec ludzi, którzy przez swoje decyzje, poprzez ciężko zapracowane pieniądze, poświęcony czas i siły stają po stronie skrzywdzonych, pielęgnują chorych, trzymają za rękę umierających. Jeszcze bardziej podziwiam ludzi, którzy mimo lat zmagania z chorobą, mimo doznanych niegodziwości, straty ukochanych potrafią promieniować ciepłem i optymizmem, którego często trudno się doszukać u osób mających urodę, zdrowie i pieniądze. Oni doskonale rozumieją, że największym nieszczęściem, większym niż śmierć, jest życie, które innym odbiera szczęście. Są bowiem tacy ludzi, być może nawet ich przybywa, którzy swoim życiem, w którym aż kipi od śmiercionośnego jadu, potrafią skutecznie odbierać radość, szczęście, a nawet chęć życia innym, nierzadko najbliższym.

Możemy stracić mnóstwo sił i pieniędzy szukając sposobu uniknięcia tego, co nieuniknione. Możemy też uwierzyć Bogu, który bardziej niż my sami pragnie naszego szczęścia i pomyślności. Możemy zaufać Bogu, który obiecuje nam nieśmiertelność za darmo. Zaoszczędzone siły i pieniądze możemy natomiast przeznaczyć, by żyło się lepiej, szczęśliwiej i pomyślniej tym wszystkim, których codzienny los gnębi, maltretuje i uśmierca. W myśl nauczania św. Pawła: „Teraz więc niech wasz dostatek przyjdzie z pomocą ich potrzebom”
(2 Kor 8,14).

Nie trać nadziei!

EWANGELIARZ NIEDZIELNY, 17 czerwca 2018

XI NIEDZIELA ZWYKŁA

 

Mk 4, 26-34.

Jezus mówił do tłumów: „Z królestwem Bożym dzieje się tak, jak gdyby ktoś nasienie wrzucił w ziemię. Czy śpi, czy czuwa, we dnie i w nocy, nasienie kiełkuje i rośnie, sam nie wie jak. Ziemia sama z siebie wydaje plon, najpierw źdźbło, potem kłos, a potem pełne ziarno w kłosie. Gdy zaś plon dojrzeje, zaraz zapuszcza sierp, bo pora już na żniwo”. Mówił jeszcze: „Z czym porównamy królestwo Boże lub w jakiej przypowieści je przedstawimy? Jest ono jak ziarnko gorczycy; gdy się je wsiewa w ziemię, jest najmniejsze ze wszystkich nasion na ziemi. Lecz wsiane, wyrasta i staje się większe od innych jarzyn; wypuszcza wielkie gałęzie, tak że ptaki podniebne gnieżdżą się w jego cieniu”. W wielu takich przypowieściach głosił im naukę, o ile mogli ją rozumieć. A bez przypowieści nie przemawiał do nich. Osobno zaś objaśniał wszystko swoim uczniom.

 

Na początku Mszy św. sprawowanej w rycie trydenckim, pierwszym który przyznawał się Bogu i Kościołowi („vobis fratres” – „wam, bracia”), do tego, że jest grzeszny, był prezbiter i biskup. W odpowiedzi ministranci mówili: „Niech się zmiłuje nad Tobą wszechmogący Bóg, a odpuściwszy ci grzechy twoje, niech cię doprowadzi do żywota wiecznego. Dopiero po takim rozgrzeszeniu, jakiego ministranci udzielali celebransowi, sami ministranci w imieniu Kościoła spowiadali się Bogu, i tobie Ojcze” („et tibi Pater”) i otrzymywali rozgrzeszenie. W ten sposób Kościół przypominał, że nikt z chrześcijan, bez względu na to, jaki pełni urząd czy posługę, nie może zapominać, że jest z tej samej gliny, co wszyscy inni ludzie. Myślę, że dzisiaj podobnie ten fakt wybrzmiewa w liturgii sprawowanej przez wspólnoty neokatechumenalne.

Wszyscy jesteśmy grzesznikami. Są w naszym życiu takie okresy, kiedy z Bogiem łączy nas wyjątkowo mocna więź. Ale są też takie okresy, gdy od Boga jesteśmy daleko. Co zatem robić? Św. Paweł podpowiada: „Dlatego też staramy się Jemu podobać, czy to gdy z Nim, czy gdy z daleka od Niego jesteśmy” (2 Kor, 5,9). To przypodobywanie się Bogu ma szczególny wydźwięk właśnie wtedy, gdy człowiek znajdzie się daleko od Boga i to z własnej winy. Bo być daleko od Boga to jeszcze nie największa tragedia. Być daleko od Boga i o Nim zapomnieć, to dopiero prawdziwy dramat. Zdarza się, że są w nas rozmaite trudności, mniej lub bardziej zależne od nas wewnętrzne granice, które skutecznie nas blokują i nie pozwalają powrócić do Boga. Na szczęście jednak nie powodują, że o Bogu zapominamy. Znam niemało ludzi, którzy mają w sobie ogromne pragnienie, by pojednać się z Bogiem w sakramencie pokuty, ale z powodu różnych przeszkód nie mogą otrzymać rozgrzeszenia. Mimo to, pozostają blisko Kościoła i na tyle, na ile mogą, blisko Pana Boga. Przywołana wypowiedź św. Pawła daje nam nadzieję, że i ten, kto z dala od Boga trudzi się na tej ziemi, w jakiś – Bogu tylko wiadomy sposób – trudzi się razem z Bogiem.

Wszelki dobry wysiłek i pożyteczny trud, jaki podejmujemy na tej ziemi jest budowaniem Królestwa Bożego, o którym mówi Jezus w dzisiejszej Ewangelii. To Królestwo budujemy zwyczajnie, troszcząc się o dobro i miłość pomiędzy nami, niezależnie nawet od naszych przekonań religijnych czy wyznawanych filozofii życia. Czy chcemy, czy nie chcemy Królestwo Boże wzrasta, a podłożem wzrostu jest gleba naszych serc. Oczywiście, większa odpowiedzialność spoczywa tutaj na Kościele i chrześcijanach. W Kościele bowiem i w życiu chrześcijan, Królestwo Boże powinno najbardziej się objawiać. Wszak Kościół i chrześcijanie są tymi, którzy mają dawać nadzieję tam, gdzie jej brak.

Czasami, gdy patrzę na moje życie, na Kościół, na parafię, za którą jestem odpowiedzialny, popadam w pesymizm. Dzisiaj jednak Bóg uświadamia mi, że jedyne, co powinienem robić, to po prostu wierzyć, że ziarno zakiełkuje nawet tam, gdzie po ludzku nie powinno nic wyrosnąć, nawet w najbardziej bezpłodnym ludzkim sercu. Nie wymaga się ode mnie wymyślania kolejnych projektów i aktywności duszpasterskich. Wystarczy, jeśli nie będę hamował inicjatyw rodzących się w głowach innych ludzi, nawet tych, którzy choć daleko od Boga, to jednak starają się Mu przypodobać. Oni też służą królowaniu Boga i ich małe ziarno też chce rosnąć. Tym, kto daje wzrost, jest sam Bóg. On „poniża drzewo wysokie, drzewo niskie wywyższa. Sprawia, że drzewo zielone usycha i zieloność daje drzewu suchemu” (por. Ez 17,24). Sporo na tym świecie zależy od nas, ale naprawdę wszystko zależy od Boga. Warto o tym pamiętać także wtedy, gdy ogarnia nas frustracja czy przygnębienie, że wciąż jesteśmy grzeszni i słabi, a nasze działania są dalekie od doskonałości. Bo choć wszyscy jesteśmy grzesznikami, to jednak nawet wtedy, gdy z dala od Boga trudzimy się na tej ziemi, w jakiś – Bogu tylko wiadomy sposób – trudzimy się razem z Bogiem. Nie traćmy nadziei!

Czy w pracę warto się angażować, jeśli nie przynosi odpowiednich korzyści? – Spotkanie Klubu „TP” w Brukseli

Czy w pracę warto się angażować, jeśli nie przynosi odpowiednich korzyści?  Będziemy się nad tym zastanawiać na kolejnym spotkaniu Klubu „TP” w Brukseli, które odbędzie się w najbliższy czwartek, 21 czerwca 2018 o godz. 18:00, tradycyjnie w Lodzkie House, Sq. Marie Louise 2, 1000 Bruksela.  Czytaj więcej »